Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

23368 miejsce

Triumf "Idy" na Warszawskim Festiwalu Filmowym

"Ida" Pawła Pawlikowskiego wygrała Konkurs Międzynarodowy 29. Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Jury Konkursu doceniło też "Mandarynki" i "Hazardzistę".

Aktorka Agata Kulesza (po lewej) i producentka filmu Ewa Puszczyńska (po prawej) odebrały Warsaw Grand Prix, nagrodę główną w Konkursie Międzynarodowym, przyznaną filmowi Pawła Pawlikowskiego WFF to trzeci istotny sukces "Idy" - jeszcze przed jej polską premierą. Najpierw zdobyła Złotego Lwa w Gdyni, w ten weekend poza Warszawą równolegle zajęła pierwsze miejsce na London Flm Festival. Film doceniono za rewelacyjne połączenie scenariusza, reżyserii, zdjęć, gry aktorskiej i muzyki, z którego powstał piękny i delikatny film, portretujący polskie powojenne społeczeństwo lat 60., zmagające się z własnymi demonami.

"Ida" to opowieść o podróży w rodzinne strony tytułowej nowicjuszki (także w filmie Agata Trzebuchowska jest debiutantką), której tydzień pozostał do zakonnych święceń. Jej nieznana wcześniej ciotka - komunistka, twierdzi, że nieżyjący rodzice dziewczyny byli Żydami. Kim jest Ida i jak spędziła swoją młodość? Tego dowiemy się częściowo w trakcie - ale główny akcent filmu położony zostanie na niezauważalną i subtelną przemianę obu kobiet.

Temat filmu jest zapewne pokłosiem "Złotych żniw" Grossa, ale jako że akcja rozgrywa się dwadzieścia lat po wojnie, dla bohaterów sprawa zdaje się stosunkowo świeża. Ciotka Idy, Wanda jest u schyłku swojej kariery - wspięła się na swój urząd sędziny Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej tuż po wojnie i była potrzebna Bierutowi i jego ludziom do rozprawienia się z podziemiem niepodległościowym, teraz zrobiła swoje i ma odejść bez żadnego "dziękuję", za to w aurze Moczarowskiej antysemickiej nagonki.

Film Pawlikowskiego nie porusza mnie, nawet nie uwiera. Jest, przyznaję, bardzo wyciszony - tak jak wyciszone są jego bohaterki. Ida - pogrążona w modlitwie, przygotowywana do uczestnictwa w zakonie praktycznie milczącym - nie zwierza się ciotce, ani nie uzewnętrznia. Ciotka nie rozumiejąc żadną miarą religijności jest wobec niej raczej lekko sceptyczna, niż jawnie antykościelna. Swoją siostrzenicę traktuje właśnie jako taką - ani się z nią nie spoufala, ani jej nie odtrąca. Pyta, czy musi ciągle chodzić w habicie i czy nie lepiej przed ślubami zakonnymi skorzystać z życia, bo co to za poświecenie, gdy wyrzeka się czegoś, czego się nie zna. Okazją do tego mógłby być kontakt z jazzmanem (Dawid Ogrodnik).

Siłą filmu reżysera "Lata miłości" jest to, że trudne, silne tematy ujmuje w stonowany, łagodny i pozbawiony emocji sposób. Nie jest to - mimo podobieństw zdjęć - ani "Rewers" (Lankosza), ani - mimo podobieństwa tematu - "Sekret" (Wojcieszka). "Ida" jest praktycznie nieporównywalna do żadnego innego filmu - jaki widziałem - co jest jej istotną cechą - jednak dla mnie nie najważniejszą.

"Idy" nie da się zestawić z "Mandarynkami", ani "Hazardzistą", filmami, które nie są może oryginalne, ale - są za to porywające lub szalenie angażujące widza. "Hazardzista" (omówiony przeze mnie wcześniej tutaj) zdobył Specjalną Nagrodę Jury, "Mandarynki" - nagrodę za najlepszą reżyserię.

"Mandarynki" powtarzają pomysł fabularny "Ziemi niczyjej" Tanovicia, jednego z kilku filmów, które trzeba w życiu obejrzeć przed zejściem z ziemskiego padoła. W trakcie filmu dosłownie siedzimy na bombie obserwując dwóch wrogich sobie żołnierzy osadzonych przez los w jednym miejscu. Estoński stolarz produkujący skrzynki na mandarynki w abchaskiej wiosce jest świadkiem toczącej się wojny domowej (tworzenie się granic współczesnej Federacji Rosyjskiej, konflikt z 1992 roku). Z rana przychodzą do niego dwaj czeczeńscy najemnicy strony abchaskiej, walczący z Gruzinami. Chwilę później jeden z nich trafia ranny do jego domu, a w pokoju obok ląduje jeszcze gorzej raniony Gruzin, który najprawdopodobniej zabił jego kolegę. Estończyk staje się bezpośrednim obserwatorem konfliktu, ale stawia swoje reguły - żadnego zabijania w jego domu.

Tworzy to rewelacyjny w swojej prostocie konflikt. Wojnę domową widzimy w detalach. Zakończenie (nie bójcie się, nie zdradzę) może nie do końca satysfakcjonować, ale dla oceny całościowej końcowe 5 % rewelacyjnego w 95% filmu nie powinno mieć większego znaczenia.

O pozostałych laureatach możecie przeczytać na stronie festiwalu. W nocy z niedzieli na poniedziałek poznamy wybór publiczności - najdłużej przyznawanej nagrody festiwalu.

***

W okolicach północy z 20 na 21 października ogłoszono zwycięzców Plebiscytu Publiczności WFF 2013 i w kategorii fabularnej wygrały znowu "Mandarynki".

***

Nagroda Publiczności WFF to najstarsza nagroda przyznawana na Warszawskim Festiwalu. Pośród dotychczasowych laureatów tej kategorii znajdują się zarówno filmy kultowe ("Stowarzyszenie umarłych poetów", "Trainspotting" i "Samotni"), bardzo oryginalne i awangardowe ("Walc z Baszirem"), przebijające się później do Oscarów ("Życie jest piękne" Benigniego i "Życie na podsłuchu"), jak i mniej pamiętne i znane głównie koneserom (filmy Petera Greenaway'a).

Od ostatnich sezonów nagrodę publiczności rozbito na trzy kategorie. Wiązało się to z ryzykiem utraty prestiżu - tak samo jak w przypadku Oscarów - zwiększenie 5-ciu nominacji do 9-ciu, ale ostatnim filmom nie zaszkodziło. Zarówno zeszłoroczny "Imagine" Jakimowskiego, jak i tegoroczne "Mandarynki" Urushadzego to filmy piękne, poruszające i przenoszące widzów na półtorej godziny w fascynujący filmowy świat, bynajmniej jednak nie oderwany od rzeczywistości.

W kategorii dokumentu wygrał film "Zdobyć zdjęcie" Cathy Pearson, najlepszym krótkim metrażem okazał się według publiczności "Strach" Martina Krejciego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.