Facebook Google+ Twitter

Trzy książki jak pochodnie na drodze życia

Zaliczam się do ostatniego spośród wielu pokoleń, dla których słowo drukowane było czymś wielkim i ważnym. Dla mnie tak strony świeżo wydrukowane, jak pożółkłe ze starości promieniowały wewnętrznym światłem.

Lui Busienar, Kapitan Sarwi-Gałowa, Moskwa 1956, s. 252/3 / Fot. Grzegorz WasilukJuż jako uczeń drugiej klasy szkoły podstawowej usłyszałem od pani wychowawczyni pogląd, że książka jest przyjaciółką, która nie zawodzi, nie ma złych humorów i nigdy się nie odwraca od człowieka. Mi akurat nie trzeba było tego tłumaczyć! Jako ośmiolatek nauczyłem się samodzielnie czytać książki dzięki niezwykłej powieści fantastycznej, napisanej o wiele lat wcześniej przez pewną nadzwyczaj rozumną kobietę w odległym i dziwnym kraju. Chodzi mi o Edith Nesbit, Pięcioro dzieci i coś. Dzięki zamieszczanym w dawnych, dobrych czasach w każdej powieści tego rodzaju przez wydawnictwa rycinom otworzył się przede mną niezwykły świat wiktoriańskiej Anglii. Tajemniczy i cudowny piaskoludek, spełniający wszelkie godziwe życzenia, ale odmawiający zaspokajania pragnień niegodziwych i głupich, a także jego młodziutcy podopieczni, otworzyli dla mnie świat wyobraźni i świat wartości. Ubawiły mnie przewidywania autorki odnośnie roku 1975. Nastąpił zanim skończyłem czytać i wyglądał zupełnie inaczej. Niezwykle zabawne było też to, jak dzieci otrzymywały nie zawsze zupełnie to, co chciały, a fascynujące ich spotkanie z Juliuszem Cezarem, zamierzającym podbić Brytanię. Od tej chwili lekko zbzikowałem na punkcie starożytnych Rzymian. Mój bzik rosnął potem razem ze mną... Doszłem ponadto do fałszywego przekonania, że niemal wszyscy Anglicy są dżentelmenami.
Minęło siedem lat i jeszcze jedna książka stała się kamieniem milowym w moim życiu. Dzięki wyżej wymienionej, zmarłej pół wieku wcześniej Angielce, nauczyłem się czytać w języku ojczystym, a pewien Francuz, również od dawna już wtedy nie żyjący na tym świecie, otworzył dla mnie świat języka... rosyjskiego. Louis Boussenard i jego powieść o wojnie burskiej - Kapitan Sarwi Gałowa (fr.: Le Capitaine Casse-Cou), sprawili, że zaliczyłem wielki sprawdzian z języka naszych wschodnich sąsiadów. Miałem akurat piętnaście lat. Tyle samo co tytułowy bohater powieści - przywódca nastoletnich francuskich ochotników, zwalczających bezwzględnych, żądnych cudzej ziemi, mordu i rabunku Anglików, po stronie biednych Burów. Niemal słyszałem palbę używanych przez nich Mauserów, widziałem jak obracają się ich zamki i jak odskakują po każdym wystrzale do tyłu, a potem powracają do przodu armaty Kruppa.
Chwała Burom, Niemcom i Francuzom! Po cichu dodam (nakaz konspiracji w tej sprawie jest oczywisty w kraju, w którym powstają niektóre kiepskie filmy historyczne...), również Sowietom, którzy przedrukowali wspaniałe tłumaczenie z czasów carskich alfabetem Łunaczarskiego. Dzięki nim nie musiałem powtarzać ostatniej klasy szkoły podstawowej. Grożąca mi dwója z rosyjskiego (a był to przedmiot wówczas obowiązkowy, równie ważny jak język polski, matematyka i geografia) zamieniła się po miesiącu w piątkę. Po prostu powieść tak mnie wciągnęła, że chcąc nie chcąc wbiły mi się do głowy niemal wszystkie formy gramatyczne języka Kokorina (tłumacza powieści) oraz całe mnóstwo słownictwa. Był to zarazem początek procesu, dzięki któremu wyleczyłem się z rusofobii.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (16):

Sortuj komentarze:

Odnośnie twórczości przedmówcy nasuwa mi się podobne pytanie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

@Grzegorz Wasiluk

Podoba mi się zastosowany przez Pana neologizm "rosnął".
Jednak nie to ubawiło mnie najbardziej.
Kiedy czytałem końcowy fragment pańskich zwierzeń, to szczerze rozbawił mnie pański patos.
Pan tak na poważnie to wszystko napisał?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zaż tymczasem niemczyzna razem z angielszczyzną wyszły mi już uszami i muszę odpocząć. Załadowałem sobie przeto kilka zdjęć czarno-białych sprzed stu lat, aby zabawić się nadaniem im kolorów i... wrcam do Prusa, słuchając z internetu. Może jeszcze też jakiś dobry kawałek literatury po rosyjsku...

