Facebook Google+ Twitter

Trzeci dzień Offa - moc dziwnych połączeń

Przyznać trzeba, że ostatni dzień Off Festivalu zaskakiwał brzmieniami: łamane były zasady, budowane wizualno-dźwiękowe konstrukcje, a spokój mieszał się z hałasem.

 / Fot. Bertrand from Paris, France/CC 2.0Niedzielne popołudnie, słońce przyjemnie grzeje, wszyscy zapomnieli już o złych doświadczeniach deszczowego festiwalu, na głównej scenie z brytyjskim wdziękiem prezentował się Baxter Dury - bardzo dobra rozgrzewka tak na początek dnia i koniec festiwalu w ogóle, słuchanie przyjemnego wyspiarskiego popu w alternatywnej wersji w pełnym słońcu. Baxter, podobnie jak dzień wcześniej Other Lives, zagrał koncert łudząco podobny do występu na Primaverze w Barcelonie - pełen elegancji, świetnie dopracowany, łatwo się słuchający.

Dużo większym poruszeniem i emocjonalnym momentem było spotkanie z Papą M, - wokalistą osnutego legendami Slint, na których występ raczej liczyć nie można. Papa M to trochę inna historia, mniej typowo post-rockowa, hałasująca, ale wciąż dość smętna, liryczna i sięgająca po eksperymentalne dźwięki. Papa siedzi z gitarą i rzeźbi długie, wciągające kompozycje, w których dają o sobie znać wszystkie zacne projekty, w których David Pajo w ciągu dekad grania uczestniczył - post-rockowość, ambientowość, jakieś echa cięższych gitar, subtelność singer-songwrittera... Subtelne, piękne wydarzenie.

Kanał Audytywny rozgrzmiał się na dobre z głównej sceny zaraz później, prezentując wybuchową kompozycję gatunków, pomysłów, estetyk i temperamentów - widać doskonale, jak bardzo Luc wrósł do alternatywnej sceny, jak ważna jest jego obecność na festiwalach, i jak wiele daje z siebie, by swoją markę potwierdzać. Taka godzina spotkania z Kanałem wygląda jak kosmiczna, nieograniczona przeprawa przez kompletnie wyzwoloną wyobraźnię, w której jazz, improwizacja, hip hop, pop, muzyka po prostu atakuje i rozbraja.

Kim Gordon w towarzystwie zimnej i opanowanej Ikue Mori, obsługującej wszelkiego rodzaju elektroniczne zabawki towarzyszące hałasującej gitarze basistki, rozwikłała dylematy publiczności krótkością swojego występu. Nie dość, że wyszła późno, co dla naszpikowanego fanami namiotu było nie lada próbą, to zagrała najkrótszy bodajże koncert festiwalu. Dwadzieścia minut grzmiącej gitary i glitchowych drobiazgów, elektronicznych smaczków - ot, i po wszystkim. Nie wiadomo, czy to fani obrazili artystkę skandowaniem na początku koncertu nazwiska jej towarzysza z zespołu... czy takie było założenie. Dzięki temu jednak nie trzeba było rezygnować z radosnej kakofonii odschoolowych brzmień w wykonaniu Dam Funka, który elektryzował słuchaczy na Scenie Leśnej. Śmiem twierdzić, że był to lepszy wybór, nic eksperymentalne kombinacje basistki Sonic Youth... W odróżnieniu od niej, Amerykanin serwował zdrową dawkę radosnego popu, idealnie wpasowującego się w festiwalowe klimaty. Takie lato, drink z palemką, trochę trawy i radosne, funkowe pląsanie. Bez dąsów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.