Facebook Google+ Twitter

Tybetańczycy są jak misie panda...

Wezwania do bojkotu olimpiady, która rozpocznie się w Pekinie nie przyniosło na arenie politycznej żadnych skutków. Pozostanie pytanie: czy mogliśmy zrobić coś więcej?

Mały Chińczyk w narodowych barwach na placu Tiananmen w Pekinie / Fot. PAP/EPA/Imre Foeldi- Obecną sytuację ilustrują słowa Dalajlamy, który powiedział niedawno, że Tybetańczycy są jak misie panda - każdy chętnie pogłaszcze... i to by było na tyle - mówi Wiadomościom24.pl Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Wydaje się, że krwawe wydarzenia w Lhasie przerwały międzynarodową zmowę milczenia. Vlepki w "Metrze", flaga Tybetu w "Gazecie Wyborczej", naklejki w autobusach, na budynkach, przystankach, słupach, graffiti na billboardach czy manifestacje przed ambasadą Chińskiej Republiki Ludowej - to tylko symboliczne gesty pojednania z Tybetańczykami.

Symbolika, sama w sobie, owszem, jest bardzo ważna, bo uwrażliwia młodych ludzi, jednakże nie wnosi nic do społecznej debaty. Czy w takim razie możemy mówić o pewnej hipokryzji całych społeczności lub całkiem odwrotnie: o międzynarodowej bezsilności?

Szanujący się pies łańcuchowy

Gdy w 2001 r. MKOI przyznał przywilej organizacji igrzysk Pekinowi, jedna część społeczności międzynarodowej oczekiwała pozytywnych przemian, przede wszystkim w dziedzinie praw człowieka, druga część nie mogła w taką decyzję uwierzyć. - Przez ostatnie siedem lat międzynarodowe organizacje, takie jak Dziennikarze bez Granic, Amnesty International czy Human Rights Watch domagały się realizacji złożonych przez Chiny obietnic w zakresie m.in. zmniejszenia liczby wykonywanych egzekucji, zapewnienia większej swobody chińskim dziennikarzom, zwiększenia dostępu do niezależnych źródeł informacji, czy też zaprzestania represji wobec mniejszości etnicznych i religijnych zamieszkujących Chińską Republikę Ludową - wyjaśnia Karolina Grot, rzeczniczka prasowa Monitora Olimpijskiego.

Niestety, ale wszystkie organizacje stojące na straży praw człowieka są zgodne co do jednego: począwszy od lutego 2008 r. chiński rząd nie zrobił nic, aby przynajmniej załagodzić panujący kryzys. Sytuacja nie tylko nie uległa poprawie, lecz się pogorszyła. Wystarczy wymienić krwawe stłumienie tybetańskich protestów, wzmożone kontrole wojska, polowanie na dysydentów czy drastyczne restrykcje w Pekinie.

W okolicy Ambasady Chin przeciwnicy łamania praw człowieka w Chinach namalowali na billboardzie graffiti pt. "Na tych samych stadionach", zachęcające do wzięcia udziału w Alternatywnym Otwarciu Igrzysk Olimpijskich. / Fot. PAP/Radek Pietruszka– Wyniki analiz doniesień prasowych, relacji niezależnych sprawozdawców i tez pojawiających się w raportach międzynarodowych organizacji świadczą o pogłębiającym się kryzysie praw człowieka w państwie organizującym tegoroczne Igrzyska – dodaje Karolina Grot. – Możemy mówić nawet o tym, że Igrzyska same w sobie stanowią źródło represji, a nie katalizator pozytywnych zmian. Przygotowania do igrzysk w Pekinie odbyły się kosztem chińskich aktywistów, dziennikarzy i prawników, którzy z narażeniem swojego zdrowia i życia dokładali wszelkich starań, aby głośno mówić o naruszeniach podstawowych praw i wolności obywateli Chin. Każdy, kto odważył się skrytykować władze, stając w obronie uciśnionych Tybetańczyków czy Ujgurów, przebywa w tej chwili w areszcie

Dlatego też działania m.in. Monitora Olimpijskiego czy Fundacji Inna Przestrzeń z jej Programem Tybetańskim, oraz innych organizacji niosących pomoc humanitarną, pomimo niezwykle trudnych warunków, są cały czas na bardzo wysokim poziomie. A nie jest to proste.

Tybet od kwietnia 2008 r., jak zauważają działacze, pozostaje odcięty od świata. Nawiązanie kontaktu z zagranicznymi aktywistami jest niemal niemożliwe. Cenzura internetu i wysoka inwigilacja obywateli Chin doprowadziła do takich sytuacji, jak ta, która dotyczyła chińskich obrońców praw człowieka: Shi Tao i Hu Jia za próbę porozumienia się z zagranicznymi mediami zostali oskarżeni o działalność wywrotową, a co najważniejsze spotkał ich wyrok kolejno 10 i 5 lat pozbawienia wolności. Na pomoc od państwa nie mogą też liczyć obywatele, na co dzień nie zajmujący się bojkotem rządowych restrykcji.

