Facebook Google+ Twitter

To była awantura o jazz

Awantura o jazz rozegrała się ponad pół wieku temu w Państwowym Przedsiębiorstwie Imprez Estradowych w Katowicach, wtedy Stalinogrodzie. Byłem dziennikarzem, ale współpracowałem z Estradą jako konferanasjer i kabareciarz.

Afisz z widniejącym jeszcze moim nazwiskiem. Potem na moim nazwisku znalazła się naklejka z nazwiskiem konferansjera, bliskiego przyjaciela dyrektora Estrady. Fot. pryw. archiwum autora / Fot.

Któregoś dnia zgłosił się do mnie zespół muzyczny, któremu nie wiodło się. Ich muzyka była w stylu dixieland. Strzał w samą dziesiątkę. To może być ciekawe – pomyślałem. Ale był dylemat. Już wyjaśniam młodszym (i przypominam) starszym, ten gatunek muzyki w PRL-u był zakazany, kojarzył się z żelazną kurtyną, która nas szczelnie odgradzała od Zachodu. Ale już wtedy rozpoczął się okres pogoni za nowoczesnością. Muzycy chcieli grać coś zachodniego, a ja miałem im w tym pomóc. Dla mnie wyzwanie.

W głowie zrodził mi się pomysł kabaretu muzycznego. Miał to być składak muzyczno – wokalno – słowny ze striptizem. Dalej potoczyło się szybko. Dyrektor artystyczny Estrady, człowiek partyjny, bojaźliwy i przeciwny takim nowinkom, jednak zaakceptował pomysł. Zabrałem się do roboty. W ciągu zaledwie kilku dni miałem gotowy program. Opracowałem teksty konferansjerki i kilka blackoutów - słowem pełna samowystarczalność. I zacząłem tworzyć zespół. Pozyskałem chętnych: baletnicę Zofię Kuleszankę, piosenkarkę Danutę Marczycką oraz „Śląskie Czworaczki” z Rozgłośni Polskiego Radia - Ewę Jastrzębską, Edytę Kerner, Stefanię Mikuta, Irenę Morawiec, jako chórek towarzyszące czasem Marii Koterbskiej. Do kompletu doszlusował jeszcze Jacek Wieniewski z gitarą elektryczną, w tamtym czasie ewenement. Po kilku intensywnych próbach, muzyczny spektakl kabaretowo-estradowy był gotowy do prezentacji.
Autor z "Wesolą Czwórką" Polskiego Rada Fot. pryw. archiwum autora / Fot.
Prezentacja odbyła się w atmosferze niesmaku. Awantura rozegrała się o muzyków grających z pały, nie z nut. Dyrektor artystyczny, kompletny dyletant, nie wyobrażał sobie zespołu muzycznego bez pulpitu i nut. Tłumaczenie. że ten rodzaj muzyki oparty jest o rytmy improwizowane, nie przekonały go. Konieczna była interwencja Centralnego Zarządu Estrady w Warszawie.. Ale to dopiero początek awantury.

Kolejna rozgorzała o striptiz. Wprawdzie cenzor nie miał żadnych zastrzeżeń, ale dyrektor był przeciwny, uznając go za niemoralny. Tymczasem striptiz miał polegać na wyzwalaniu się tancerki z okręconego wokół jej ciała wielometrowego tiulu, pozorując na podświetlonym ekranie nagą sylwetkę. Ostatecznie ustąpił, stawiając jednak trzy warunki. Pierwszy warunek; tancerka musi mieć na sobie kostium kąpielowy, drugi; za kulisami obowiązkowa osoba pilnująca, by nie daj boże go zdjęła, trzeci; na afiszu wzmianka: „Program dozwolony od 18 lat”.
"Wesoła Czwórka" często towarzyszyła podczas występów Marii Koterbskiej i katowickiej orkiestrze radiowej Jerzego Haralda. Fot. pryw. archiwum autora / Fot.
Wreszcie trzecia, moim zdaniem najistotniejsza, awantura o moje blackouty i teksty konferansjerki. Dyrektor wsławił niebywałym chamstwem: oświadczył, że zaakceptuje program pod warunkiem, że sceduję na niego prawa do scenariusza, blackoutów i tekstów konferansjerki. Dodam, że całą ramówkę słowno - muzyczną zatwierdził Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy i Widowisk Publicznych. Ale on jako członek ZAIKS chciał niesłusznie pobierać tantiemy. I to mnie do sedna oburzyło.

Prapremiera kabaretu miała się odbyć w Sopocie. Wcześniej z Gdańską Estradą podpisałem stosowną umowę. Należało zatem szybko zlecić druk afisza. Wśród wielu propozycji – uwzględniając całe zamieszanie wokół programu – uznałem za najstosowniejszy i najbardziej reklamowy tytuł - AWANTURA o JAZZ, Wtedy dyrektor artystyczny wpadł w furię, Dał zgodę zespołowi na występy w Sopocie, ale mnie skreślił z listy wykonawców. Zostałem na lodzie.

Miałem wiele atutów by się temu przeciwstawić, jednak uległem dla dobra członków zespołu, którzy wnieśli ogromny wkład nie tylko w przygotowanie programu, ale cieszyli z wyjazdu do Sopotu. Na moje miejsce dyrektor powołał swojego bliskiego przyjaciela, wywodzącego się z tego samego rodowodu wyznaniowego, co on.

Po powrocie zespołu z Sopotu nie interesowałem się jego dalszym losem. Po prostu przestał istnieć. Ja tymczasem miałem szykowałem już „Jazzowy raban” dla dolnośląskiej estrady „Hala Ludowa” we Wrocławiu. Ale o tym następnym razem.



Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Świetna historia, Panie Rajmundzie.

Szczególnie to zestawienie Centralnego Zarządu Estrady i Wojewódzkiego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk Publicznych, z muzykami chcącymi "grać z pały, a nie z nut" ;)

No i ten kostium kąpielowy, dozwolony od lat 18. ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

No cóż... to były inne czasy, dzisiaj mamy awantury o inne rzeczy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.