Facebook Google+ Twitter

Tykająca bomba, czyli trzeźwy alkoholik - cz.2

Jak niewiele potrzeba by przegrać swoje marzenia, jak trudno jest stanąć na nogi i jak łatwo stracić to, co już było wygraną?

Dostałem stypendium i jestem w kadrze Polski.
Kolejne zawody. Pierwsze strzelanie bez pudła. Broń leży idealnie w dłoni. Nawet wiatr w niczym dzisiaj nie przeszkadza. Kolejne serie podobnie. W ostatniej ręka zaczęła mi drzeć jakbym był alkoholikiem. Trzy dziesiątki i dwie czwórki. Jestem załamany. Zajmuje czwarte miejsce tuż za pudłem. Podchodzi do mnie kolega. Pociesza i zaprasza na piwo. Chodź, odreagujesz. Nie idę. Nie piję alkoholu. Jestem z tego dumny. Rodzice wiedzą że można na mnie polegać. Mogę wychodzić na nocne imprezy bez ograniczeń. Wiedzą że nie zawiodę ich zaufania.

Wracam z zawodów do domu. Ojciec mówi że matka w szpitalu. Życie zaczyna toczyć się jak w przyspieszonym tempie. Guz złośliwy. Trzy miesiące. Ojciec w rozsypce. Rzucam studia i wracam do domu. Ogłaszają stan wojenny. W lutym pogrzeb. Za miesiąc dostaje bilet do wojska. Szybko mnie namierzyli. Zostaje żołnierzem. Przysięga. Nie piję.

Przepustka. Budzę się w piwnicy domu kolegi. Nic nie pamiętam. Przepraszam wszystkich. Pytają się za co? Nic się nie stało. Daj spokój. Tłumaczę sobie że nie mam wprawy, chciałem odreagować wszystko. Że to tylko epizod.

Poznaję żonę. Po latach powie, że pierwsze trzy lata szło jeszcze ze mną wytrzymać. Dzielna kobieta była ze mną dziesięć lat.

Epizodów jest coraz to więcej. Przestaje liczyć kolejne. Zostaję mistrzem w planowaniu kolejnych epizodów. Przygotowuję się do nich coraz staranniej. Wykorzystuję każdą okazję i inspiruję innych do wspierania mnie w ciągłym dbaniu o ich ciągłość. Biję coraz to bardziej absurdalne rekordy ilości i częstotliwości epizodów. Zostaję również mistrzem pozorów, mistrzem manipulacji i mistrzem w odrzucaniu jakiejkolwiek pomocy. Potrafię również wszystko sobie wytłumaczyć i wszystko wybaczyć.
Mam tylko jednego bożka któremu wierzę; który jak dżin zamknięty w lampie Aladyna załatwia dla mnie wszystko. Staję się fanem zespołu Dżem. Nic nie widzę, nic nie słyszę, wszystko podporządkowuje jednej myśli - oby ten epizod nigdy się nie kończył.
Obym jak maratończyk biegł i biegł. Jestem w stanie zrobić wszystko by ten bieg trwał i nikt nie może mnie w tym powstrzymać. Są dwa światy: ten mój i ten na zewnątrz. Ten na zewnątrz przestaje mnie rozumieć i przestaje mi kibicować. Co mi tam. Mam swój.

Nic nie zwiastowało końca biegu.

Wracam do mieszkania. Nie ma nikogo. Dziwne, przecież mieliśmy jechać na zakupy - kupić dziewczynkom buty. Zrezygnowałem z ostatniej kolejki w barze żeby być wcześniej w domu. Pojechały same? Na ławie w pokoju leży moja kurtka, na niej kilka niezapłaconych rachunków i kartka. Mam dość twoich krętactw. Te rachunki też mówiłeś że zapłaciłeś. Nie przyjeżdżaj do nas.

Jadę do nich. Są u teściowej. Po drodze kupuję słodycze i dwa wina. Jedno wypijam od razu za sklepem, drugie przed blokiem. Siatkę ze słodyczami zgubiłem chyba na schodach. Nie wpuszczają mnie. Wracając, kupuje dwa wina.

Postanawiam walczyć. Ja ci jeszcze pokażę. Wrócisz, zobaczysz wrócisz.Biegnę dalej. Epizod trwa.

Mijają trzy miesiące. Jakbym instynktownie przyspieszał przed metą. Finiszuję. Wyrzucają mnie z pracy. Wczoraj właściciel mieszkania chciał mnie też wyrzucić ale udawałem, że mnie nie ma w domu. Odgrażał się przez zamknięte drzwi, że wezwie policję. Pewnie dzisiaj będzie na mnie czekał. Nie dam się. Mam przy sobie dwa wina. Idę na dworzec. Tutaj łatwiej o kibiców. Przestałem martwic się po jakiej bieżni biegnę. Wierzę, że na stadionie będzie śliczny tartan.

