Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

11776 miejsce

Tomasz Budzioch, czyli wyprawy niesztampowe

- Ciągle docierały do mnie tragiczne wiadomości z miejsc, które zostawiłem za sobą. Trzy dni po opuszczeniu Leh dowiedziałem się, że zeszła tam potężna lawina błotna, która pozbawiła życie ok. 700 osób – opowiada Tomasz Budzioch.

Rowerem przez Chiny / Fot. Tomasz BudziochEla Wiejaczka: Opowiedz coś o swojej ostatniej podróży.
Tomasz Budzioch: Była fenomenalna. Przemierzyłem tę trasę wielokrotnie – na google maps, google earth, przeczytałem fora na jej temat – mogę niemalże powiedzieć, że tam byłem. Niemalże – ponieważ w pewnym momencie organizacji wyjazdu coś zaszwankowało. Miała to być wyprawa rowerowa, celem zaś przejechanie odcinka Katmandu–Lhasa. Przygotowywaliśmy się z grupą dwudziestu pięciu chętnych prawie przez rok – trenowaliśmy na własną rękę i co kilka tygodni spotykaliśmy się na wspólne przejazdy wyznaczoną trasą – na jeden lub dwa dni. Mogę powiedzieć, że odbyłem tę podróż, ponieważ samo poznanie grupy i treningi były wspaniałym przeżyciem: otwarci, pełni energii ludzie z poczuciem humoru. Niestety organizator i jego podejście do wyjazdu spowodowało, że miesiąc przed planowanym wylotem z Polski mój udział w nim został odwołany.

Co masz na myśli?
Ze względu na zmieniające się ciągle warunki uczestnictwa i obostrzenia nałożone na uczestników w ostatniej chwili. Wyjazd miał być w dużej mierze sponsorowany, dlatego organizator mógł stawiać pewne wymagania. Miesiąc przed wyjazdem odbył się trening weryfikacyjny. Mieliśmy w jeden dzień objechać dookoła Tatry (230 km), braliśmy pod uwagę 24 godziny – potem okazało się, że mamy na to 13 godzin. Tylko cztery osoby podołały takiemu wyzwaniu, co najśmieszniejsze – nie zmieścił się w wyznaczonym przez siebie limicie czasowym sam organizator!Droga w Pakistanie / Fot. Tomasz Budzioch

Wyprawa się odbyła, natomiast uczestnicy, którzy nastawiali się na przejazd z Katmandu do Lhasy, dowiedzieli się – niektórzy dopiero na miejscu – że trasa została zmieniona. Zamiast wyjazdu do Tybetu, na którym wielu z nich zależało, ponieważ ciężko jest zdobyć pozwolenie na wjazd do tego kraju – mieli przejechać trasę wokół Annapurny. A zatem cel wyprawy został diametralnie zmieniony. Ja kilka dni przed treningiem weryfikacyjnym doznałem kontuzji i nie mogłem wziąć w nim udziału – wtedy organizator wstępnie wykluczył mnie z wyprawy. Pojechałem jednak na metę do Bukowiny Tatrzańskiej – spotkać się z uczestnikami, poczęstować czymś słodkim. Kiedy zobaczyłem jaka jest w grupie atmosfera, zadecydowałem, że nie będę walczył o swoje uczestnictwo. Ostatecznie nie pojechałem. Udało mi się odzyskać włożone pieniądze, ale pozostałe osoby które nie pojechały miały z tym większy kłopot; sytuacja oparła się o prawnika i prokuraturę.

Jednego z uczestników spotkałam w samolocie z Istambułu. Mówił, że połamali bagażniki, bo często zjeżdżali po kamiennych schodach… A ostatnia wyprawa, która się odbyła? Wcześniej dużo jeździłeś sam.
Wokół indyjskiej części Himalajów - I tydzień podróży / Fot. Tomasz Budzioch 2010 r., wyjazd w podobny rejon i o podobnym charakterze. Chciałem zrobić na rowerze pętlę wokół indyjskiej części Himalajów.

