Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

176704 miejsce

Trwalsze od ustroju?

Seriale rodem z PRL-u budzą wiele kontrowersji. Jedni je uwielbiają i chcą - po raz setny może - oglądać je w telewizji, inni wprost przeciwnie - nienawidzą i pragną, żeby raz na zawsze zniknęły z wizji.

Od czasu do czasu odżywa dyskusja, czy w telewizji publicznej pokazywać seriale wyprodukowane w PRL. Z jednej strony te z nich, które nadają się do oglądania, zdają się być niewinne ideologicznie: przygody czołgistów i psa, perypetie mieszkańców bloku zarządzanego przez szurniętego dozorcę albo wyczyny dzielnego porucznika milicji, który później został posłem. Z drugiej strony są tacy, którzy pamiętają z tamtych czasów nie tylko zabawne historyjki, komiczne absurdy czy skuteczność pracowników wydziału dochodzeniowego. Niektórzy pamiętają nieco mniej medialne oblicze systemu, który nie wiedzieć czemu się zawalił, skoro jedynym szwarccharakterem był cieć, a resztę wrogów społeczeństwa wyłapał porucznik Borewicz.

Jedna z moich ciotek przez parę miesięcy po pamiętnych wyborach 4 czerwca chodziła w euforii i w kółko powtarzała: nareszcie koniec z załatwianiem! Jej najbardziej doskwierało to, że wszelkie, nawet podstawowe kwestie, wymagały specjalnych zabiegów. Nic dziwnego, że polscy negocjatorzy dają sobie radę w trudnych rozmowach z dwudziestoma sześcioma partnerami z Unii Europejskiej. Technikę negocjacji mają w genach, a ich CV zawierają tysiące przykładów rozwiązań problemów pozornie nie do rozwiązania.

Zachód jest uporządkowany, dobrze zorganizowany i skodyfikowany. Jeśli ktoś spełnia kryteria, to się dostanie do szkoły, jeśli wygra konkurs, to otrzyma posadę, jeśli ma pieniądze, to wymieni je na telewizor. Życie po naszej stronie żelaznej kurtyny było nieco bardziej skomplikowane. Niby były jakieś przepisy, niby były jakieś pieniądze, ale najważniejsze było "załatwianie". Długa kolejka przed sklepem oznaczała, że coś rzucili albo coś dają. Był nawet taki dowcip: przyjeżdża cudzoziemiec do Polski i widzi, że tłum się kłębi przed delikatesami. Co się dzieje? pyta. Dają kawę - brzmi odpowiedź. Eee tam, to ja już wolałbym kupić, niż stać w takim ogonku - stwierdził gość, który może i znał polski, ale nie znał się na Polsce. Żeby można było kupić, najpierw trzeba było "załatwić", organizując niczym Kloss siatkę agentów. Pani Józia zostawiała cielęcinkę na kartki, jeśli w zamian pani Frania przymknęła oko na notoryczne lenistwo panijózinego Mateuszka i wpisała mu z rachunków trójkę na szynach. Żeby pani Frania była łaskawsza dla Mateuszka, trzeba było pana Genia nastawić pozytywnie do panifraninego malucha, który wymagał częstych wizyt w warsztacie. Żeby pan Genio zechciał zerknąć pod maskę, pan Witek dentysta musiał zerknąć w środku nocy w jego uzębienie... Itepe, itede.

Ciocia cieszyła się z historycznych przemian przez parę miesięcy, u innych trwało to dłużej. "To" - znaczy szok normalności. Pieniądze już nie pleśniały w portfelu, ale gdy się je miało, to można było po prostu wejść i kupić, nawet kawę! Koleżanka ze szkoły, która miała dosyć załatwiania i przed stanem wojennym wyemigrowała do Norwegii, podczas niedawnej wizyty w kraju nie mogła się nadziwić, że u nas tyle gatunków kawy się sprzedaje. Nad fiordami nie ma ich więcej niż trzy. Przyjęcie do liceum czy na uniwersytet stało się zależne wyłącznie od ocen na świadectwie i pomyślnie zdanego egzaminu, więc nie trzeba już było szukać znajomego docenta w komisji. Założono specjalną szkołę dla przyszłych urzędników państwowych, stąd mieli się rekrutować niezależni od układów fachowcy ministerialni.

I wszystko powoli zaczęło działać jak w elementarzu Falskiego, kiedy się okazało, że nie tylko kolorowych jarmarków może być żal. Ciocia zorientowała się, że mimo działalności w komitecie obywatelskim nie jest w stanie przekonać burmistrza, by przekazał znajomej lokal na gabinet lekarski. Tego nie dało się załatwić. Potem wraz z postępem transformacji wzrastało bezrobocie, więc się okazało, że najważniejszą sprawą do załatwienia jest zatrudnienie. Sama musiałam się kilka razy gęsto tłumaczyć, że naprawdę nie mogę załatwić komuś pracy.

I tak powolutku ?załatwianie? odżyło, chociaż teraz nosi piękne imiona. Na przykład wpływanie na decyzje podejmowane przez organy władzy to lobbing. Załatwianie okazało się trwalsze od ustroju, a sposób obsady niektórych stanowisk w spółkach Skarbu Państwa i państwowych urzędach, albo powołanie do życia "przystanku Włoszczowa" świadczą, że idea załatwiania przeżywa dzisiaj prawdziwy renesans. Rzec by nawet można, rozkwit!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Ładnie napisane i prawdziwe... plusik

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.