Obecnie, średnio co piąta para w Polsce ma kłopot z płodnością i wiele z nich do dziś nie ma potomstwa. Na pewnym etapie walki przychodzi jednak zwątpienie i niechęć do dalszych prób, a wtedy zaczynają się rozmowy o adopcji.
Wymęczeni testami, głupimi pytaniami i wieloma rozmowami, równie często wybuchają, co też jest źle widziane podczas całej procedury. Ich związek uznaje się wtedy za niestabilny, bo pracownikom wydaje się, że różnica zdań czyni ich egoistami, którzy po prostu "chcą" mieć dziecko dla samej zasady, a nie pragnienia płynącego prosto z serca. W ten sposób wielu odmawia się kwalifikacji, jako powód podając "nieprzygotowanie do bycia rodzicem". Para musi czekać kolejny rok na następną szansę. Takie jest nasze prawo.
Czy test daje gwarancję na to, że dziecko trafi do dobrej rodziny? Dla niektórych tak, dla niektórych nie, bo czy jedna usypana pytaniami kartka może decydować o czyimś losie? Tutaj decyduje, dlatego często kłamie się, żeby uzyskać pozytywny wynik. Słuszne, lub nie to często jedyna droga do szczęśliwego zakończenia całego procesu.
Interesując się samą adopcją i całą procedurą, trafiłam na książkę Katarzyny Kotowskiej pt. "Wieża z klocków". Opisuje w niej szczerze, jak trudną drogę przechodzą rodzice adopcyjni, zanim w progu domu pojawi się długo wyczekiwane przez nich dziecko. Zafascynowała mnie, ale i wzruszyła. Nie wiedziałam, że samo pragnienie bycia matką, czy ojcem to nie wszystko, bo na tej trudnej drodze pozostaną jedynie najwytrwalsi i niewzruszeni zjadliwymi pytaniami małżonkowie. Autorka nie przebierała też w słowach, otwarcie krytykując prawo adopcyjne, mimo że sama jest mamą wspaniałego dwulatka. Lektura tylko dla odpornych.