Facebook Google+ Twitter

Turniej na półserio

Lindsay Davenport odbijała piłki jakby od niechcenia, co chwilę stwarzając Swietłanie Kuzniecowej okazję do zdobycia punktu. Swieta i Jelena śmiały się z własnych nieudanych zagrań - tak wyglądała "walka" o półfinał Suzuki Warsaw Masters.

Suzuki Warsaw Masters. / Fot. Piotr DrozdowiczW trzecim dniu turnieju odbyły się dwa mecze, decydujące o awansie do sobotnich półfinałów. Zazwyczaj na tym etapie dochodzi do najciekawszych pojedynków, wypełnionych dramaturgią i pięknymi akcjami po obu stronach kortu. W normalnym turnieju bowiem piątek jest dniem, w którym osiem tenisistek zaciekle walczy w ćwierćfinałach o każdy punkt. Każda z nich pragnie znaleźć się w czwórce najlepszych zawodniczek imprezy. Każda doskonale pamięta, że im więcej wygranych meczów w turnieju, tym większa ilość punktów do rankingu WTA. Tak jest w każdym oficjalnym turnieju.

Ale Suzuki Warsaw Masters to nie jest normalny turniej. To raczej impreza treningowo-towarzyska, w czasie której zawodniczki mogą potrenować przed zbliżającymi się poważnymi turniejami w Berlinie, Rzymie i Paryżu, a przy okazji miło spędzić ze sobą czas. Większość uczestniczek to stałe warszawskie bywalczynie. Lubią tu przyjeżdżać, więc i teraz skorzystały z zaproszenia organizatorów. W przypadku Lindsay, która pierwszy raz zaszczyciła nas swoją obecnością, do możliwości potrenowania i miłego spędzenia czasu w towarzystwie koleżanek doszedł jeszcze jeden powód jej udziału w turnieju - turystyczny.

Leniwa Lindsay, rozluźniona Swietłana


- Na "mączce" będę grać bardziej dla zabawy - powiedziała Davenport przed przyjazdem do Polski. Nie wykluczała, że mecze rozgrywane w Warszawie mogą okazać się jej pierwszymi i jednocześnie ostatnimi meczami w tym roku na nawierzchni ziemnej. - Mój mąż nalega, żebym zagrała oprócz tego w Rzymie, bo pragnie zwiedzić Włochy. W moim drugim tenisowym życiu, po urodzeniu dziecka, chcę grać w miejscach, w których jeszcze nigdy nie byłam.

Jak postanowiła, tak czyni. Tym razem przyleciała do Warszawy. - Warszawa to miasto, do którego normalnie bym nie pojechała i pewnie nigdy w życiu tu nie wrócę - dodała Amerykanka w rozmowie z "Dziennikiem".

Zatem można powiedzieć, że polskich sympatyków tenisa spotkał wielki zaszczyt, tym większy, że nie grała Swietłana Kuzniecowa. / Fot. Piotr Drozdowiczna kortach ziemnych od trzech lat i być może nieprędko znów na nie wejdzie. Megagwiazda światowych kortów zechciała do nas przyjechać głównie po to, aby zwiedzić stolicę naszego kraju i spełniła swoją zachciankę. W czwartek była na Starym Mieście, w Łazienkach Królewskich oraz w Muzeum Powstania Warszawskiego. W środę i w piątek spędziła trochę czasu na terenie KS "Warszawianka".

Chętnie rozdawała autografy, pozowała do zdjęć, odpowiadała na pytania dziennikarzy. Aha, i pobawiła się trochę na korcie. Bo nie można tego nazwać inaczej. Wczoraj podczas rozgrzewki przed meczem ze Swietłaną Kuzniecową i jej trenerem ciągle się śmiała, tryskała humorem. A kiedy zaczęło się spotkanie, które decydowało o awansie do półfinału, z uśmiechem na twarzy wyrzucała piłki na aut albo stwarzała przeciwniczce niemal stuprocentowe okazje do wygrania punktu. Swieta szybko zorientowała się, że nie musi za bardzo się starać, żeby odnieść zwycięstwo, więc pozwoliła sobie na rozluźnienie. Chwilami nadmiernie się rozluźniała i popełniała proste błędy. Nielicznie zgromadzona publiczność ożywiła się, gdy nie udało jej się przebić piłeczki na drugą stronę kortu, stojąc w odległości kilkudziesięciu centymetrów od siatki. Burza oklasków i salwy śmiechu kibiców towarzyszyły śmiejącej się z własnego błędu Kuzniecowej. Takie sytuacje nie zdarzają się w normalnym turnieju. W nienormalnej "pokazówce" - jak najbardziej. Dało się zauważyć, że Rosjanka, o Amerykance nie wspominając, nie grała na 100 procent swoich - niemałych przecież - możliwości. Czasami ich zagrania wzbudzały podziw, ale przeważał radosny tenis, z dużą porcją rozleniwienia Lindsay i rozluźnienia Swietłany. Mecz zakończył się wynikiem 6:4 6:4 i Amerykanka pożegnała się z Polską.
Piłka nożna na korcie tenisowym. / Fot. Piotr DrozdowiczTuż po meczu Kuzniecowa udała się na jeden z bocznych kortów, gdzie... pograła sobie w piłkę nożną razem z koleżanką Marią Kirilenko, chłopakiem Marii - Igorem Andriejewem, trenerami i sparingpartnerami.

