Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

125595 miejsce

Trening po polsku. Schody do piłkarskiego nieba

W każdej książce o podstawach futbolu widnieje hasło: "nie patrz na piłkę, nie schylaj głowy"... i ono też pozwala spojrzeć retrospektywnie na historię mojego kontaktu z futbolówką.

Październik 2002 roku. Ojciec prowadzi mnie na pierwszy trening. Piłki musimy sobie kupować sami, bo klub nie ma pieniędzy... "Baza" jaką posiadamy to dwa boiska. Jedno "trawiaste", a drugie to żwir zwany przez mojego trenera "mineralką". "Trawiaste" wygląda następująco: środek boiska to pas piachu rozciągający się od jednej linii bramkowej do drugiej. Boki boiska zawsze wyglądają najlepiej.

Jako adept futbolu muszę nabrać wielu nawyków, o których nie śniło się dzieciakom z zachodu. Wyostrzam nieznane lekarzom i medycynie zmysły. W czasie, gdy leci do mnie piłka muszę dokładnie przewidzieć jak się ona odbije, czy przypadkiem jej trajektorii lotu nie zmieni jedna z wielu kęp trawy? Przyjmuję nienagannie, lecz jakim kosztem?

W każdej książce o podstawach futbolu widnieje hasło: "nie patrz na piłkę, nie schylaj głowy". Niestety muszę popatrzeć na piłkę, bo jeszcze mi gdzieś krzywo poleci po tak równej murawie. Powróćmy jednak do mojej "akcji". Po przyjęciu przyspieszam, a moim celem jest dośrodkowanie. Biec też nie wolno za szybko, ponieważ teren naraża moje kostki na skręcenia. Zbliża się moment dośrodkowania. Nic z tego. Futbolówka odbija się od piszczela i ląduje daleko za bramką. Takie są realia.

W naszej "bazie" mamy jeszcze jedno "boisko", które jest równiejsze od "trawiastego", lecz nie możemy na nim grać, ponieważ na jego środku stoi spróchniałe drzewo. Nie można go wyciąć, bo LOP na to nie pozwala. Cóż, trudno. Mecze ligowe rozgrywamy zwykle na "mineralce" ze względu na równy teren. Jednakże każdy upadek czy wślizg skutkuje raną od kostki po kolano.

Przychodzi czas, by zamienić podstawówkę na gimnazjum i trafiam do klasy piłkarskiej, stworzonej przez mój klub. Treningi odbywają się przed i po zajęciach lekcyjnych. Jeżeli trenujemy rano to udajemy się do parku nieopodal naszej szkoły. Tam znajdujemy w miarę równy, trawiasty teren i ćwiczymy. Pod korkami co chwilę daje się usłyszeć gniecione żołędzie.

Po szkole wsiadamy do autobusu i jedziemy na nasze meczowe boisko. Droga zajmuje nam jakieś 20 minut. Boisko to za dużo powiedziane, ponieważ jest to kopia "trawiastego" z czasów, kiedy byłem orlikiem. Minęły 3 lata. Prawdopodobieństwo zrobienia sobie krzywdy jest bardzo duże. Na tej arenie gramy 2 ligowe sezony. Na szczęście nie musimy już trenować w parku, bo przy szkole zbudowano boisko ze sztuczną nawierzchnią.

Nadchodzi również druga dobra wiadomość. Powstało pełnowymiarowe boisko również ze sztuczną trawą w odległości 4 przystanków tramwajowych od szkoły. Cieszymy się niezmiernie, lecz dopiero dziś wiemy, co znaczy dla naszych kości paroletnie bratanie się z tego typu nawierzchnią. Myśl przewodnia trenerów: "tu nie macie prawa narzekać, że piłka wam skacze".

W liceum, które jest "przedłużeniem" klasy gimnazjalnej pojawiają się piłki, napoje, a także dosyć równe murawy. Dla chłopców, którzy mają taki bagaż wspomnień jak my to wręcz nieprawdopodobne uczucie, a przypominam, że jesteśmy już juniorami młodszymi. Od zarania dziejów w tak wielkim klubie nigdy nie było pieniędzy, żeby nam opłacić obozy czy turnieje. Jako trampkarze musieliśmy sobie sami kupić stroje i dresy, bo wstyd było grać ciągle w tych samych od orlika.