Spotkało cię wtedy dużo przygód.
I to właśnie jest fantastyczne! Pierwsze dwa tygodnie były w miarę spokojne, miałem założenia kilometrowe na dzień a – o dziwo – przejeżdżałem więcej. Przemierzałem trasę między Shimlą a Srinagarem, przez wzgórza, których wysokości nie przekraczały 3 000 m, zdarzały się jednak długie podjazdy. Nigdzie mi się nie spieszyło. Jeśli jakieś miejsce mnie urzekło – zatrzymywałem się na dłużej. Pamiętam pierwszy dzień: wyjechałem z miejscowości Kalka do Shimli i szybko zorientowałem się, że będzie ciężko. Trasa okazało się trudna, a pogoda niesprzyjająca – gorąco i duszno (lipiec, czas tuż przed porą deszczową). Od przedpołudnia do wieczora przejechałem tylko połowę zakładanego odcinka. Po dwóch dniach jazdy dotarłem do Shimli, chciałem odpocząć i pojechać tylko kawałek dalej – ale ten przemienił się w 40 km. Niedaleko za Shimlą zaczął się zjazd, który miał 65 km. Wtedy sobie pomyślałem: „To byłby dramat, gdybym musiał jechać ten odcinek pod górę!”. 50 dni później nie miałem wyboru.

Przez ponad dwa tygodnie pedałowałem do Srinagaru i można powiedzieć, że była to rozgrzewka przed prawdziwą jazdą. W tym czasie suma wszystkich pokonanych przeze mnie przewyższeń wynosiła 16,6 km. W Srinagarze zatrzymałem się na dłużej, niż planowałem, ponieważ złapałem infekcję i musiałem udać się do indyjskiego lekarza. Na co dzień ruchliwe miasto podczas mojego wjazdu było wyludnione, a sklepy i drobne zakłady rzemieślnicze zamknięte na cztery spusty. Kilka dni odpoczywałem na łodzi na jeziorze Dal. Trzy dni po moim wyjeździe w mieście dokonano zamachu bombowego, w którym zginęły trzy osoby. Dopiero od Srinagaru zaczęły się prawdziwe góry (nawet ponad 4 000 m) i walka z wysokością. Na szczęście dzięki temu, że wybrałem dłuższy wariant trasy, byłem dobrze zaaklimatyzowany. Wspinaczka na wysokie przełęcze nie stanowiła tak dużego problemu, jak spodziewałem się przed wyjazdem. Pojawiły się natomiast inne zmartwienia.

Podjazd na przełęcz Kardung / Fot. Tomasz BudziochNa północ od Srinagaru problemem było zaopatrzenie w wodę i żywność. Jako że jest to teren górski, nie ma tam wielu upraw – niewiele jest tam też miejscowości i postojów ciężarówek, gdzie zazwyczaj można coś zjeść. Jednym z największych wyzwań był wjazd na Kardung La (5360 m) – najwyższą przejezdną przełęcz świata. Podjazd do niej zaczyna się w miejscowości Leh (3 500 m) i wynosi zaledwie 36 km, ale przewyższenie na tym odcinku to 1 800 m. Wspinaczka zajęła mi 9 godzin!

Kiedy zaczęły się kłopoty?
Pogoda zepsuła się na początku sierpnia. Zazwyczaj w tym rejonie w ciągu lata jest idealna pogoda (ciepło, słonecznie, bez silnych wiatrów, a opady – jeśli w ogóle są – to niewielkie i sporadyczne). W 2010 r. sezon letni, także ku zaskoczeniu mieszkańców, był wyjątkowo obfity w deszcze. Jakimś cudem udawało mi się przed tymi opadami uciec, docierały do mnie tylko tragiczne wiadomości z miejsc, które zostawiałem za sobą. Trzy dni po opuszczeniu Leh, dowiedziałem się, że zeszła tam potężna lawina błotna, która pozbawiła życie ok. 700 osób. Tysiące turystów utknęło w górach, gdyż lotnisko w Leh zostało zniszczone przez powódź, a jedyna droga łącząca Ladakh z terenami nizinnymi została poprzerywana przez potężne osuwiska. Ja, dzięki temu że poruszałem się na rowerze, byłem w stanie przejechać odcinki dróg nieprzejezdne dla samochodów. Opuściłem Leh i wieczorem w miejscowości Upsi przekroczyłem most na rzece Indus– dzień później po nocnej ulewie most ten został zerwany. Planowałem postój w Lato – małej wiosce, w której jest tylko kilka domów z kamienia i kilkanaście sezonowych namiotów ze starych spadochronów. Ostatecznie zatrzymałem się tam tylko na obiad i pojechałem dalej. Dzień później ta miejscowość już nie istniała.

