Facebook Google+ Twitter

Trzeci przybysz z Matplanety

  • Tomasz J
  • Data dodania: 2010-01-23 09:33

Jeśli komuś z Was przyjdzie natknąć się na opinię, iż Joan Wasser na koncertach daje radę, niech nie wierzy. Bo to nieprawda. Na koncertach Joan wprost oczarowuje, uzależnia i zachwyca. Pospolite "dawanie rady" pozostawia innym.

Joan As Police Woman podczas wrocławskiego koncertu w Imparcie, 21 stycznia 2010 roku / Fot. T. JośkoTrochę obawiałem się mojego odbioru czwartkowego koncertu Joan As Police Woman. Naczytawszy się wcześniej relacji koncertowych, z których większość zawierała same niemal superlatywy, zmierzając do Impartu z każdym niemal krokiem miałem coraz większe oczekiwania wobec nadchodzącego występu (dobrze, że mieszkam niedaleko - pewnie gdyby grali pięć kilometrów dalej, żądałbym efektów pirotechnicznych na poziomie Rammstein...). A wiadomo jak to czasem w życiu bywa, zwłaszcza w przypadku zbyt wielkich nadziei.

Napisać, że Impart pękał w szwach było by przesadą, ale frekwencja najgorsza nie była. Bez bicia przyznaję, że spodziewałem się mniejszej liczby słuchaczy, stąd brawo dla organizatorów za dobrą akcję promocyjną. Strategiczne miejsca zajęte, scena wnikliwie omieciona wzrokiem (fajne fioletowe światła, kilka klawiatur, rozsądnych rozmiarów zestaw perkusyjny, gdzieś pod wzmacniaczem w drugim planie gitara na stojaku), nic tylko słuchać!

W końcu wyszli! Joan Wasser, Tyler Wood ("Nie mylcie go z Tigerem Woodsem!"), Parker Kindred, czyli Joan As Police Woman. Tylko... dlaczego jest tak chłodno? Temperatura w Imparcie była średnio koncertowa, sama Joan po inauguracyjnym "Anyone" zwróciła na to uwagę. Ubrana w zdecydowanie za lekkie ubranie (w którym notabene wyglądała jak trzeci przybysz z Matplanety), jednak rozgrzewająca publiczność z każdą minutą.

No dobra, zaraz będzie ciepło. Tylko... dlaczego jest tak głośno? Akustyk jak na razie nie zdaje egzaminu, Joan bywa momentami całkowicie zagłuszana przez przeraźliwie dudniącą perkusję. Lekki niesmak, choć to wszak nie wina muzyków. Na szczęście im dalej w las, tym było lepiej.

Początek organizacyjnie zatem niefortunny, no ale przyszliśmy przecież na koncert. Zatem, jak było?

Wspaniale. Zdecydowanie wspaniale. Leniwy "Anyone", fantastycznie przestrzenny "Start of My Heart", hałaśliwy i motoryczny "Christobel" - każdy utwór zagrany był z pasją. Faworyt wieczoru? Kilka. Na pewno gorąco przyjęty "Save Me", z diabelskim, sfuzzowanym basem prosto z syntezatora Mooga. Czy cover... Britney Spears , "Overprotected" ("Tak, wiem..." - rzuciła Joan protekcjonalnym nieco tonem po zaintonowaniu kawałka). Który zabrzmiał jak niemalże nowofalowy hymn. Wyliczanie zresztą nie bardzo ma sens, koncert był bardzo równy, bez przestojów, czy gorszych fragmentów.

Zaś sama Joan? Wielka charyzma. Dużo mówiła, przekomarzała się z publicznością, na scenie zdecydowanie rządziła. Grała doskonale, śpiewała jeszcze lepiej. Pełna ekspresji, potrafiła przejmująco krzyknąć, by za chwilę przejść do ciepłego szeptu. Świetnie uzupełniała się z zespołem - panowie często bowiem śpiewali w drugim i trzecim głosie, racząc nas doprawdy frapującymi harmoniami. Trudno to opisać, to trzeba usłyszeć. Na koncercie, dodam od razu. Na płytach (bardzo udanych skądinąd) takiej formy ekspresji próżno szukać, ta zarezerwowana jest wyłącznie na występy.

Po iluś tam obejrzanych koncertach człowiek robi się coraz bardziej wybredny. I coraz więcej mu przeszkadza. A że za zimno, a że za głośno... Dobrze, że raz na jakiś czas wpada do nas taka osobowość jak Joan Wasser. Która swoim występem przyćmiewa wszystko co dookoła. Świetny koncert.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.