Karolina Grot widzi w takim postępowaniu również blokadę pomocy humanitarnej, tak potrzebnej po ostatniej klęsce żywiołowej: - Pomoc, którą światowe organizacje chciałyby dostarczyć np. do Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, który także ucierpiał w wyniku ostatniego trzęsienia ziemi, graniczy z niemożliwością. W szpitalach leczy się tylko obywateli pochodzenia chińskiego, a w więzieniach, gdzie przebywa wciąż ponad tysiąc mnichów i mniszek, ludzie umierają z głodu lub w wyniku wykrwawienia, bo władze zakładów karnych nie wydają zezwolenia na leczenie np. ran postrzałowych u osób skazanych lub oczekujących na wyrok - mówi Karolina Grot.

Adam Kozieł nie zauważa w tym nic nowego: - "Wolny świat" na początku lat 90. na własne życzenie odebrał sobie jedyny skuteczny mechanizm oddziaływania na sytuacje w Chinach, oddzielając kwestie poszanowania praw człowieka od innych aspektów stosunkowo dwustronnych, przede wszystkim handlu.

Na szczęście Stowarzyszeniu Studenci Dla Wolnego Tybetu, wspólnie z Helsińską Fundacją Praw Człowieka udało się wypracować na przykład kontakty, które pozwalają na bezpieczne przekazywanie finansowego wsparcia byłym lub skazanym za przestępstwa polityczne w Tybecie. W górzystych regionach prowincji Qinghai uruchomiono program tybetańskich wędrownych szkół. Dzięki nim dzieci mogą uczyć się czytania i pisania w języku tybetańskim. Jednak jednym z największych problemów, przed którym stoją Tybetańczycy jest po prostu brak - w wielu przypadkach - dostępu do jakichkolwiek świadczeń medycznych. Mimo wszystko, w 1998 roku w klasztorze Bencien w Katmandu powstała pierwsza i jedyna do tej pory placówka medyczna w Nepalu, oferująca darmową pomoc stomatologiczną. Jej założycielem był polski lekarz, dr Wojtek Ryncarz.

Większość niestety organizacji w Polsce i na świece może tylko symbolicznie wspomóc Chiny. - Helsińska Fundacja Praw człowieka jest organizacją typu "watch dog" - i zajmuje się tym, co każdy szanujący się pies łańcuchowy: szczeka, gdy dzieje sie coś złego - mówi Adam Kozieł.

Co mogliśmy zrobić?

Hiszpański tenisista Rafael Nadal podczas treningu w Pekinie. / Fot. EPA/PETER KLAUNZEROpinia publiczna w Polsce jest przykładem masowego popierania Tybetańczyków. O ile obywatele jednoznacznie podkreślają swoje stanowisko, o tyle rządzący już nie - w ciągu ostatnich kilku tygodni mogliśmy zobaczyć, że demokracja zajmuje się obecnie wyścigiem do chińskiego rynku. Zewnętrzna presja na Pekin, o ile można o takiej mówić, ma raczej charakter symboliczny, i trudno dać tu przykłady jakichś praktycznych rozwiązań, jeśli miało by chodzić o ochronę praw człowieka w Chinach. - Trzeba tu precyzyjnie oddzielić dwie płaszczyzny: publiczną i polityczną. Poparcie w Polsce w żaden sposób nie przekłada się na politykę (rządów - nie parlamentów, które też są "za", tyle, że nic z tego nie wynika), nie zmienia to jednak faktu, że nie ma innej drogi do serc i uszu rządzących, więc nawet jeśli takie działania wydają się nic nie wnosić - trudno wyobrazić sobie inną drogę. Nie pozostaje nic poza nadzieją i wiarą, że kropla faktycznie drąży skałę - komentuje polską reakcję na problem łamania praw człowieka w Tybecie Adam Kozieł.

