Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

11819 miejsce

Toksyczna psychologia i psychiatria: depresja a samobójstwo

Kontrowersyjna książka Jarosława Stukana, która ukazała się w wydaniu papierowym w 2010 roku, obecnie została przekazana przez wydawcę do użytku bezpłatnego, w formie Ebooka. Poniżej prezentuje się wstęp do niej oraz link do pobrania.

 / Fot. ferlager Nie reprezentuję żadnej organizacji, żadnego ruchu, nie czerpię żadnych korzyści z napisania tej książki. Czy jednak zaprzeczę, czy nie, książka oddana do rąk czytelnika mieści się w nurcie antypsychiatrii. Ja jednak nie jestem przeciwnikiem psychiatrii ani jej zwolennikiem. Jedynie krytycznie obserwuję to, co mnie otacza i wyciągam wnioski.
W swojej pracy klinicznej już kilka lat temu zauważyłem szkodliwość leczenia farmakologicznego. Nie jest to jednak szkodliwość bezpośrednia (fizjologiczna), o której piszą inni autorzy, jak Peter Breggin, mówiąca o negatywnych skutkach spożywania leków stosowanych w psychiatrii. Nie jest to też szkodliwość „sama w sobie”, co można wysnuć z prac Thomasa Szasza, który w ogóle powątpiewa w istnienie chorób psychicznych. Nie jest to przy tym „bunt” młodego lekarza, lecz częściowo uzasadnione przypuszczenie wybitnego profesora psychiatrii, który wydał ponad 600 artykułów naukowych
i kilkadziesiąt książek.
Mój, delikatnie mówiąc, sceptyczny stosunek względem psychofarmakoterapii dotyczy innego obszaru, faktu, którego konsekwencje w zadziwiający sposób uchodzą uwadze wielu psychiatrów i psychologów klinicznych. Mianowicie i między innymi dotyczy on tego, że leczenie farmakologiczne w psychiatrii ma charakter objawowy, a nie przyczynowy, ale też jest to tylko ułamek całej problematyki.
Można się zatem zdziwić, bo przecież medycyna ma nieść ukojenie w cierpieniu, nawet chwilowe: na katar mamy krople, na kaszel syrop, na bezsenność tabletkę – cóż tu negować? W psychiatrii byłoby podobnie gdyby nie fakt, że pacjenci leczeni farmakologicznie dokonują prób samobójczych i w nich giną. Taka jest ponura rzeczywistość i to ona właśnie każe przyjrzeć się bliżej systemowi leczenia pacjentów cierpiących na tzw. zaburzenia psychiczne.
W niniejszej pracy posuwam się nieco dalej w swoich wnioskach, niż wymienieni powyżej lekarze. Śmiem twierdzić, że epidemia depresji nie istnieje, że jest to wielkie oszustwo ekonomiczne, w którym biorą udział nawet niczego nieświadome media. Śmiem twierdzić, że depresja jako choroba w ogóle, poza jej psychotyczną formą (co możemy jedynie uznać), nie istnieje, że jest to jedna, wielka mistyfikacja, na której koncerny farmaceutyczne zarabiają miliardy dolarów. W końcu, śmiem twierdzić, że leki antydepresyjne nowej generacji w ogóle nie są lekami na depresję (nie tylko dlatego, że depresja „nie istnieje”) i co najważniejsze, z perspektywy suicydologa, że procedury medyczne stawiające na pierwszym miejscu farmakoterapię zaburzeń psychicznych,
a na pozostałych psychoterapię, rehabilitację itd., przyczyniają się bezpośrednio do wzrostu liczby samobójstw na świecie. Mniej więcej od lat 80, czyli od stopniowego zastępowania barbituranów i benzodiazepin antydepresantami, obserwować można tę zależność, a współcześnie, gdy grupy barbituranów i benzodiazepin powoli, całkowicie zastępowane są antydepresantami (w praktyce klinicznej), opisywane zjawisko nasila się.
Czy zatem skoro zaprzeczam informacjom, które są powszechnie uznane za fakt przez środowisko medyczne i psychologiczne, skoro cały świat w nie wierzy, stąpam na krawędzi szaleństwa?, a może głupoty? Z pewnością te i inne hipotezy czytelnik będzie mógł zweryfikować po przeczytaniu całej książki.
