Facebook Google+ Twitter

Tour de France, etap 20. Wielki sprawdzian faworytów

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2009-07-25 20:37

Wielki sprawdzian faworytów na morderczym podjeździe pod Mont Ventoux za nami. Niespodziewanie wygrał Garate. Połączone siły braci Schlecków nie strąciły Armstronga z podium.

 / Fot. EPA/IAN LANGSDONPrzedostatni etap Tour de France zapowiadał się niezwykle ekscytująco. Nie przez przypadek już przed wyścigiem wielu komentatorów nazwało go etapem królewskim. Kolarze mieli do pokonania
167 km z Montelimar do Mont Ventoux. Długość trasy nie imponowała, podobnie trudność pierwszych 110 km. Kilka premii górskich niskiej kategorii i jeden sprint nie miały prawa zadecydować o losach wyścigu. Ale już za to końcówka… Najpierw kilkukilometrowy podjazd pod Col des Abellies (premia górska 3 kat.), następnie szybki zjazd, premia lotna i w końcu finałowa wspinaczka pod Mont Ventoux!

Mont Ventoux, góra-legenda. Razem z razem z Col du Galibier, Col du Tourmalet oraz L'Alpe d'Huez należy do tzw. „świętych gór“ wyścigu Dookoła Francji. Kolarzy czeka dzisiaj ok. 20 kilometrowy podjazd pod "Górę Wiatrów", poprzedzony dziesięcioma kilometrami dodatkowej, tylko nieco łatwiejszej, wspinaczki. Na szczycie góry na zwycięzcę czeka premia górska najwyższej kategorii i meta.

Swoją legendę Mont Ventoux zawdzięcza wielu, często tragicznym, historiom. To tutaj w 1967 r. ówczesny mistrz świata, Tom Simpson, wykończony podjazdem stracił przytomność , spadł z roweru i zmarł na miejscu. To także po pokonaniu tej góry Eddy Merckx w 1970 r. (kiedy zresztą wygrywał TdF po raz drugi) na mecie zemdlał i służby ratownicze musiały mu podawać tlen. Trudności w pokonaniu Mont Ventoux sprawia nie tylko wysokość (1600 m. od podnóża do szczytu) i nachylenie (średnio 7,6 proc.), ale także niemal całkowity brak roślinności.

Sprawia to, że szczyt góry jest odsłonięty i kolarze, szczególnie w lecie, są wystawieni na iście diabelskie warunki - wielki skwar i silny wiatr. Warto dodać, że także Polak zapisał się w historii francuskiej góry. 11 czerwca 2009 r., w innym bardzo ważnym wyścigu - Dauphiné Libéré, Sylwester Szmyd najlepiej pokonał ten morderczy podjazd i wygrał kończący się tam etap.

Zdając sobie oczywiście sprawę z trudności ostatniego podjazdu prawie wszyscy zawodnicy chcieli do podnóża Mont Ventoux dojechać spokojnym tempem. Prawie wszyscy, bo jak zawsze kilku kolarzy od razu zwietrzyło swoją szansę na pokazanie się i od samego startu zaczęli atakować. Jedną z pierwszych była ucieczka Juana Manuela Garate (Rabobank), Tonyego Martina (Team Columbia), i Aleksandra Kuczyńskiego (Liquigas). Do trójki kolarzy po kilku kilometrach dołączyło trzynastu innych. Peleton odpuścił i atak okazał się nie tylko szybki, ale też i skuteczny. Przewaga prowadzącej grupki wzrastała i w szczytowym momencie wynosiła ponad 10 minut.

Podczas wspinaczki pod Col des Abellies, będącej niejako przystawką przed głównym daniem - finałowym podjazdem, strata peletonu zaczęła powoli topnieć. Podobnie na zjeździe. Tempo dyktowały Astana, cały Saxo Bank i Luquigas. W czasie tej pogoni doszło do niecodziennej sytuacji. Niedaleko trasy wybuchł spory pożar - zaczął palić się las. Drogi 20 etapu zostały otwarte dla wozów straży pożarnej, a wyścig mógł zostać przerwany! Na szczęście okazało się, że kolarzom nic nie grozi i mogli kontynuować jazdę. Ciekawą sytuację mieli maruderzy za peletonem, bo zamiast wozu technicznego mógł ich minąć jadący na sygnale... też wóz, ale już strażacki.

Wybrane dla Ciebie:


Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.