Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

82927 miejsce

Ukraińskie zgryzoty

Po upływie dziesięciu miesięcy od politycznego festynu na kijowskim Majdanie, który miał zainaugurować pokojowy, demokratyczny przewrót, otwierający Ukrainie drogę do Unii Europejskiej nadal tli się tam dziwna wojna…

Ukraińskie zgryzoty


Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko walczy o pokojowe uregulowanie konfliktu na wschodzie kraju. Tymczasem, mimo zawarcia formalnego rozejmu, nadal tli się tam dziwna wojna. Taką sytuację mamy dzisiaj po upływie dziesięciu miesięcy od politycznego festynu na kijowskim Majdanie, który miał zainaugurować pokojowy, demokratyczny przewrót, otwierający Ukrainie drogę do Unii Europejskiej. Aliści wydarzenia zaczęły się toczyć dramatycznie odmiennym, rewolucyjnym torem, w wyniku czego prezydent Janukowycz stracił władzę, Ukraina Krym, a południowo-wschodnie rejony kraju ogarnęła wojna.

Nie jest tak, jest wprost przeciwnie

W opinii rządów zachodnich winna rozpętania tej wojny jest Rosja, która pod rządami prezydenta Putina dąży do odbudowania postradzieckiego imperium. Tezę tę z wielkim przekonaniem głoszą i barwnie rozwijają zwłaszcza politycy i komentatorzy polityczni w Warszawie. Rzecznicy polskiej prawicy chętnie przy tym cytują „prorocze“ słowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wygłoszone w sierpniu 2008 roku w Tbilisi: "Najpierw Gruzja, potem Ukraina, kraje przybałtyckie, a potem Polska".
Faktem jest, że dotąd nie wiemy, jaki konkretnie plan w stosunku do Ukrainy realizuje prezydent Putin. Aneksja Krymu wzbudziła obawy, że metodą „hybrydowej wojny“ zamierza on także do opanowania, a może inkorporacji Donbasu, albo i całej Ukrainy. Chodziłoby więc o odzyskanie tego od niedawna niepodległego kraju i zagarnięcie pod skrzydła imperium.
Na poczynania Rosji pod rządami Putina można jednak spojrzeć z drugiej strony, a obraz wydarzeń przedstawi się zgoła inaczej. Nie mamy do czynienia z niepohamowanym parciem imperialnej Rosji na zachód, jak przepowiadał tragicznie zmarły prezydent Polski, ani groźbą agresji na jakikolwiek kraj NATO. Pakt pomyślnie przetrwał zagrożenia zimnej wojny, kiedy wybuch wojny gorącej był nieporównanie większy. Myśl że współczesna Rosja mogłaby się poważyć na zbroją konfrontację z krajami NATO jest demonizowaniem jej celów i możliwości, szykowanie się do wielkiej wojny grubą przesadą, a sianie atmosfery zagrożenia wojennego – lekkomyślnością. Ataku na NATO nie będzie. Dzisiejszej Rosji ciągle jeszcze daleko do potęgi imperium Stalina.

Przypomnijmy, że po rozpadzie ZSRR Rosja pod rządami Borysa Jelcyna przeżyła okres chaosu grożącego wręcz rozpadem państwa. Na tym tle Władimirowi Putinowi przypadła rola męża opatrznościowego, który zdołał ten proces powstrzymać. Jednak już planu skupienia pod skrzydłami resztówki imperium krajów będących produktem tego rozpadu w łonie dziwacznie brzmiącej struktury pod nazwą Wspólnota Niepodległych Państw, nie udało się w pełni zrealizować. Zaś kluczowe znaczenie dla pełnego urzeczywistnienia tego projektu miało pozyskanie dla niego Ukrainy, która jednak - nawet pod rządami prorosyjskiego prezydenta Janukowycza -wolała balansować między utrzymywaniem bliskich więzi z Rosją a deklaratywnym dążeniem do zbliżenia z Unią Europejską. Demonstracje na Majdanie, ucieczka Janukowycza, powołanie nowego rządu i wybór nowego prezydenta jednoznacznie opowiadających się za współpracą z Zachodem zapowiadały nie tylko ostateczne pogrzebanie planów jakiegokolwiek zagospodarowania przez Rosję reszty przestrzeni postradzieckiej pozostałej po oderwaniu od ZSRR Polski i krajów bałtyckich, ale stopniowe zrywanie historycznych, wielowiekowych więzi łączących oba kraje i narody, zaś propozycje trwałego związania z Zachodem, wysuwane pod adresem Ukrainy od ogłoszenia jej niepodległości, z perspektywy Moskwy nie mogły być postrzegane inaczej niż próba dalszego przesuwania granicy stref wpływów na wschód, a więc dalszy ciąg procesu zapoczątkowanego rozpadem ZSRR. Dopóki zamysły włączenia Ukrainy w orbitę wpływów Zachodu były mglistą wizją, snutą przede wszystkim w Warszawie i - bez większego przekonania – w niektórych innych stolicach zachodnioeuropejskich, Rosja mogła spokojnie ignorować te zamysły, kiedy jednak dojrzały one w postaci gotowego do podpisu układu stowarzyszeniowego z Unią Europejską, uznała, że najwyższa pora przeciwdziałać erozji własnej strefy wpływów. Rosja nie wkroczyła na Ukrainę dopiero z pojawieniem się jej zbrojnych, tajnych i jawnych, oddziałów – ona tam była.