Podczas gdy prezentowana w książce, właściwie nie koncepcja, teza, a jedynie obserwacja i interpretacja, krystalizowała się we mnie na przestrzeni ostatnich lat, pomyślałem, że znajdę dla niej wsparcie w psychologii. Jako że zwiększone zainteresowanie badaczy zazwyczaj zwieńczone jest publikacjami, poszukiwałem wszelkich artykułów i książek na temat psychologii cierpienia. Muszę podkreślić, że szukałem na całym świecie, w wielu językach. Znalazłem… „Psychologię cierpienia zwierząt”. Nie istnieje żadna książka na ten temat o ludziach, poza pracami filozoficznymi, czy teologicznymi. Moje zdziwienie było bezgraniczne. Jak psychologia mogła się na przestrzeni ponad 100 lat nie zajmować się tym, co jest w gruncie rzeczy jej kwintesencją?
Owszem, psychologia kliniczna zajmuje się wyrazami cierpienia, takimi jak: PTSD, stres itd., ale jednocześnie nie wytworzyła żadnej alternatywy dla „depresji”. Ja sam, osadzony „w klinice”, wiele lat tego nie zauważałem. Mamy psychologię religii, biznesu, kultury
i wiele innych. Nie mamy psychologii ludzkiego cierpienia. To prawie tak, jakby ono nie istniało. Jakby każde cierpienie było jednostką chorobową – depresją, lub czymś tożsamym, co należy leczyć. Nauka nie przyzwyczaiła nas do tego, by cierpienie spostrzegać w innych kategoriach, niż kliniczną jednostkę chorobową i robi to z coraz większym naciskiem. Nie przyzwyczaiła nas tym samym do tego, by uznawać cierpienie za naturalny stan umysłu, który towarzyszy ludziom od początku ich istnienia. Z tego powodu, podczas czytania książki mogą wystąpić pewne trudności w jej zrozumieniu i/lub „przyjęciu”. Łamie ona bowiem pewną sztywną konwencję w myśleniu, której jeszcze do niedawna sam byłem reprezentantem. Prawdopodobnie z tego względu wzbudzała ona po pierwszym wydaniu wiele skrajnych reakcji. Otrzymywałem zarówno gratulacje, szczególnie ze świata artystów, jak i byłem szykanowany, łącznie z uznaniem mnie za paranoika, a też wielu znajomych – nawet – psychologów przestało ze mną rozmawiać. Zaś pewna grupa psychiatrów gotowała się do petycji i zbierania podpisów w środowisku w celu usunięcia książki z rynku, a mnie z pracy w służbie zdrowia. Mam więc nadzieję, że nawet jeśli czytelnik nie zgodzi się z wieloma aspektami prezentowanej pracy, wzbudzi
w nim ona oburzenie, niedowierzanie, a nawet złość, lub przeciwnie: śmiech, powątpiewanie, czy nawet lekceważenie, to jednak dostarczy alternatywnego spojrzenia na współczesną rzeczywistość i jej bardzo ważny obszar. W człowieku bowiem piękne jest to, że wie, nawet jeśli ze swoją wiedzą się nie zgadza.
Wyjaśnienia wymaga tytuł książki. Jest to pozycja, zapowiadana w „Diagnozie ryzyka samobójstwa”, jako „Depresja a samobójstwo”. Jeszcze do niedawna, jej pełny tytuł brzmiał „Toksyczna psychiatria: depresja a samobójstwo”. Psychologia znalazła się
w tytule nieprzypadkowo, bo chociaż nie nadaje tonu wszystkim opisywanym w tej książce faktom, to stanowi dla psychiatrii „pomocną dłoń”. Jest bezwolnym klakierem dla opisywanego dalej „systemu” i bezmyślnie mu poklaskuje. To jednak wystarczy, by odnieść się do niej krytycznie i uznać ją za współwinną obecnej sytuacji. Aczkolwiek ową współwinę orzec można, zdecydowanie, jako pełną winę, opierając się jedynie na fakcie już wyżej opisanym – całkowitym zaniedbaniu przez psychologię badań cierpienia ludzkiego i jego nieklinicznych oraz klinicznych wymiarów.
Ostatnią już rzeczą, o której chcę napisać jest to, iż chociaż główny wątek książki poświęcony jest przede wszystkim związkowi depresji z samobójstwem oraz fikcyjnemu kreowaniu zaburzeń psychicznych w celu osiągania zysków z ich leczenia, to w tle jest ona również pracą poświęconą współczesnemu światu, konsumpcyjnemu stylowi życia, pośpiechowi jaki nas cechuje i co z niego wynika – coraz częstszym brakiem refleksji nad własnym życiem. Zdaje się, że tworzy to podatny grunt dla sięgania po rozwiązania najprostsze, chociażby tabletkę. Być może więc wszystko
o czym piszę jest jedynie refleksją osoby, która nie nadąża za współczesną rzeczywistością… Jakkolwiek nie znajduję w sobie argumentów, by zaprzeczyć jednej
z wiodących myśli zawartych w niniejszej pracy, iż żyjemy w czasach, w których bardzo trudno jest odróżnić rzeczywistość od fikcji i sami jesteśmy temu winni.

