Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

15339 miejsce

Transformers: Wiek zagłady. Irytujące rozczarowanie [RECENZJA]

Czwarta odsłona serii "Transformers" jest irytującym rozczarowaniem. Nawet nie dlatego że jest słaba, tylko dlatego że jest wielkim oszustwem. Zamiast filmu dostajemy produkt udający film.

 / Fot. materiały prasoweJedną ze niewłaściwych rzeczy przewijających się w recenzjach filmów rozrywkowych jest ocenianie ich wartości przykładając miarę ambitnych produkcji. "Fellini nie tak budował historię" - grzmią. Oczywiście, że nie, bo Fellini czy inny Bergman nie kręcili takich filmów (nie żebym twierdził, że mistrzowie nie daliby rady… chociaż…). Na kino rozrywkowe nie można się obrażać tylko dlatego, że nie jest kinem artystycznym czy nawet realistycznym.

Ktokolwiek ogląda film z tego nurtu musi się spodziewać i godzić, że w parze z dużą ilością akcji, otrzyma uproszczenia fabularne, mniej rozbudowane postacie i naruszone fundamentalne prawa logiki i fizyki. Ciągle więc dziwią mnie utyskiwania, po seansach czy w internecie, że to co na ekranie „jest nieprawdopodobne”, „że bajka”, „że naiwne”. Takie głosy rozczarowania nie wnoszą oczywiście nic do dyskusji, a rodzą jedynie pytanie o poziom świadomości w wyborze repertuaru. Nie dobrze jednak świadczy o filmie, gdy ktoś kto wie na co się wybiera, nie może określić filmu inaczej niż - nieznośnie głupi, nudny, mało oryginalny, przeciągnięty, żeby nie zamknąć tych zarzutów jednym słowem - prymitywny. I chyba największym grzechem "Transformers 4" jest to, że jako całość, jako przekaz „artystyczny”, wierzy, że widz też się taki okaże. Nabierze się na podsunięta mu szmirę i jeszcze podziękuje.

Pierwszy film z serii był zręcznie opowiedzianą historyjką o wojnie przybyszów z odległych planet i wciągniętych w ich batalię ludzi. Całość podlano sosem nastoletnich marzeń (pierwszy samochód, pierwsza dziewczyna) oraz więcej niż przyzwoitych scen akcji, a te Michael Bay kręcić potrafi. Można zżymać się, że wykorzystywał w większości te same chwyty, ale co jakiś czas potrafił zaskoczyć spektakularną sceną czy zmyślnym ujęciem. W Transformers 4 Bay stał się dla swojej koncepcji więźniem i bezmyślnym kopistą w jednym. Ponadto nie mogąc wyjść z konwencji, z uporem maniaka, z części na część Bay tworzy, w sekwencjach akcji co raz większy chaos. Może to jego sposób na zamaskowanie faktu, że tam nic się nie dzieje. Oczywiście pozornie dzieje się dużo – coś wybucha, coś spada, coś się rozpada – no właśnie coś, ale nie wiadomo co dokładnie i w jakim celu? Niby że dynamicznie (a przecież wszyscy tego chcą, łącznie z ogłoszeniami o pracę) mówią twórcy. Tyle, że oszukują. Taki rodzaj fałszywej dynamiki można zapewnić nawet opisowi pustego pokoju twierdząc, że – Pomieszczenie było areną niezwykłych zdarzeń. Wiatr z wesołym świstem przeskakiwał z jednego okna do drugiego, szeleszcząc kartkami otwartych książek. Łany słońca przedzierały się przez barierę szyb pieczołowicie oświetlając i ogrzewając każdy przedmiot w pokoju. Cztery muchy i jedna pszczoła urządziły sobie wyścigi, bzycząc niczym sześciocylindrowe śliniki i wzbudzając bezgłośny aplauz roztoczy z kanapy, a kurz tańczył w powietrzu, wyprawiając niesłychane akrobacje na cześć zwycięzców – można tak długo, ale nie zmieni to faktu, że w cholernym pokoju tak naprawdę nie dzieje się nic fascynującego. Dokładnie jak w scenach akcji w Transformers 4.