Okolice Pang / Fot. Tomasz BudziochRuch na drodze między Leh a Keylong zamarł całkowicie. Zwykle ruchliwa trasa była zupełnie wyludniona, przez cały tydzień spotkałem tylko czworo rowerzystów, którzy uciekali przed powodzią z okolic jeziora Tsomoriri, gdzie ja właśnie podążałem. Zawrócili mnie. Z parą Katalończyków jechałem przez tydzień – wspólnie przebijaliśmy się przez osuwiska. W sezonowej miejscowości Pang zastaliśmy ok. 250 turystów, którzy nie mieli możliwości wydostania się w jakimkolwiek kierunku. Dopiero tam dotarł do nas ogrom zniszczeń spowodowanych przez deszcze i osuwiska. Tego dnia miejscowi zabronili nam jechać dalej ze względu na ciągłe zagrożenie osuwania się na drogę skał. Wyruszyliśmy kolejnego dnia i już po kilkunastu kilometrach natknęliśmy się na zwały błota i głazów blokujące drogę. Przepychanie obładowanych rowerów na wysokości 4 000 m przez błotnistą maź było nie lada wyzwaniem. Na strzępach oberwanej drogi stały ciężarówki, które nie mogły ruszyć w żadną stronę, a koczujący przy nich kierowcy mówili, że są w takiej sytuacji już od tygodnia. Kolejnego dnia dotarliśmy do obozu Sarchu, gdzie przy pojazdach obozowała grupa kilkudziesięciu kierowców. Byliśmy dla nich jedynym źródłem informacji o sytuacji na drodze. Obóz był całkowicie odcięty od świata – nie było komunikacji telefonicznej, satelitarnej ani prądu. Powiedzieliśmy im, że droga w stronę Leh jest nieprzejezdna i że to się nie zmieni jeszcze przynajmniej przez tydzień.

Po kolejnych kilku dniach i pokonaniu dwóch przełęczy, których wysokość przekraczała 5 000 m, dotarliśmy do miasteczka Keylong. Mogliśmy wreszcie najeść się do syta, wykąpać i wysłać wiadomości do rodzin, że jesteśmy cali i zdrowi. Jak się okazało, moi katalońscy towarzysze byli już poszukiwani przez ambasadę.

Zaraz po opuszczeniu Keylong złapałem biegunkę, więc przeleżałem w namiocie pół dnia. Po południu rozpocząłem wspinaczkę na przełęcz Rotang. Była piękna pogoda, ale z drugiej strony przełęczy diametralnie się zmieniła: przywitały mnie chmury, mgła i nieprzyjemna mżawka . Zacząłem rozglądać się za miejscem na robicie namiotu, ale teren po obu stronach drogi stawał się coraz bardziej stromy i nie dawał możliwości zabiwakowania. Po kilku kilometrach zobaczyłem we mgle samochody. Był to koniec gigantycznego korka, który uPrzekraczanie potoków / Fot. Tomasz Budziochtworzył się przed zniszczonym odcinkiem drogi. Niektóre pojazdy stały przed osuwiskiem już drugi dzień, czekając na umożliwienie przejazdu. Dzięki temu, że poruszałem się rowerem, udało mi się przebyć 200-metrowy odcinek zasypany przez lawinę błotną, ale okupiłem to wywrotką, po której byłem przemoczony i ubłocony, a później jeszcze okazało się, że mam rozciętą goleń.