By ściągnąć całą książkę bez rejestracji należy kliknąć "slow download".
http://www.speedyshare.com/EF234/Toksyczna-psychologia-i-psychiatria-Ebook.pdf

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (23):

Sortuj komentarze:

Tylko uzupełnię, bo być może wyraziłem się nie dość precyzyjnie.

Tak czy owak, białko jest dziennie degradowane bezpowrotnie. Szacuje się, że na ok. 300g dziennego "obrotu", ok 30g jest traconych definitywnie. Chodzi o "obrót strukturalny", o "budulec" tkanek.

Natomiast w "trybie oszczędzania", chodzi o niezużywanie białka ( wobec braku dostaw z zewnątrz) na potrzeby energetyczne, na spalanie.
Do pewnego stopnia ( zależnego też od zmienności osobniczej - od szybkości "ucieczki" szczawiooctanu z mitochondrium), tryb ten działa efektywnie przy spalaniu tłuszczu/ciał ketonowych. Do pewnego stopnia. Dopełnieniem jednak powinna być glukoza. Najlepiej z węglowodanów, bo po co degradować białka ze sprawnością 60% ..?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Arturze, pod konie lutego mam wizytę u mojego lekarza, pokażę mu Pana komentarz, dzięki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Małgorzato, to na co chciałem zwrócić szczególną uwagę to fakt, że głodówka jest działaniem ekstremalnym. Do ekstremalnych przypadków. Tam, gdzie być może nie ma czasu na półśrodki. Tak jak medycyna ratunkowa ratuje życie, a o resztę będziemy się troszczyć później.

Cała rzecz w tym właśnie, co będzie później. Jeśli później będziemy żyć tak, że kolejne ekstremalne środki będą potrzebne - to coś jest nie tak. Podkreślam - ekstremalne.
A dłuższa głodówka jest ekstremalna. Przy prawidłowym trybie życia zatem - jest niekonieczna.


/Głodówka to faktycznie endogenne odżywianie, to zjadanie nie tylko tłuszczu, ale np. komórek rakowych, czy innych "świństw"./

Niekoniecznie tylko "świństw". Także własnych narządów w niekorzystnych warunkach.
Takim niekorzystnym warunkiem jest utrzymujący się wysoki poziom insuliny, spowodowany nieprawidłową pracą jej receptorów. Wówczas tłuszcz w tkance tłuszczowej jest "zablokowany" w pewnych proporcjach (nieliniowych) właśnie do poziomu insuliny. Niedobór paliwa tłuszczowego powoduje konieczność sięgnięcia po inne źródła. Organizm potrafi się przestawić w tryb oszczędzający białka. Między innymi produkt końcowy ( ciało ketonowe) jest inhibitorem katabolizmu białek.( mniej glukozy jest potrzebne). Ale tylko do pewnego momentu. Dziennie pewna ilość białka jest degradowana nieodwracalnie.
I wymaga uzupełnienia.