Osłabiona "Isia", rozbawiona Jelena


Dwa lata temu w III rundzie J&S Cup doszło do pojedynku Agnieszki Radwańskiej z Jeleną Dementiewą. Agnieszka znajdowała się wtedy w trzeciej setce rankingu WTA, natomiast Jelena w pierwszej dziesiątce. Wypełnione po brzegi trybuny szalały, kiedy "Isia" nawiązała wyrównaną walkę, co więcej, wydawała się grać lepiej niż Rosjanka. Meksykańska fala, wrzaski zagrzewające Polkę do boju, a na korcie zacięta walka, z której wyszła zwycięsko Dementiewa (5:7 6:3 6:1).

Tak było w 2006 r. W 2008 r. w walce o półfinał Suzuki Warsaw Masters obie tenisistki ponownie się spotkały. Ci, którzy kupili bilet za 100 zł albo ulgowy za - bagatela - 80 zł (podczas ubiegłorocznego J&S Cup tyle kosztowały jedynie bilety na niedzielny finał) obejrzeli "na żywo" dwugodzinną trzysetówkę. To spotkanie toczyło się w nieco bardziej poważnej atmosferze niż w przypadku Lindsay i Swietłany. Radwańska, zmagająca się z ostrym zapaleniem ucha, nie zrezygnowała z udziału w warszawskiej imprezie, ponieważ chciała choć raz w roku zagrać przed własną publicznością. Niestety, choroba przeszkodziła jej w wygraniu chociaż jednego meczu.

W środę zrezygnowała z dalszej gry przeciwko Marcie Domachowskiej, a dziś musiała uznać wyższość Jeleny. Dochodząca do siebie po niedawnej kontuzji Rosjanka zaczęła efektownie, szybko wychodząc na prowadzenie 4:0. Po kolejnych trzech gemach przewaga stopniała i było już tylko 4:3. Przy stanie 5:4 dla Dementiewej Agnieszka zaczęła wykonywać to, w czym jest najlepsza - niespodziewane skróty tuż za siatkę. Przynoszące punkty dropshoty, a także przemyślane, efektywne rozprowadzanie piłki dało jej przewagę 6:5. Pomagała jej też rywalka, robiąc kilka podwójnych błędów serwisowych, po których jej twarz... rozjaśniała się promiennym uśmiechem. Pierwszy set zakończył się identycznie, jak przed dwoma laty - 7:5 dla Polki. Jednak godzina biegania po korcie i przyjmowania mocnych uderzeń znacznie ją osłabiły. Serwis stał się wolniejszy i mniej dokładny, piłki trafiały w siatkę. Przegrała drugi set 3:6. Znów tak samo, jak w 2006 r. Kiedy w trzecim secie Jelena prowadziła już 4:1, nikt nie miał wątpliwości, że zmęczona "Isia" nie ma szans. Chichot Rosjanki z własnych nieudanych zagrań uatrakcyjnił końcówkę spotkania. W porównaniu do spotkania w J&S Cup wynik różni się minimalnie w trzecim secie (5:7 6:3 6:2). O wiele większa jest różnica w liczbie widzów na tych dwóch meczach. Przed dwoma laty było ich 4 tysiące, a dziś kilkuset. Ceny biletów robią swoje. A sektor dla VIP-ów, którzy mają darmowy wstęp na imprezę, częściowo zapełnia się tylko w decydujących partiach setów. Wśród publiczności pojawiały się głosy, że lepiej byłoby pozwolić dzieciom i młodzieży udostępnić darmowe bilety, żeby w ten sposób popularyzować tę dyscyplinę. Szkoda, że organizatorzy nie wpadli na ten pomysł.

Dziś półfinały. Marta Domachowska, zawodniczka TKS "Warszawianka" zagra ze swoją najlepszą przyjaciółką Marią Kirilenko, a Swietłana Kuzniecowa zmierzy się z Jeleną Dementiewą. Nie wiadomo, kto okaże się lepszy. Marta gra u siebie, Maria dobrze sobie radzi w tym roku na kortach ziemnych, Swieta chciałaby w końcu wygrać warszawski turniej, a wracająca po kontuzji do dobrej formy Jelena określana jest jako "czarny koń" imprezy. Wiadomo natomiast, że będzie wesoło i momentami efektownie. Bo o to przecież w "pokazówce" chodzi.

Wyniki:

Swietłana Kuzniecowa - Lindsay Davenport 6:4 6:4
Jelena Dementiewa - Agnieszka Radwańska 5:7 6:3 6:2

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.