Umyłem się pobieżnie w potoku i rozpocząłem zjazd do miejscowości Khoksar, którą widziałem w promieniach zachodzącego słońca jakiś kilometr niżej w linii prostej. Do miejscowości było jednak ok. 20 km. Droga była zniszczona, przetykana płynącymi potokami, zwałami żwiru, piachu i mułu, a wieczorna mgła i mrok obniżyły widoczność prawie do zera. W pewnym momencie usłyszałem za sobą samochód, którego kierowca zawrócił i podobnie jak ja zjeżdżał do Khoksar na nocleg. Nie miałem wystarczająco silnej lampki przy rowerze, postanowiłem więc nie dać się wyprzedzić; jechałem środkiem drogi, żeby reflektory pojazdu zza moich pleców oświetlały mi drogę. Chcąc nie chcąc kierowca musiał jechać moim tempem. Po półtorej godziny karkołomnego zjazdu dotarliśmy do malutkiej wioski. Zjadłem skromną kolację i w ciemności zacząłem rozglądać się za miejscem na rozbicie namiotu, kiedy poczułem na ramieniu dłoń. W mroku usłyszałem pytanie: „Szukasz noclegu?”. Poszedłem z nim. Mężczyzna i jego kompani dogadali się z właścicielem jednej z małych restauracji, że przenocują na podłodze w jadalni. Później okazało się, że ta grupa mężczyzn to indyjscy himalaiści i że to właśnie oni jechali busem, który przy zjeździe do Koksar oświetlał mi drogę.

Korek przed Khoksar / Fot. Tomasz BudziochKolejne dni to już zjazd w doliny. Mocnym akcentem na zakończenie wyjazdu była mozolna wspinaczka na przełęcz Jalori o niewielkiej wysokości (3 200 m), ale z najstromszym podjazdem, z jaki spotkałem się na całej trasie. Na odległości 18 km wspiąłem się 2 200 m w pionie! No i wisienka na torcie – przedostatniego dnia pokonywałem w górę wspomniany już 65-kilometrowy podjazd z Tatapani do Shimli!

Co notowałeś podczas podróży?
Szczegóły trasy, najważniejsze odczucia – „najedzony, wkurzony, mam stracha, dobry nocleg, ładny biwak”.

Byłeś w Indiach kilkanaście razy. Dlaczego wracasz w to samo miejsce?
Bo mi się tam podoba i ciągle jest mnóstwo rzeczy do zobaczenia. Spędziłem w tym kraju w sumie ponad rok, a jednak nadal czymś mnie zaskakuje. Ciężko mi podać definicję moich powrotów do Indii.

Pół roku pracowałeś w Prem Danie w Kalkucie – jednym z ośrodków dla osób ciężko chorych i umierających założonym przez Matkę Teresę w Kalkucie. Dlaczego?

Dla siebie. Żeby się poczuć lepiej. Powiedziała mi o tym siostra Andrea, hinduska, z którą pracowałem w dressing room: „Niezależnie od tego, jakie są powody-impulsy do wyjechania z kraju, aby gdzieś w świecie nieść pomoc innym, ostatecznie robimy to dla siebie”. Zaczynamy taką pracę, bo chcemy pomóc – najczęściej umierać godnie, bo na leczenie zazwyczaj jest za późno. Ale w gruncie rzeczy robimy to po to, żeby móc później powiedzieć: „Zrobiłem coś pożytecznego. Ktoś dzięki mnie żył dłużej, ktoś inny nie leży już na ulicy, nie jest głodny”. Po takim doświadczeniu człowiek czuje się bardziej wartościowy.
Moim impulsem była chęć zamknięcia pewnego etapu i zmiany w życiu. Miałem 30 lat – to podobno przełomowy wiek; następnym jest sześćdziesiątka! (Śmiech). Do trzydziestki człowiek się uczy, zaczyna rozglądać się za pracą – potem zaczyna się poważniejsze życie.