Nie jestem bezwarunkowym przeciwnikiem głodówek.
To jest zawsze kwestia tego, do czego porównujemy.
Nie chodzi bowiem "tylko" o poprawę, która jest zawsze relatywna, ale o nierelatywną optymalizację. ( dla danej osoby w danym czasie).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Adrianno, dzięki za słowa wsparcia!
Panie Marku, akupunktura? Zaskoczył mnie Pan. No, no... jestem pod wrażeniem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Arturze, zgadzam się z Panem!!!:)
Dlatego robiłam testy na nietolerancję pokarmową. Wykluczyłam z diety: pszenicę, mleko krowie, ale też słonecznik, imbir ( bez testów nie wpadłabym na to, że mi szkodzi) jaja kurze i niestety jeszcze kilkanaście innych produktów. Polecam testy osobom z depresją również.
Głodówka to faktycznie endogenne odżywianie, to zjadanie nie tylko tłuszczu, ale np. komórek rakowych, czy innych "świństw".
Brałam w życiu mnóstwo leków i przez wiele lat prowadziła bardzo niehigieniczny tryb życia, ( jak bardzo niech pozostanie moją tajemnicą) dlatego potrzebuję radykalnego wspomagania, żeby potem już tylko prowadzić zdrowy tryb życia.

Jako ciekawostkę podam, że głodówki nie są polecane ( a właściwie zakazane) jak można przypuszczać: dzieciom, młodym osobom, kobietom w ciąży ale i osobom z depresjami i zaburzeniami psychicznymi. To, żeby nawiązać do tekstu powyżej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Trudno podsumować powyższe inaczej niż poprzez stwierdzenie, iż
depresja, jako zaburzenie lub choroba, jest jedynie wytworem wyobraźni
tysięcy psychiatrów i psychologów na całym świecie" - czytamy w ebooku.

Załóżmy, że jest to prawda. Powstaje natychmiast pytanie: co robią tysięczne tabuny potencjalnych pacjentów pod gabinetami psychiatrów, którym jeszcze psychiatrzy i psycholodzy nie uświadomili choroby?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Małgorzato, głodówka to przeciez nic innego, jak żywienie się tłuszczem. Z tkanki tłuszczowej. ( i ciałami ketonowymi)

Polecam przemyśleć ten fakt tym wszystkim, którzy ulegli propagandzie, że tłuszcz jest "niezdrowy". Piszę w ogromnym uproszczeniu oczywiście, bez arcyważnego rozróżnienia tego, jaki tłuszcz jest zdrowy, a jaki nie. Ale chodzi o główną zasadę.
Jak coś, co podczas głodówki jest podstawowym paliwem organizmu, może być zdrowe, a jednocześnie w codziennym żywieniu - niezdrowe..?
Na chłopski rozum rzecz biorąc nawet - coś tu nie ten tego, nieprawdaż ..?

Dlatego też głodówki nie są konieczne, tylko odpowiednia, zdrowa dieta na co dzień.
Tym bardziej, że głodówki mają też swoją ciemną stronę. A zdrowa dieta oznacza właśnie ( miedzy innymi) pozostawienie odpowiedniej liczby godzin w ciągu doby na regenerację organizmu. W dodatku bez wysiłku, bo bez uczucia głodu. Żadnej walki.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Myślę, że zaprezentowane tu punkty widzenia są bardzo zbieżne, problem jedynie wystąpił na poziomie komunikacji. Wszyscy zgodzimy się, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, oraz lepiej użyć akupunktury, lub ziół itp, a nie tabletek korporacyjnych. Jedni nazwą dany stan depresją, a inni np. destabilizacją psychiki, ale jedni i drudzy będą chcieli to leczyć, bo nikt nie chce pozostawać w depresji, czy w destabilizacji.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Marku,
trafne uwagi. Przeciętnego człowieka nie stać najczęściej na samoświadomość, że leczenie to ciężka praca ze swoim organizmem. Woli karmić się mirażem, zrzucać odpowiedzialność na lekarza.
A postawa roszczeniowa... hmm nagminna.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Małgorzato,
życzę wytrwałości i gratuluję. Zdaję sobie sprawę z tego, jakie to zadanie samemu wyzwalać siły natury.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.