To właśnie forma i jej innowacyjność prawie zawsze decydują o powodzeniu takich komercyjnych projektów. W tym filmowym przedsięwzięciu większość ujęć wydaje się być gorszą kopią, tego co już widzieliśmy. Piszę gorszą, bo efekty specjalne, główny filar filmu ( poza dwoma świetnie zrobionymi Autobotami – samuraj i weteran - oraz Dinobotami) wypadają w porównani z poprzednimi częściami zwyczajnie sztucznie, przypominając jedną wielką animację i to zrobioną „na odwal”.

Przerwy pomiędzy jedną demolką a drugą wypełnione są drętwymi dialogami prowadzonymi przez nieciekawe postacie oraz przez bezpłciowe sceny, i o zgrozo – reklamy. Rozumiem, że 200 milionów dolarów budżetu nie wzięło się z powietrza, a rachunki trzeba płacić, ale w kategorii nachalności „product placement” Transformers 4 bije na głowę nawet Rodzinkę.pl. Całość sprawia wrażenie uczestnictwa w pokazie przypadkowej siekaniny efektów specjalnych przeplatanej reklamą samochodów, napojów i bielizny. Chłodno skalkulowany produkt, po którym nie widać żadnej radości i przyjemności z robienia filmu. Wymuszony stosunek płciowy celem zachowania gatunku bez żadnych uczuć czy emocji.

Kiedy kilka lat temu, a może już nawet kilkanaście, oglądało się tzw. „blockbustery” wiadomo czego można było oczekiwać - fajne efekty, zabawne dialogi, wartka akcja, ale również cała masa schematów. Tyle, że te schematy było obrabiane na nowo, wyrabiały chociaż własną formę i nie zżynały tak bezczelnie z innych filmów. Te niebezpieczna tendencja, zawłaszczania całych ujęć, pomysłów i sekwencji z innych niedawnych filmów, w narastającej sile można obserwować w obecnym kinie rozrywkowym. Na przypadłość taką cierpiał choćby Człowiek ze stali czy Godzilla, ale Transformers 4 wprowadza „zapożyczenia” na zupełnie inny poziom. Poziom kpienia z widza – dajemy wam dokładnie to samo, popełniamy plagiat i co nam zrobicie?

Tyle co może zrobić widz. Nie iść do kina. Chociaż twórcy takich perełek jak Transformers 4 chcieliby, żeby widz bezkrytycznie podchodził do tego co robią i błagał na kolanach o więcej, to na szczęście tak nie jest. Widać to szczególnie w Ameryce, gdzie większość filmów typowanych na letnie przeboje zawodzi i zapewne jednym z powodów jest to, że widzowie czują się oszukani, nabici w butelkę i traktowani niepoważnie oraz zmusza niczym sadysta do oglądania tego samego wciąż i wciąż i wciąż i wciąż. Być może należy upatrywać w tym (obserwowanego od kilku sezonów) sukcesu komercyjnego komedii dla dorosłych ( w tym roku np. Sąsiedzi czy 22 Jump Street), które zawierają elementy świeżości, a ich twórcy wiedzą, że nie rozmawiają z półgłówkami, którzy nie potrafią zrozumieć „przegiętego” żartu. Symptomatyczne jest, również fakt, że to druga część przygód Kapitan Ameryki, zrywająca z pastelowo-patetyczną tradycją poprzednika i idąca w stronę, z zachowaniem proporcji, większego realizmu ( choćby odniesienia do współczesnych zagrożeń terrorystycznych i mechanizmów kontroli wywołanej strachem przed nimi), została największym finansowym wygranym letniego sezonu.

Lubię kino komercyjne i ciągle, w oczekiwaniu na dobry film tego rodzaju (choćby Avengers), daję się złowić na dziesiątki słabych czy beznadziejnych produkcji, jaką bez wątpienia jest czwarta odsłona Transformers. Filmu, który dla mnie filmem jest tylko formalnie. Niestety zakończenie i wysokość wpływów (ok. 900 milionów dolarów zarobionych na świcie do tej chwili ) sugeruje, że pojawią się kolejne części. I biję się w piersi, że również przyczyniłem się do sukcesu tego potworka. Chociaż to był seans w środę więc pół winy mniej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.