Do tej pory Chińska Republika Ludowa reagowała wręcz alergicznie na wszelką interwencję z zewnątrz. Nic nie wskazuje na to, że takie nastawienie ulegnie radykalnej zmianie. Czy organizacje pozarządowe, również w Polsce, mogły coś zrobić, aby tuż przed samą Olimpiadą wewnętrzna polityka Pekinu zmieniła kierunek? - Nic nie mogły zrobić, ponieważ Chiny wykazują całkowity brak współpracy z międzynarodową opinią publiczną, a co najważniejsze z obcymi rządami. Ta władza po prostu nie liczy się z ludźmi - komentuje ostatnie wydarzenie Krzysztof Łoziński, znawca Chin, redaktor naczelny portalu kontrateksty.pl, autor książki "Piekło Środka – Chiny a prawa człowieka, 10 lat później". - Musimy pamiętać o tym, czym był chiński komunizm. To był kraj, do którego nie docierały żadne informacje. Nawet większość elit była przekonana, że Mao to praworządny polityk. Możemy mówić o teoretycznych sankcjach gospodarczych, ale stąpający twardo na ziemi polityk nie będzie prowadził z tym rządem ostrych negocjacji. Tylko dlatego, że jest to gospodarcza potęga - ciągnie dalej Łoziński.

Cichnące głosy obrońców wolności

Czy wraz z końcem Olimpiady ucichnie również głos obrońców praw człowieka w Chinach? - Nie sądzę. Pytanie brzmi, czy po zakończeniu Igrzysk władze wycofają się z najnowszych restrykcji, czy też uznają, że dalsze przykręcanie śruby leży w ich najlepszym interesie. Tybetańczycy boją się, że "prawdziwe" rozliczenia zaczną się dopiero po Olimpiadzie - obawia się Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Podobnego zdania jest Krzysztof Łoziński: - Ja, niestety, spodziewam się fali brutalnych represji, a jednocześnie spadku zainteresowania tematem łamania praw człowieka.

Wszyscy jednak mają nadzieję, że Igrzyska Olimpijskie 2008 w Pekinie nie będą tylko wydarzeniem na miarę uroczystych bankietów wyprawianych na dworze cesarza Haile Selassie I, które doskonale mydliły oczy zagranicznym korespondentom, a na których nic nie wspominano o głodującej Etiopii.

Dzień przed otwarciem Olimpiady Rzeczniczka Prasowa Monitora Olimpijskiego odsuwa od siebie pesymistyczne myśli: - Determinacja chińskich obrońców praw człowieka z pewnością nie osłabnie wraz z zakończeniem Igrzysk. Znane nam przypadki aktywistów, takich jak Yang Chunlin czy Ye Guozhu są niezbitym dowodem na to, że nawet świadomość aresztu domowego, więzienia, czy zamknięcia w obozie reedukacji przez pracę, nie stanowią przeszkody w nieprzerwanym działaniu na rzecz praw człowieka.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Dokładnie tak. Takie są realia. Popatrzmy na siebie. W XXI wieku nie można być wolnym człowiekiem - zupełnie. Ale znowu nie możemy popadać w jakąś skrajność. Nie wszscy przzeklinają swój los. Trzeba do czegoś dążyć.

Wolność pozwala nam wybierać produkty, owszem. Nie uwierzę jednak, że są takie osoby, które sprawdzają na wszystkim etykiety znamionowe i metki. Nie ma i nie będzie.

Nawet starszy pan potrafi rzucić peta na przystanku, byle gdzie i tyle. Za nim w ślady idzie setki osób. Bo mają to gdzieś. Jak stoję w Warszawie na przystanku Curtis Plaza otoczonego biurowcami, i widzę, że młodzi i starzy rzucają niedopałki wszędzie, gdzie popadnie, to normalnie łapy bym pourywał. Później opalaona paniusia mówi, że to, co dzieje się w Tybecie, to be. Nie widzi jednak ona, że to, co dzieje się na "podwórku" jest złe.

I tak to się toczy kołem od wielu setek lat... Puszkin kiedyś w liście do kogoś napisał takie fajne zdanie; była powódź, może w Petersburgu (nie wiem; nie ważne), napisał coś tego rzędu - "Wreszcie nasze panny będą mogły się podmyś". Panny z Petersburga czy Carskiego Sioła zawsze och i ach okazały się w jego oczach wcale nie takie wypielęgnowane. I tak jest do dziś: mówisz "tak", ale myślisz "nie".

To jest obłuda. To ludzkie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zgadzam się z Tobą, Asen.

Dlatego "wolny świat" jest w cudzysłowie.

Wolne społeczeństwo nie oszczędza na ręcznikach. Ono się przyzwyczaiło, że te ręczniki czy bielizna pościelowa jest po prostu tania. To już nie jest oszczędzanie, to produkt po takiej cenie. Nie zmieni tego nikt. Ludzie są okrutni i nie rezygnują ze swoich przyzwyczajeń, tylko dlatego, że gdzieś na świecie jest komuś źle i gnuśno.

To jest psychologiczna "dyfuzja odpowiedzalności". Jeśli Ja nie pomogę, to pomogą inni. I tak dalej. To jest smutne. To jest złe.

Komentarz został ukrytyrozwiń

link
"Pomarańczowy znak solidarności z Tybetem"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.