Kabul, Afganistan / Fot. Tomasz Budzioch Każdy powinien w takie miejsce pojechać?
Każdemu by to dobrze zrobiło. Nabiera się nowego spojrzenia na świat – okazuje się, że tak naprawdę wartości kluczowe są zupełnie inne niż te, które usiłuje się nam wpoić. Nie chodzi o to, żeby mieć piękny dom, nowy samochód co dwa lata, świetną pracę i raz w roku pojechać na wczasy do Egiptu. Takie miejsca uświadamiają jak niewiele wystarczy, żeby być szczęśliwym. Ja się tam czułem świetnie. Patrzyłem na ludzi, którzy trafiali do ośrodka – niektórzy żyli wcześniej jak zwierzęta, a po dwóch-trzech miesiącach zaczynali jeść łyżką. Albo ktoś, kto miał rozerwaną nogę i otwartą ranę, którą wyjadały robaki – po kilku miesiącach już nie czołgał się po ziemi i zaczynał chodzić bez kul. Poza tym byli tam kapitalni ludzie, każdy ze swoją historią. Bardzo budujące było dla mnie to, że siostry, które tam pracowały, nie miały nic; dawały przykład życia poświęconego innym. I to, że nikt nikogo nie pytał o religię, orientację seksualną ani o przeszłość. To dawało ludziom niesamowite poczucie wartości i akceptacji, nawet tym, którym w życiu się nie powiodło. Nikt ich nie oceniał, każdy mógł po prostu przyjść i zacząć pracę.

Która śmierć z ośrodka Matki Teresy najbardziej cię dotknęła?
Był taki upośledzony chłopak, wiecznie uśmiechnięty, miał może 19 lat. Był niesamowicie pomocny, ciepły, do wszystkich się przytulał, miał świetne poczucie humoru i był przez wszystkich lubiany. Bardzo przeżywał wszelkie uroczystości, roznosił jedzenie innym pacjentom, karmił tych, którzy nie mogli sami jeść. Pewnego dnia przyszedłem rano i od Juliana, innego wolontariusza, usłyszałem, że chłopak nie żyje. Że rano czyścił sobie ucho patykiem i przebił tętnicę. Nie udało się go uratować, wykrwawił się. Umarł z uśmiechem na ustach, nie rozumiał nawet, co się dzieje. Uwierzyliśmy w jego śmierć dopiero, kiedy zobaczyliśmy ciało zawinięte w prześcieradło.

W Chinach / Fot. Tomasz BudziochOdwiedziłeś Kirgistan, Chiny, Pakistan, Afganistan – dlaczego akurat Azja?
Azja była pierwszym kontynentem, który odwiedziłem i tak już zostało. Na początku był Nepal – z kolegą Bogdanem spędziliśmy w nim miesiąc czyli połowę podróży. Drugą częścią była droga, gdyż jechaliśmy do Nepalu lądem – przez Iran, Pakistan, Indie. Wspominam ten wyjazd kapitalnie, ale w tej chwili wiem, że była to podróż totalnie partyzancka! Nic nie wiedzieliśmy o tych krajach, mieliśmy tylko przewodnik trekkingowy po Nepalu. Byliśmy bez mapy, a jedynym źródłem informacji był skserowany artykuł z „Poznaj Świat” ze schematyczną trasą: kreska i kilka największych miast plus informacja, gdzie można się przemieszczać pociągiem, a gdzie autobusem. To były czasy bez Internetu, kiedy ciężko było znaleźć przewodniki, a do tego mój angielski był tragiczny. To po tym wyjeździe zacząłem mówić!

A Jedwabny Szlak?
Most w Pakistanie / Fot. Tomasz Budzioch2004 albo 2005. Pojechałem zrobić materiał na prelekcję. Wylądowałem w Kirgistanie i chciałem zrobić pętlę przez Chiny, Pakistan, Afganistan, Tadżykistan. W Chinach kupiłem rower za 100 $ i przejechałem na nim z Kaszgaru do Gilgit przez Karakorum Highway (najwyżej na świecie położoną drogę o utwardzonej nawierzchni – 4 693 m) czyli prawie 700 km. To był pierwszy wyjazd, kiedy zdałem się na to, co się będzie działo na trasie i nie planowałem, w jaki dokładnie sposób wrócę do Polski. Ostatecznie z Kabulu poleciałem do Istambułu, a stamtąd stopem do kraju.

Z Uzbekistanu i Tadżykistanu musiałem zrezygnować, ponieważ czas oczekiwania na wizy okazał się zbyt długi. Moje założenia wzięły w łeb, częściowo zmodyfikowałem więc plan i zdałem się na to, co niósł los. Każdemu polecam taki sposób podróżowania! Dzięki niemu trafia się w niekomercyjne i niezwykle urokliwe miejsca, do których nigdy nie dotarlibyśmy trzymając się rozkładu jazdy biura podróży. No i człowiek otwiera się na przygodę.

