
Dziennikarz obywatelski to też potencjalny pacjent. Potwierdzam. Dlatego postanowiłem napisać tekst "obywatelsko-autopsyjny".
Tak się nieszczęśliwie stało, że kilkanaście dni temu, prawdopodobnie w czasie jednego z
z piłkarskich spotkań w Brukseli w Brukseli jakaś nieznana mi siła uszkodziła mi kolano. Ból przyszedł po kilku dniach od zawodów. Ale przyszedł...
Po przyjeździe do Polski postanowiłem dmuchać na zimne (kolano) i mając a pamięci casus mojego kolegi, który zlekceważenie podobnego przypadku przypłacił skomplikowaną operacją stawu, zadecydowałem, że oddam się pod opiekę polskim służbom medycznym. Jak się okazało byłem idiotą, że nie postanowiłem się wykurować w Belgii.
Historia zaczyna się niepozornie. Odwiedzam mojego lekarza pierwszego kontaktu. Przy czym zanim zostaję do niego dopuszczony muszę wypełnić dwie dwustronne kartki A4 formularzy. Odnowienie deklaracji czy coś w tym rodzaju. - A ma pani długopis? - Ja? No dobrze, dobrze zaraz coś się znajdzie.
Lekarz rodzinny nie wiedział co mi jest choć opisałem odczucia niczym wspomnienie pierwszego pocałunku. Trudno. Ważne, że skierowanie do ortopedy zdobyte. I w ten sposób mogłem ubiegać się o wizytę w Niepublicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej z umową w NFZ.
A tam: - Cóż... Mogę pana zapisać na 26 lipca, pasuje panu?
- Nie do końca - odparłem zaszokowany i z trudem, bo z trudem (i bólem) odwróciłem się na pięcie.
- Proszę spróbować w tym drugim budynku, ta również jest przychodnia. Ale proszę przyjść po niedzieli, bo lekarze są na urlopie na razie.
Przybyłem, zobaczyłem, zarejestrowałem się. Termin? 26 lipca, a to było za 10 dni. "Do tego czasu będę skakał na jednej nodze" - pomyślałem. Gdy ból i niewygody związane z przemieszczaniem się jednak postępowały, postanowiłem udać się do przychodni publicznej, co prawda oddalonej znacznie, ale chwilę się łudziłem, że tam szybciej zostanę przyjęty. W międzyczasie postanowiłem troszkę zadbać o siebie, kupiłem opaskę i opatrunek elastyczny oraz kilka jakichś "badziewnych" kremów, które w reklamie niby połamanego bacę przywracają do życia.
Wszedłem jak Dante do piekieł i oczom mym ukazało się mrowisko pełne poszkodowanych zasmuconych ludzi.
- Bardzo panią proszę, coraz gorzej z moim kolanem, czuję że się woda w nim gromadzi powoli. Potrzebuję pomocy, poza tym jestem sam w domu i będę jeszcze długo - przygotowałem mowę sugestywną okraszoną teatralnym wzrokiem porzuconego kundla.
- No dobrze - usłyszałem pełne nadziei odsapnięcie. Jak mi ma pan tu umrzeć to zapiszemy pana jak najszybciej. Może być... hm drugi sierpnia?
Nie pamiętam jak szybko wyszedłem z przychodni. Nawet kolano chyba na chwilę się ze mną solidaryzowało. Zadzwoniłem do przychodni górniczej. Tata był górnikiem, mam prawo się też tam leczyć.
- Niestety mamy strajk w ośrodku a na KWK Bielszowice z kolei jest pogotowie strajkowe. - usłyszałem w słuchawce.
- A kiedy się to skończy?
- Chyba w piątek.
- To może mnie wobec tego szanowna pani zapisać na poniedziałek 23 lipca do doktora Igrekowskiego?
- Niestety, zaczyna urlop już - tym to mnie użądliła jak osa. Trochę strajku, potem plaża. Jak tu nie kląć?
Poczułem się jak Odys miażdżony przez Scyllę i Harybdę.
- Ale może pan sobie iść prywatnie do naszego lekarza, doktora Iksińskiego. Przyjmuje tam i tam od tej do tej. Podać numer? - poinformowała mnie kobieta głosem Kalipso.
- No, ale przecież jest strajk pani mówiła.
- No, ale doktór przyjmuje u siebie, jakieś 80 zł za wizytę.
Gdy podawała namiary miałem przed oczami białe miasteczko w Warszawie i mnie w nim, w furii atakującego biczem "Bogu ducha winne" siostry i panów doktorów.
- Dziękuję pani bardzo, miłego dnia życzę. - Wyszedłem pełen frustracji z wizjami wybierania z bankomatu moich ostatnich groszy. Ale zdrowie to złote runo. O Bogowie!
Drogi są dwie. Iść prywatnie i skończyć z tą farsę (taką mam przynajmniej nadzieję) albo po prostu pojechać na ostry dyżur, powiedzieć, że umieram i. że nie wrócę do domu bez pomocy i koniec. Moi drodzy współpacjenci. Co byście zrobili na moim miejscu? Oprócz tego, że mieli ochotę wyjechać do Timbuktu?