Facebook Google+ Twitter

The Mars Volta w Polsce

Jeden z najlepszych koncertowo, ale i muzycznie, zespołów świata - The Mars Volta - w ostatni piątek wystąpił w warszawskiej Stodole. Miejmy nadzieję, że nie każą nam czekać zbyt długo na kolejny taki wieczór.

Omar Rodríguez-López, lead guitarist for the Mars Volta, playing at the Roy Wilkins Auditorium in St. Paul, Minnesota. http://commons.wikimedia.org/wiki/Image:Omar_Rodríguez-López.JPG Public Domain / Fot. NeilonidasEntuzjazmu, który towarzyszył zebranym przed klubem fanom zespołu, nic nie było w stanie ostudzić. Nawet to, że kolejka wciąż rosła a czekać trzeba było we wściekłej ulewie. Odświętna atmosfera oczekiwania na jeden z ważniejszych koncertów życia (część zgromadzonych osób właśnie tego spodziewało się po tym wieczorze) była tego wieczora wśród publiczności najważniejsza.

Jak przystało na grupę dużego formatu, strojenie instrumentów nieco
się przedłużyło i muzycy wyszli na scenę w komplecie z ponad dwudziestominutowym opóźnieniem. Zaczęli koncert westernowym intrem "A first full of dollar". Meksykańska trąbka zaostrzyła apetyt na mocny początek, i tak też się stało. Singlowy utwór z nowej płyty - "Goliath" - wynurzył się z nagle z gitar i perkusji z niesamowitą siłą. Nie spodziewałam się wejścia akurat tym utworem, a już na pewno nie w ponad dwudziestopięciominutowej wersji.

Momentami brzmieli potężnie - Predgen jest niebywale szybkim i świetnie wyszkolonym perkusistą, dawał nieprawdopodobny popis swoich umiejętności, Omar nadawał wszystkiemu ton, grając znakomite, długie improwizacje gitarowe, "skłaniając" muzyków do jammowania; momentami zwalniali i wówczas wyostrzały się bardziej jazzowe elementy (charakterystyczne dla nowej płyty) - genialnie zagrane klawisze oraz saksofon. Całości dopełniał nieprawdopodobny wprost Cedrik - jego możliwości wokalne są imponujące, brzmiał czysto (o ile było go dobrze słychać), a jego taniec po prostu wbijał w parkiet - każdy mięsień jego ciała odzwierciedlał zaangażowanie i wczucie w muzykę. Czysta hipnoza.

Omar, który dowodził zespołem, nie pozwolił nam na wytchnienie - nie było oczywiście przerw między kawałkami, nawet wówczas, gdy wraz z gwałtownym zakończeniem utworu gasły światła na całej sali, rozbrzmiewały dzwonki, saksofon lub gitara elektryczna, czasem improwizacją kończyli i rozpoczynali kolejny utwór.

"Viscera Eyes" opatrzona została długim intro - gitara elektryczna i słabo słyszalna trąbka, do których po dwóch minutach dołączył cały zestaw instrumentów, z wybijającym się saksofonem. I znów przed dziesięć minut uczestniczyliśmy w prawdziwej uczcie - szalejąca, szybsza niż na płycie perkusja, charakterystyczny motyw przewodni na gitarze i popisy Omara, a do tego - znów za słabo nagłośniona - sekcja dęta. Następnie płynnie przeszli do "Wax Simulacra", utworu o szalonej energii i ogromnym potencjale, który okazał się tylko rozgrzewką przed "Ouroborous" - najpierw wyciszenie, "santanowska" improwizacja i nieco chaotyczny początek - nie było tak ciężko jak na płycie, odezwała się kakofonia instrumentów, która nabrała kształtu w momencie, gdy Cedrik zaczął śpiewać pierwszy refren.

Wykonanie po prostu czarowało publiczność zmianami tempa, odzywającymi się dzwonkami, poszarpanym basem, cudownym natłokiem dźwięków. "Ilyena" - kolejny utwór w zestawie - była jednym z najmocniejszych fragmentów koncertu - dominowały ciężkie, szybkie gitary, potężna perkusja, elektroniczne efekty i rewelacyjny wokal Cedrika, perfekcyjnie dopasowane, bardziej niż na płycie energetyczne. Później rozbrzmiał prawie trzydziestominutowy "Cygnus..." - pełne przejść, zmian tempa, improwizacji i mnóstwa ozdobników - przeszkadzajek, dzwonków, saksofonu, połączony, tak jak na płycie z resztą, który połączyli z "The Widow" - w niewiele różniącym się od albumowego wykonaniu.

"Abernikula", która zgodnie z planowaną setlistą poprzedzać miała "Meccamputechture" i "Drunkship Of Lanterns", zakończyła koncert - po dwóch, a nie trzech zapowiadanych, godzinach, prawdopodobnie ze względu na stan zdrowia Cedrika (niedawno przebył chorobę). Trochę niespodziewany koniec, ale zagrany po mistrzowsku - wyczuwalne napięcie, dostrojone wszystkie elementy, zawodzący saksofon, zwroty (znakomity był ostatni fragment, z bardzo charakterystyczną gitarą i saksofonem) i bezbłędny wokalnie Cedric. Pożegnali się z rozentuzjazmowaną publicznością i zeszli ze sceny, nie było oczywiście mowy o bisach.

Z pewnych względów koncert pozostawił pewien niedosyt - nie zagrali niczego ze swojej genialnej, debiutanckiej płyty, niewiele było pozostałych albumów, a Stodoła zawiodła organizacyjnie, nagłośnienie co bardziej wymagającym słuchaczom mogło zupełnie popsuć widowisko. Słabo wyeksponowane instrumenty dęte i wokal pozostawiały sporo do życzenia.

Z drugiej strony, mimo najróżniejszych opinii na temat najnowszej płyty Mars Volty, zaprezentowane utwory udowodniły, że to nadal półka bardzo wysoka. Materiał jest inny niż wcześniej, brakuje mu trochę do rewelacyjnego "De-loused", ale widać potencjał i świetne wykonanie obroniło nowe kompozycje. Nie dali co prawda koncertu życia, na co po cichu ogromnie liczyłam, było to jednak niezapomniane przeżycie, jeden z najbardziej emocjonalnych, najbardziej perfekcyjnych występów, jaki miałam przyjemność widzieć. Miejmy nadzieję, że nie każą nam czekać zbyt długo na kolejny taki wieczór.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

bardzo dobra relacja i za to plusior

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ dla Natalii, dobra relacja z koncertu :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.