Facebook Google+ Twitter

The Samuel Jackson Five „The Samuel Jackson Five” – recenzja

Zdarzają się jeszcze płyty z gatunku post-rocka, które potrafią zainteresować słuchacza. Mam wrażenie, że ten norweski zespół trafił w sedno potrzeb znudzonych wyświechtaną formą fanów. Efektem jest bardzo przyzwoita płyta.

 / Fot. okładkaMoim zdaniem ten czwarty album zespołu, spłodzony gdzieś w zimnej i bardzo twórczej Skandynawii, ma kupę zalet, które składają się na ciekawe przeżycia estetyczne przy jego słuchaniu. Przede wszystkim jego cechą charakterystyczną jest jakaś taka reminiscencyjna charakterystyka: to nie jest klasyczny album postrockowy, który w dość jednolitej formie, poprzez kilka utworów o zmiennej aurze i dynamice, opowiada pewną spójną historię. Tutaj mamy do czynienia z mieszanką, która śmiało sięga po nietypowe dla post-rocka elementy, choć dobrze się z nim komponujące, i w ten sposób powstaje kolaż pomysłów i estetyk, które składają się na ciekawą całość. Wyróżniają się w niej fascynacje i inspiracje zespołu – a przynajmniej takowych bym się tu dopatrywała.

I tak, zaczynając od pierwszego utworu: dodatkowa perkusja i pianino, a potem syntezatorowy podkład, z urokliwymi elektronicznymi "zawijasami" tu i ówdzie, i z bardzo ograniczoną rolą gitar, które gdzieśtam po prostu zaznaczają się w bogactwie innych dźwięków przypomina mi mocno o najnowszej płycie Mogwai. To wciąż można jakoś z post-rockiem połączyć, przez pewne myślenie o kompozycji i dynamice utworów, ale nie jest to już stricte rzecz w tym gatunku. Później uderza "Mockba", która zawiewa bardzo mocno rzetelnym post-rockiem, coś na modłę Caspiana, z chórkami i fajnie przetworzonym, dodającym charakteru bouzouki.



"Eceltric Crayons" z kolei kojarzy mi się z post-hardcorem, choć wokale momentami przechodzą w rejestry charakterystyczne dla Cedricka z Mars Volty. Dynamiczna kompozycja, przechodząca płynnie z math-rockowych, spokojnych momentów, w rozbujane refreny z mocnym uderzeniem.

Nie brak też instrumentalnych smaczków z kosmicznym polotem, których doskonałym reprezentantem może być chociażby "Radio Gagarin", dosłowne wręcz nawiązanie do okładki i koncepcji galaktycznej płyty (na okładce znajduje się "ugraficzniona", artystyczna fotografia ze zbiorów NASY) - są bouzouki, thereminy i inne ozdobniki, które zwalniają i uwalniają ten kawałek z prostej konwencji, czyniąc go raczej eksperymentalnym wtrąceniem.

I tak dalej, i tak dalej. Porównywać mogę bez końca, znajdując różne post-metalowe odwołania, podobieństwa w chórkach, ciężkie riffy, jakieś ambientowe wstawki przypominające o... no nieważne. Rzecz jednak w tym, że przy nagraniu tej płyty wykorzystano potężne instrumentarium, i sporo jest na nim bardzo ciekawych dźwięków dzięki temu, i niemało pomysłów, które nawet, jeśli gdzieś już zasłyszane, w tej bogatej całości pięknie się razem prezentują. Dobra, dobra płyta.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.