Do 2 klasy gimnazjum wpłacaliśmy na konto klubu kwotę 50 zł zwaną ładnie przez trenerów "składką". Przypominam tylko, że pochodzę z dużego miasta, a klub ten jest doskonale wszystkim znany i występuje obecnie w ekstraklasie. Teraz proszę się zastanowić czy szkolenie w Polsce rzeczywiście nie jest problemem? Wiadomo są rodzynki. Zagłębie Lublin, Szamotuły, SMS-y z Łodzi i Poznania to u nas prekursorzy. Kto pójdzie ich śladem? Trzeba mieć narzędzia i pieniądze, żeby zrobić COŚ z tak naprawdę NICZEGO. Mały łepek od 5 roku życia musi mieć zakodowane, że nie wolno mu patrzeć mu na piłkę, że zamiast tego, jak ją przyjąć, ma się zastanawiać, gdzie ją zaadresuje. To nie są czasy ś.p. Kazimierza Górskiego, gdy świat jeszcze raczkował, a my byliśmy potęgą. Zatrzymaliśmy się w rozwoju w 1982 roku. Do dzisiaj żyjemy na fundamencie wspomnień, którymi już i tak się okropnie dławimy. Będzie lepiej, jeśli chłopcy, którzy za miesiąc czy za pół roku pójdą pierwszy raz w swoim życiu na trening i za 8 lat opowiedzą zupełnie inną historię niż ta, którą ja przedstawiłem.

Widzę, że zaczyna to wszystko obierać kurs w dobrą stronę, jednak to droga po trupach do celu. Nie wolno nam zwalać winy na trenerów, ponieważ "z g**na bata nie ukręcisz" (cytat z trenera Smudy). Pieniądze szczęścia nie dają, ale w tej kwestii załatwią praktycznie każdą sprawę związaną z rozwojem adeptów futbolu jak i coachów. Trenerzy powinni mieć zapewnione staże w najlepszych klubach zachodniej Europy, by mogli się przypatrzeć pracy wybitnych postaci "od kuchni". To napędzi cała machinę. Po drugie dorastający piłkarze muszą mieć "na czym" pracować. Podstawą są równe, trawiaste boiska.

Wracając do moich przeżyć związanych z futbolową przygodą, muszę przyznać, że zawsze trafiałem na wspaniałych fachowców. Mimo wielu przeciwności losu całym sercem oddawali się swej pracy. Motywowali nas i wskrzeszali nadzieję, że będzie lepiej. Każdego z nich bardzo podziwiałem.

Nie chciałbym, aby ktokolwiek z czytających określił mnie jako sztandarowego chłopaka - "ofiarę" polskiego szkolenia. Nie wolno mi zrzucać winy na wszystko, co mnie otacza. Dużo zależy od samego zainteresowanego, czyli jego umiejętności. Jeżeli są świetne to nie przeszkadza mu krzywe boisko sprzed paru lat, na którym się "wychowywał". Uważam, że do tej świetności trochę mi zabrakło, ale nie składam broni. 8 lat temu wsiadłem do pierwszego wagonika tego jakże długiego pociągu. Na pewno teraz z niego nie wysiądę. Ten tekst nie jest hymnem żałobnym, ale zwróceniem uwagi na zaniedbania jakie panują w naszym szkoleniu.

Pozostaje pytanie czy komuś, w tym kraju naprawdę zależy, aby futbol stał się z powrotem źródłem szczęścia milionów Polaków? Leśne dziadziusie muszą w końcu zejść ze swych tronów, pod którymi chowają tajemne skarbonki napełniane, co rusz to rulonikami pieniędzy. Nie zejdą dobrowolnie. Poza czystką a'la ta rosyjska nie widzę innej perspektywy uzdrowienia naszego futbolu. Może przesadzam, ale takie właśnie jest moje zdanie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.