Facebook Google+ Twitter

Torwar w ogniu - o skuteczności rozgrzewki z Arcade Fire

A niech mnie - rydwany to były a nie arkady ognia. Arcade Fire wpadli do Warszawy, żeby udowodnić, jak wielkim są zespołem. Lepiej być nie mogło.

Arcade Fire / Fot. Materiały promocyjneBasia Bulat... chętnie bym tę uroczą Kanadyjkę pominęła. Nie z braku szacunku ani zwątpienia w jej talenta, po prostu nijak się nie wpisała w ogromne oczekiwania, jakie miałam wobec tak mocno reklamowanej i ponoć ogromnie utalentowanej muzyczki alternatywnej. Nie uprościła mi też sprawy z poruszaniem się pośród drastycznie narastającego żeńskiego singer-songwritterstwa - po prostu stałą się jedną z wielu. Pół godziny, kilka zmian instrumentów (autoharfa zrobiła się modna, dopiero co widziałam ją w obijęciach PJ Harvey, teraz Basia), polski akcent, który stoi nota bene za "Green Zoo Festival" - zaśpiewała bowiem, uroczo walcząc z polskim językiem, starą piosenkę "Zielone Zoo" Ludmiły Jakubczak. Przaśnie było. Przewidywalne widowisko spełniło jednak jedną funkcję - zaostrzyło, oj zaostrzyło apetyty.

Przepinanie, urządzenie sceny i inne techniczne kombinacje zajęły jakieś 35 minut, wtedy na stylizowanym na stary szyld kinowy ekranie pojawił się napis "Coming Soon - Arcade Fire", później w "trailerach" zobaczyliśmy kilka sielankowych filmów (z czasów hippisów, zaryzykowałabym), i z rozkosznej piosenki o "lubieżnym maju" wyłoniły się cyfry, a z tych, jak na płycie, eksplodowało "Month of May". Eksplodowało dosłownie, wprawiając publiczność w ekstazę, pomimo problemów z nagłośnieniem i kiepskiego wyeksponowania wokalu Wima, który zagłuszony został przez ścianę gitar. Mimo to genialny koncert zaczął się stuprocentową energią.

Problemy technicy mieli jednak przejściowo i jakoś sobie z nimi poradzili już przy okazji kolejnego "Sprawl II". Powiało disco, Regine wyłoniła się zza perkusji w złotej sukience i po kilku minutach tańca wystrzeliła z ciemności kolorowymi "sprawlami" . Światła, Knife'owe syntezatory, przerywniki z ciemności, każdy detal tego fragmentu był dziką przyjemnością.

Ze "Sprawl II" przeszli płynnie do dwóch hitów ze średniej płyty "Neon Bible", "Keep the Car Running" i "No Cars Go", połączonych przedziwnie wciągającą ilustracją miniaturowego filmu czarno-białych twarzy, wymalowanych tak, że przypominały mi przede wszystkim batmanowskiego Pingwina, zanurzonych w wodzie po szyje. Ten mały akcent w jakiś tajemniczy sposób idealnie wpisywał się w psychodeliczną, tajemniczą urodę utworów. Perkusja, smyczki, akordeon, nieprawdopodobna gitara - pierwszy raz naprawdę poczułam ciarki.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

po co to jestem fanką
  • po co to jestem fanką
  • 26.06.2011 21:20

też byłam i do tej pory przeżywam, dla mnie mogliby odtworzyć jeszcze resztę Suburbs (uwielbiam), z jednego tylko powodu było mi przykro: nie wiem jak to możliwe, że mniej więcej pół hali było pustej, w głowie mi się to po prostu nie mieści - ale kto nie był jego strata

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.