"Toksymia" Małgorzaty Rejmer to literackie pudełko z czekoladkami. Co prawda gorzkimi, ale zrobionymi z surowca najwyższego sortu.
Pisząc o "Toksymii", nie sposób nie wspomnieć o znakomitym języku autorki. Małgorzata Rejmer już w debiucie pokazała pazur. Potrafi zaskoczyć czytelnika tak spokojną, cichą prozą, jak i niebanalną metaforą. Język jest w jej rękach jak dłuto, którym perfekcyjnie i metodycznie rzeźbi swoje dzieło. Nie boi się zaskoczyć, potrafi w jednej chwili uraczyć czytelnika dawką soczystego absurdu w stylu Monthy Pythona, by za moment przejść do poważnej, rzeczowej narracji. Nie jest to sztuka łatwa, a Rejmer udała się znakomicie.
W "Toksymii" można się też doszukać krytyki współczesnej rzeczywistości z pozycji - nazwijmy je tak umownie - lewicowych. Autorka nie raz kpi na kartach książki z kapitalistycznego pędu do handlowania czym się da i robienia konsumentom wody z mózgu. Jana Niedzielę uczyniła... twórcą mów pogrzebowych na zamówienie. Jego szef, niczym szef piekarni, liczy napisane teksty (czytaj - zgony) niczym tacki z bułeczkami. I rad, gdy kasa mu się zgadza. Co ciekawe, o usługi pisarskie Jana można się starać już kilka miesięcy naprzód. Warunkiem jest wszakże wypełnienie stosownej formatki, która pozwoli autorowi wydobyć z życiorysu przyszłego zmarłego to, co najlepsze. Czytelna to aluzja i kpina z handlowych praktyk, z których codziennie brniemy niczym w wodzie po pas, próbując nie utonąć.
Jednym z najważniejszych ideologicznych konstruktów epoki, w której żyjemy, jest idea, że każdy może swobodnie kształtować swoją osobowość. Że można dowolnie się zmieniać, że trzeba być elastycznym, że bycie "cool" to nic trudnego, ale też podstawowy obowiązek wiążący się z człowieczeństwem. Na to nakłada się przekonanie, że relacje międzyludzkie to swoisty system zerojedynkowy. Ja daję, Ty bierzesz. I gramy w to, póki jest wygodnie. Gdy przestaje - arrivederci, nie dzwoń do mnie więcej. I tak w kółko, aż do odgryzienia własnego ogona i odkrycia, że żyje się w kompletnej pustce. Małgorzata Rejmer w "Toksymii" z tym ideologicznym mirażem wzięła się za bary i ze starcia wyszła zwycięsko. Obnażyła jego ułudę. Naszkicowani przez nią bohaterowie są bowiem tego mitu całkowitym zaprzeczeniem.
Nie radzą sobie z uczuciami, z własną cielesnością, nie radzą sobie z innymi ludźmi. Żyją w mitach, nie dostrzegając rzeczywistości. Jak w takich okolicznościach można jeszcze być "cool"?
"Toksymię" krytycy literaccy zgodnie okrzyknęli jednym z ciekawszych debiutów ostatnich lat. I mają całkowitą rację. Nie jest to może rzecz pokroju "Wojny polsko-ruskiej" pióra Doroty Masłowskiej, ale to kawał solidnej, błyskotliwej i dobrze napisanej literatury. Co prawda do szpiku kości pesymistycznej, ale będącej jak zimny prysznic, a zarazem szczepionka. Uodparniająca na miałkość i szarość.
Małgorzata Rejmer, "Toksymia", Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2009, s. 192.