A propos slajdów – byłeś pierwszą osobą w Gorlicach, która pokazywała zdjęcia w szkołach. Skąd wpadłeś na taki pomysł?
W Pakistanie / Fot. Tomasz BudziochKtoś mnie poprosił o prelekcję ze zdjęciami i wtedy pomyślałem, że może to być sposób na zarabianie na następne wyjazdy. Zabawna historia – po jednej z takich prezentacji pewien chłopak z Gorlic zrozumiał, co będzie robił w życiu. Dzisiaj ma firmę i menadżera, który umawia mu spotkania w szkołach. On sam jeździ po świecie, a potem sprzedaje swoje zdjęcia i historie. Z jednej strony to pozytywne uczucie – być dla kogoś „pomysłem na życie”, a z drugiej – byłem wściekły, że mi podebrał klientów! (uśmiech)

Byłeś w Maroku. Dlaczego nigdy nie pojechałeś w głąb Afryki?
Bo nie miałem pieniędzy. Azja jest bez porównania tańsza. W Indiach – z transportem, z hotelami i wyżywieniem – można świetnie żyć za 6 euro na dzień.

A które miejsce zrobiło na tobie największe wrażenie?
Pusta nisza w Bamian / Fot. Tomasz BudziochAfganistan. Mówię o jednorazowym wrażeniu. Do Indii podchodzę w specyficzny sposób – brakuje mi już świeżości spojrzenia. Byłem tam pierwszy raz w 1996 r. i nawet nie pamiętam jakie odczucia mi wtedy towarzyszyły. Świadomy wyjazd to rok 1999, wtedy bardzo dużo jeździłem po tym kraju, w ciągu 2,5 miesiąca przejechałem praktycznie Indie dookoła, odwiedzając tak zwane najważniejsze miejsca. Natomiast w Afganistanie ogromne wrażenie zrobiły na mnie zniszczone posągi Buddy w Bamian. To były gigantyczne budowle – najwyższa miała 53 m, to jest wysokość dwudziestopiętrowego bloku! Posągi zostały wysadzone przez talibów w 2001 r. Jadąc tam w 2004 r. zupełnie nie przypuszczałem, że taka będzie moja reakcja na widok kupy gruzu. Sam byłem zaskoczony: stałem pod skałą i patrzyłem na nisze, gdzie kiedyś znajdowały się rzeźby, na gruzowisko, które po nich pozostało i niemal miałem w oczach łzy.

Nie masz CV, nie zapisujesz dat swoich wyjazdów – czy wszystkie pamiętasz?
Co się na którym działo – tak. Natomiast nie pamiętam dat, czasami nawet ciężko jest mi sobie przypomnieć rok. Nie z wszystkich wyjazdów też mam notatki, a z tych, z których mam – zazwyczaj niepełne. Czy mi tego nie szkoda? Nie. Przeżywałem i cieszyłem się życiem – to wystarczy.

Opowiedz jeszcze krótko o innych częściach świata.
Pakistan / Fot. Tomasz BudziochKiedyś przez miesiąc pracowałem w Niemczech –piaskowałem śluzę na Renie. W Stanach – przez rok, przy kamieniu. Wtedy to pojechałem na dwa tygodnie do Meksyku – pozwiedzać, ale i przedłużyć wizę. Maroko – trzy razy, pilotowałem grupę samochodów terenowych. Na podobne wyjazdy wyjeżdżałem też do Czarnogóry, na Ukrainę, do Rumunii i Indii.

A w Polsce?
Buduję dom, robię zdjęcia na weselach i pracuję jako alpinista przemysłowy.

Słyszałam, że się żenisz.
Tak, za tydzień.

A z kim?
Z tobą!

Śmiech.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Wyprawa faktycznie niesztampowa - trudna, wywołująca kwasicę mięśni i wyciskająca pot, ale fascynująca i niezapomniana. +5

A przy okazji - mądrością domek zbudujcie, dla dwojga, trojga, czworga, a może i więcej, kochając się coraz goręcej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.