Facebook Google+ Twitter

Tigercity roziskrzyło Warszawę

Pytanie zasadnicze przed koncertem brzmiało - czy Tigercity uda się chociażby sięgnąć poprzeczki, jaką muzycy ustawili sobie EP-ką "Pretend not to love"? Odpowiadam na nie entuzjastycznym przytaknięciem!

 / Fot. screenPominę kwestię obsuw i średnio zrozumiałego przetrzymywania publiczności przez długi czas przed klubem - nie pierwszy i nie ostatni raz zapewne się to zdarza. Poza tym kwestie te bledną w obliczu wydarzeń, które w cienkich ścianach baraku noszącego dumną i rozpoznawalną w całej Polsce nazwę "Jadłodajni Filozoficznej" odbyło się w tą ciepłą czwartkową noc pełnokrwiste wydarzenie artystyczne.

Zaczęło się od supportu Wilson Square - zespół dostał pełną godzinę dla siebie i wypełnił ją sprytnie ciepłymi, równo i dobrze technicznie zagranymi utworami. Po pierwsze warto pochwalić niezłe, przyjemne kompozycje i swobodę w graniu na scenie - było autentycznie, żywo, energetycznie. Wokalista, postać z dużym dystansem i poczuciem humoru, ma bodajże wszystkie cechy dobrego frontmana - otwarty, zabawny i ironiczny, w świetnych proporcjach. Dzięki temu, mimo średniego odbioru przez publiczność, udało się chłopakom do końca trzymać wysoki poziom i grać z zaangażowaniem i pomysłem. Chwali się im po drugie talenty i umiejętność korzystania ze starych co prawda, lecz wciąż świeżych patentów: prostych zagrywek na klawiszach, które budują taneczne nastroje i świetnie komponują się z tradycyjną grą na gitarze. Są tu elementy inteligentnego, popowego grania, ciepłe, odwołujące się do soulu klawisze i nienachalne solówki w stylu lat 70. I gdyby tylko nie przedłużyło się aż tak oczekiwanie na gwazdę wieczoru, nie miałabym właściwie żadnych zastrzeżeń do muzyków z Wilson Square.

 / Fot. OkładkaSzczęśliwie Tigercity szybko zostało rozstawione, nagłośnione, techniczne dylematy sprawnie rozwiązane i zabawa zaczęła się wkrótce po godzinie 22. Billy, w swojej nieprawdopodobnej brodzie i z wzrokiem - zaryzykuję - lekko obłąkanego artysty, nie tylko jako wokalista wypadł bardzo dobrze, ale i jako czołowa postać zespołu, odpowiedzialna za komunikację z publicznością, sprawdził się świetnie. Nie zabrakło inteligentnych żartów, szczypty kokieterii (Czy to prawda, że ten bar jest otwarty całą noc? My już chyba nie wyjedziemy z Polski, zostaliśmy Polakami! Warszawo, lepiej tańcz! etc) i toastów wznoszonych butelką Johnnego Walkera.

Plan koncertu został nam zakomunikowany na samym początku: najpierw nowości, potem całe "Pretend not to love". Rewelacja! Kompozycje premierowe pokazują, że kierunek wytyczony przez debiutancką EP-kę jest konsekwentnie utrzymywany i na pełnometrażowej płycie dostaniemy osłodzone błyskotliwym humorem i tą ich soczystą erotyką utwory w świetnym stylu. Na tle pozostałych piosenek, "Fake Gold" rzeczywiście brzmi mocniej, mniej popowo i jest rytmiczne w zniewalający dosłownie sposób. Fantastycznie sprawdziło się w roli "grzałki". Skojarzeń jest wiele: opener koncertu przywodził na myśl Phoenix (szczególnie tą rwaną grą na gitarze) i odrobinę inne nowjorskie tuzy tanecznego grania: Chk Chk Chk czy The Rapture. Z minuty na minutę robiło się jednak coraz drapieżniej, a gdy rozbrzmiewała już "Pretend not to love", coraz więcej pojawiało się improwizacji i głośnych, ekstatycznych motywów granych na gitarze i zsamplowanych na klawiszach wariacji (tylko w jednym z premierowych utworów, tuż przed ,"Fake Gold", pojawiły się żywe klawisze, zagrane przez Andrewa i Billy'ego).

Publiczność dosłownie wrzała przez półtorej godziny - było gorąco, autentycznie i na zaskakująco wysokim poziomie. To nie był koncert grupy, której udało się przez przypadek nagrać doskonały materiał - ale popis świadomych muzyków, którzy świetnie znają się na swojej pracy. Zazdroszczę szczęściarzom, którzy zdecydowali się na podróż na całą polską trasę Tigercity - jeśli dają z siebie za każdym razem aż tyle, to były to prawdopodobnie cztery najgorętsze noce kwietnia.

Ach, właśnie - pochwalę wreszcie nagłośnienie. Doczekałam się klubowego koncertu, który nie zawiódł moich oczekiwań, mimo drobnych problemów technicznych. Słychać było wszystko: matematycznie precyzyjne uderzenia perkusisty, rozbujany bas, cienkie, niefałszujące wokale i te cudowne rzeczy, które Andrew robił z gitarą, nie wspominając o klawiszach. Okazuje się, że w Polsce jednak też da się dobrze nagłaśniać koncerty.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.