Facebook Google+ Twitter

The National, czyli kalkowanie muzyki

Nawet zagranie dwóch niemalże identycznych koncertów może mieć swój urok, czego dowiedli wczoraj wieczorem The National w Krakowie.

Sharon wyszła na scenę z piękną, czerwoną gitarą i bez zbędnych zapowiedzi zaczęła swój uroczy recital. W banalności melodii i ciepłym, niskim i leciutko chrypiącym głosie była cała przyjemność jej barowego, wieczornego repertuaru. Kolejne utwory - "One Day", "Piece Signs", okrywały kolejne inspiracje wokalistki - gdzieś przebłyskiwała drapieżna Pj Harvey, liryczna Feist, uwodzicielska Cat Power, w rezultacie najmocniej przywodząc na myśl skandynawską mistrzynię - Hanne Hukkelberg. Razem z trzyosobowym zespołem zaserwowała bardzo przyzwoity support przed brooklińskim składem, zaostrzając apetyt na gitarowe granie.

Trudno byłoby oczekiwać rewolucji po tak krótkiej przerwie między koncertami The National. Szczególnie ci, którzy zmieścili się w chorzowskim Teatrze Rozrywki, a następnie postanowili odświeżyć pamięć w Krakowie (i/lub Warszawie), dostali dosłownie powtórkę z rozrywki. Do tego stopnia, że kolejność utworów została mniej więcej taka sama - wymienili dosłownie pięć piosenek z tamtej potężnej setlisty - stare "Cardinal Song" zastąpiło ciut nowsze "Lit Up", z "High Violet" - niegrane dotąd "Lemonworld", z rarytasów - śliczne "Wasp Nest" i ubiegłoroczne "You Were The Kindness". Te dwa ostatnie utwory stanowiły świeże przerywniki na liście: "Wasp Nest" w całej swej oszczędnej krasie, z wypowiedzianym raczej niż wyśpiewanym tekstem o nienajłatwiejszej fascynacji, upstrzone prześlicznym połączeniem akustycznej i elektrycznej gitary, oraz "You Were...", nawet jak na The National wyjątkowo liryczny i stonowany utwór, ze słodko-gorzkim lirykiem i w oszczędnej oprawie pianina i wycofanej gitary.

Jeszcze jedna rzecz odróżniła ten występ od poprzedniego - dzikość zespołu, który odpuścił sobie nieustanne żarty w przerwach, zastępując je częstowaniem chilijskim (ponoć) winem, poszukiwaniem baru i trzema wycieczkami w publiczność Matta. Nie obyło się oczywiście od żelaznej wyprawy podczas kulminacyjnego "Mr. November" podczas bisów, ze wspinaniem się po barierkach aż do publiczności zgromadzonej na balkonie w Klubie Studio. Dla ostudzenia - sztampowo akustyczne "Vanderlyle Crybaby Geeks" na sam koniec, z akompaniamentem rozśpiewanej i szczęśliwej publiczności. W ten oto sposób skład z Brooklynu dowiódł, że nawet przekalkowane występy emocjonują.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.