Po trzech dniach postanawiam wrócić do mieszkania. Potrzebuję zmienić ubranie. Za ostatnie pieniądze kupuję kilogram wołowiny i siedem win. Zrobię sobie ucztę. Pomiędzy kolejnymi winami oglądam zdjęcia dziewczynek. Zastanawiam się o co jej chodzi?

Czy o ten epizod gdy obiecałem młodszej z córek, że będę z nią budował domek z klocków? A ona czekała na mnie płacząc i nie dając się położyć spać? A ja wróciłem następnego dnia po południu. Czy o ten, gdy wieczorem dziewczynki zastały pod moją opieką i starsza z nich uratowała nam życie wyłączając gaz pod garnkiem z jajkami bez wody, której to zapomniałem wlać? Czy o ten, gdy znaleziono mnie w śniegu bez butów i kurtki? Czy o ten, gdy woziłem dzieci pijany samochodem? Czy o te gdy nie wracałem na noc. Czy o te gdy wynoszono mnie z różnych imprez. Czy o to że zwalniano mnie z pracy. Czy może chodzi o ten epizod z wigilię bez opłatka, bo zapomniałem o tym że jest. Czy o to może że od trzech lat nie pamiętam dnia, kiedy nie miałem epizodu. Przecież biegnę.

Obudziło mnie walenie do drzwi. Pokój cały w dymie. Próbuje wstać ale nie mogę. Wołowina którą wstawiłem do garnka spaliła się do końca. Musiałem spaść z tapczanu i to mnie uratowało przed zaczadzeniem. Na kolanach udaje mi się dojść do kuchni i wyłączyć gaz. Przyjechała policja. Czołgam się do przedpokoju. Położyłem się tak, żeby nie było mnie widać z okna. Na szczęście, w oknach są kraty więc nie wejdą. Chwilowo triumfuję. Po dobrej godzinie cichnie wrzawa na zewnątrz. Leżę tak do rana. Nad ranem próbuję znaleźć coś do picia. Wszystkie butelki puste. Siedem i wszystkie puste. Czołgam się pod oknami do kuchni. Nalewam wody do kubka. Ledwo mogę utrzymać kubek w rękach. Ręce mi drżą jak podczas ostatniej serii na zawodach strzeleckich. Minęło chyba dziesięć lat od moich ostatnich zawodów.
Delikatnie polewam usta żeby się rozkleiły. Wlewam w siebie wodę. Wracam tą samą drogą z powrotem do przedpokoju. Leżę kilka kolejnych godzin. Cały się trzęsę. Całe życie przebiega mi przed oczyma. Podobno tak jest jak człowiek umiera. Czyżbym umierał?. Z oczu płyną łzy. Co ja zrobiłem ze swoim życiem? Już wiem. To koniec. Dobiegłem do mety.

Skończył się maraton epizodów. Cena wysiłku jest okrutna. Miałem wszystko i ...przegrałem wszystko. Na mecie jestem sam.
Co dalej ze mną będzie?
Czy musiałem biec w tym maratonie; gdzie są inni biegacze?

cdn.





Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Temat mało popularny, bo ludzie "uciekają" od problemów. Nie w sensie dosłownym, choć oczywiście też ( jak w przypadku nałogu), ale w sensie "dozowania dawki". Co zresztą jest zrozumiałe.

Ja nie postrzegam siebie jak tykającej bomby. W jakimś szczególnym sensie. Człowiek ze swoimi uczuciami jest tykającą bombą w ogóle i sam w sobie. Rozbrajamy je codziennie. Każdy na swój sposób.

Natomiast w dalszym ciągu nie znajduję powodu, żeby akurat istnienie problemu alkoholowego przywoływać u siebie w umyśle stale, w sposób periodyczny. Rozumiem, że komuś to pomaga, ale ja o tym nie myślę po prostu. Skoro nie myślę - problem nie istnieje teraz. Jak zacznę myśleć ( zakładam, że myślenie wyprzedza działanie, nawet choćby o chwilę ), wtedy się z tym zmierzę.

Faktem też jest jednak, że unikam imprez alkoholowych. Ale nie dlatego, że jest tam alkohol. Tylko dlatego, że nudzą mnie do tego stopnia, że zastanawiam się, jak do ciężkiej cholery kiedyś mogłem w tym uczestniczyć.
Z sytuacjami, że ktoś przy mnie zamawia kieliszek wina czy piwo zmierzam się codziennie i póki co nie stanowi to dla mnie problemu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zacząłem więc dokończę choć pisać trudno.Temat mało popularny. Myślę że o choć jedno przemyślenie ,jedno przyznanie się do problemu we własnym sumieniu najbardziej mi chodzi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nigdy tego nie widziałem w taki sposób. Widać miałem szczęście, że buty zaczęły mnie uwierać zaraz po starcie.
Pięknie napisane, tylko czy ktoś dostrzeże piękno w tym "szambo temacie". 5*

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.