Komentarz został ukrytyrozwiń

to bardzo osobiste świadectwo mówi o niezwykłym podejściu do literatury. Unikat pod każdym względem. Dzięki Grzegorzu za odkrycie się i podzielenie z nami radością czytania i zdobywania wiedzy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Lekko Pan podszedł do moich uwag. Nadal mnie rażą błędy językowe: "doszłem", "weszłem". Komputer Panu nie podkreślił tych wyrazów na czerwono?
Pana długi ostatni komentarz nie zawiera argumentów, które usprawiedliwiają lekki stosunek do poprawności języka polskiego. Pisze Pan w stylu "nie poprawię", bo "nie poprawię". Czytam na W24 wiele wezwań ze strony redakcji, by autorzy dbali o poprawność. Pana to nie dotyczy?
Nie chodziło mi też o to, by Pan pisał w żargonie naukowym, ale w stylu publicystycznym. Wyjaśnię jeszcze raz. Jak zaczyna Pan od górnolotnego tytułu, to nie może Pan nagle spadać do niskiego poziomu językowego. Jedno z drugim nie gra.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Podsumowując sprawę... Język polski jest moim językiem ojczystym, w którym myślę i nie wydaje mi się, abym robił zbyt wiele błędów posługując się nim. Chociaż czasem się zdarza, że koń kopnie gospodarza. Za krytyczne, a przynajmniej częściowo uzasadnione uwagi pod moim adresem się nie obrażam. Pragnę natomiast podkreślić, że staram sią pisać w sposób możliwie jak najbardzie zrozumiały dla przeciętnegio odbniorcy, nie bawiąc się w naukawy żargon, niekiedy tak naprawdę wyłącznie skrywający płytkość myślenia osoby piszącej coś dla publiczności. Nawet jeśli czasem wychodzi mi z tego masło maślane względnie najprawdziwsza prawda.

Zaś czy to moje pisanie jest coś warte czy nie, osądzą czytelnicy i potomność, że się tak górnolotnie wyrażę. W każdym razie obecne czasy mają swoje wady i zalety. Do tych drugich zaliczam śmiało tę okoliczność, że jeszcze kilkanaście lat temu chcąc publikować moje wypociny musiałbym założyć jakieś czasopismo (zapewne jako jeden z pewnej grupy ludzi), a potem tłuc je na powielaczu i stać z nim na rogu ulicy. Obecnie... Obecnie mogę wykorzystać to, że siedzę niejako okrakiem między dwiema epokami - jedną, która nauczyła mnie samodzielnego myślenia i drugą, w której mam możliwości stosunkowo łatwego wypłynięcia na szersze wody. Tak na korzyść własną jak dla dobra ogółu. Wymaga to jednak pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Kończę zatem na razie ciekawą dyskusję, jaka wywiązała sią pod moim artykułem, sprowadzając w miarę szerokie zainteresowanie na tę częściową spowiedź z mojego życia i powracam do lektury bardzo starych gazet oraz pisania kolejnych zdań o przyczynach Wielkiej Wojny. Wszystkim moim czytelnikom życzę miłego dnia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Proszę mi jeszcze wskazać, gdzie niewłaściwie postawiłem przecinek. Poprawiać nie będę, bo serwer na tym tekście okazał się odporny na dalsze poprawki. Trzy razy próbowałem zrobić widoczne przerwy między akapitami i nic.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Och, Panie Grzegorzu, jeszcze kardynalny błąd w ostatnim zdaniu - "Owo wewnętrzne światło, z którego wyszłem i do którego powrócę..." Szkoda, że psuje pointę. "Wyszedłem" a nie "wyszłem".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziwna dla mnie jest w tym artykule sprzeczność między podniosłym stylem tytułu, a potocznym stylem wypowiedzi. Tu "pochodnie na drodze życia", a tu "zbzikowałem", "bzik", "kiepskie". Zawiodłam się, bo spodziewałam się relacji poważnej. Nonszalancja to określony styl, dopuszczalny w publicystyce, ale niech ten styl będzie utrzymany w całości. Ponadto nieprawdą jest, że Pan jest "ostatni". Jestem od Pana młodsza, a również zaliczam się do miłośników książek starych i nowych.
Chwali się Pan znajomością języków. Winszuję, gratuluję. To pięknie. Ale w znajomości języka polskiego widzę pewne niedociągnięcia. Nie zaczyna się zdania od "Mi..." - lecz od "Mnie", nie pisze się "nie żyjący", ale "nieżyjący". Warto poprawić.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dzięki książkom jest co wspominać. Trudno przekonać dzisiejsze dzieci, że o wiele więcej wnosi czytanie książek niż granie w gry komputerowe, a nauka języków to dopiero dla młodych problem. Mój wychowanek nie chce po polsku czytać, a co dopiero w innych językach. Czasami, gdy koniecznie chce obejrzeć jakąś bajkę, włączam mu po angielsku - zadowolony nie jest.. Podziwiam więc Pana zapał. Myślę, że podyktowany był Pana indywidualnością, a nie pokoleniem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.