Facebook Google+ Twitter

Tides from Nebula w wiedeńskiej Arenie

Co tam Russian Circles! Nieodwołalnie jednym z najlepszych zespołów post-rockowo-metalowych działających na scenie są teraz Polscy z Tides from Nebula. Od czasów fantastycznego debiutu dobra passa trwa.

Arena w Wiedniu organizuje od 2007 roku serię wydarzeń pod nazwą Roadtrip to Outta Space z elektrycznym zestawem artystów zajmujących się muzyką od metalu, przez stonery, aż po psychodelię i elektronikę. Jednym z tych wieczorów był maraton z różnej maści post-graniem, w którym wzięli udział Helms Alee, Sleepmakeswaves, Russian Circles i Tides from Nebula (i Skyharbour, które przegapiłam).

 / Fot. h

Odkryciem dnia byli Helms Alee, którzy odwiedzili Europę po raz pierwszy w 9-letniej historii zespołu. Gdyby Jeremy Enigk zaczął kiedykolwiek grać metal, to tak by on właśnie brzmiał. Jak emo pod przykrywką melodyjnego sludge, jak hardcore romansujący z post-rockiem i noise wpadający w post-metal, przyprawiony shoegaze'owym rozmytym przesterem. Dam głowę, że muzycy wychowywali się na pierwszych albumach Sunny Day Real Estate, swoich ziomków z Seattle - przy okazji nasłuchując uważnie ciężkich tematów, od Slayera po Electric Wizzard. Helms Alee prezentują naprawdę unikalny
styl, wyjątkowo zgrabną mieszankę wzmocnioną wokalnym zróżnicowaniem, bo każde z trójki muzyków (dwie kobiety, za perkusją i basem) śpiewa, każde zupełnie inaczej. Najbardziej intrygującym głosem dysponuje gitarzysta - to jest ten wokal kolesia, który słuchał dużo emo w życiu.

Helm Alee powinno trafić wkrótce do europejskich kanonów i stać się pupilem alternatywnych festiwali, jako grupa na tyle eklektyczna, niepokorna i niezwykle spójna zarazem. Trzymam kciuki, a wszystkich zachęcam do przysłuchiwania się ich albumom.



Russian Circles i sleepmakeswaves to dość charakterystycze grupy w swoim millieu - pierwszy gra mięsiste, nieprzerywane gadaniem, niekończące się kompozycje, drugi natomiast wpada we wszystkie stereotypy post-rockowej grupy.

 / Fot. t

Tides from Nebula natomiast bardzo skutecznie unikają nudy - nie widziałam ich na żywo od lat (a pamiętam jak dziś te pierwsze fantastyczne koncerty po "Aurze", które w czasach gdy zasłuchiwałam się na śmierć w post-rockach, wypadały bardzo wysoko) i to jest wciąż zespół robiący kawał dobrej roboty. W Wiedniu podeszli do występu z gigantycznym entuzjazmem - Maciej Karbowski z kąta sceny co utwór dziękował z dziką radością słuchaczom, co doskonale podkręcało pozytywną energię i odbiór. Mgła, za którą muzycy się zaszyli, przysłużyła się do stworzenia enigmatycznej atmosfery, która bardzo dobrze pasuje do kosmicznej, eterycznej atmosfery ich grania. A kompozycje ich są jednymi z najciekawszych i najdojrzalszych w całym post-rockowym świecie. Jakimś cudem nie ma w nich nostalgicznego smęcenia Mono, nie wpadają w koszmarny patetyzm (nawet jeśli jest to akurat kawałek o "Glory Days"), żonglując fenomenalnie nastrojami, przejściami (bez wpadania w dramatyczne tony), elementami metalu, post-rocka, elektroniki. Po zobaczeniu w ostatnich miesiącach i Mono, i God is an Astronaut, i kilku innych pomniejszych post-rockowców z niemalże patriotyczną dumą przyznaję, Tidesi są wyjątkowi.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.