Jaka Ukraina?

Stawianie Ukrainy czy Białorusi, na równi z Gruzją, a nawet Polską, jak to czynił Lech Kaczyński i jego dzisiejsi wielbiciele, nie ma sensu. Gruzja znalazła się w składzie rosyjskiego imperium w wyniku inkorporacji siłą. Teraz, starając się utrzymać świeżo uzyskaną niepodległość może nawiązywać do dawniejszej tradycji odrębnej państwowości; oba kraje słowiańskie przez wieki żyły w ścisłej symbiozie ze „starszym bratem“, zaś zamieszkująca je ludność dość późno zaczęła formować się jako odrębne narody. Zresztą proces ten, zwłaszcza na Białorusi, trudno uznać za zakończony. Tworami jeszcze świeższej daty są państwa tych narodów, które pojawiły się na mapach świata po rozpadzie ZSRR. Mimo formalnego zaniku zwierzchnictwa Moskwy ich niezależny byt i rozwój jest nadal problematyczny. Z rosyjską „metropolią“ łączyły je i nadal łączą liczne powiązania, poczynając od więzi emocjonalnych wynikających z etnicznego pokrewieństwa mieszkańców po jednej i drugiej stronie granic, po związki gospodarcze ukształtowane w czasach radzieckich, kiedy podziały graniczne między republikami nie miały znaczenia, a kończąc na fizycznej obecności Rosjan, tym razem w roli mniejszości narodowej, do której chyba nie czują się przygotowani. Ukraina, naród ukraiński, istniejące w świadomości zachodnich Europejczyków jako w pełni ukształtowane byty polityczne, nie odpowiadają skomplikowanej rzeczywistości tego kraju. Ukraina jako państwo pojawiła się, epizodycznie, dopiero w 1918 roku jako marionetkowa Ukraińska Republika Ludowa pod protektoratem Niemiec i Austro-Węgier i zniknęła wraz z przegraną przez protektorów wojną. Po raz drugi zaistniała w ramach Związku Radzieckiego jako jedna z republik związkowych, do której włączono rozległe obszary na wschodzie z dużym potencjałem gospodarczym, ale zamieszkałe w dużej części przez ludność rosyjską lub poczuwającą się do biskich związków z kulturą rosyjską. Z kolei obszary zachodnie dzisiejszej Ukrainy, do których pretendowali działacze ukraińskiego ruchu narodowego, znalazły się po I wojnie światowej w granicach II Rzeczpospolitej.
Obecne granice Ukraina uzyskała dopiero po II wojnie światowej, po anektowaniu terytoriów, które nazywamy Kresami i w 1954 roku, kiedy został do niej przyłączony Krym. Zmiana przynależności republikańskiej Krymu była kaprysem Chruszczowa i w rzeczywistości radzieckiej miała tylko symboliczne znaczenie. Krym był i pozostawał od dawna skolonizowaną przez Rosjan zdobyczą wojenną, pełniącą rolę bazy rosyjskiej floty pilnującej wyjścia na Morze Czarne. Nawet po ogłoszeniu przez Ukrainę niepodległości Krym pozostał Krymem, tj. terytorium zasiedlonym w 60% przez Rosjan i bazą wojenną. Kiedy zmiany zapoczątkowane na II Majdanie zagroziły temu statusowi, Krym musiał wrócić do „Macierzy”. Cieszył się z tego Putin, cieszył się wielki rosyjski naród i cieszył się Michaił Gorbaczow. „- Cieszę się z tego zjednoczenia – powiedział "Komsomolskiej Prawdzie". - Sądzę, że w tym przypadku trzeba zacząć od tego, jak ludzie żyli po tym, jak – wbrew swojej woli – znaleźli się na terytorium Ukrainy.”

Następstwem powikłanych dziejów Ukrainy jest wielkie narodowe i cywilizacyjne zróżnicowanie ukraińskiego społeczeństwa. Według danych z sierpnia 2004 roku, Ukraińcy stanowili 77,8 % ludności tego kraju liczącego wtedy 47,4 mln mieszkańców, Rosjanie 17,3 %. Udział Białorusinów, Mołdawian, Tatarów Krymskich, Bułgarów, Polaków, Żydów w populacji Ukrainy był według cytowanej, chyba nie zawsze wiarygodnej, statystyki nikły. Na przykład, Polaków miałoby być 0,03% czyli 130 tys., gdy szacunki organizacji polskiej mniejszości przekraczają milion i więcej.

Według spisu powszechnego z 2001 roku, rosyjski był językiem ojczystym dla 29,6% mieszkańców Ukrainy, z tego niespełna 60% przypadało na Rosjan. Poza nimi posługiwało się nim na co dzień pięć i pół miliona Ukraińców i wielu członków mniejszości narodowych. Rosyjskojęzyczna populacja Ukrainy jest zdecydowanie najliczniejszą rosyjskojęzyczną wspólnotą poza Federacją Rosyjską. Najludniejsze regiony Ukrainy są równocześnie najbardziej zrusyfikowane. Według najnowszych danych odzwierciedlających stan na 1 lipca w obwodzie donieckim żyło 4,3 mln ludzi, dniepropietrowskim - 3,2 mln, charkowskim - 2,7 mln, lwowskim - 2,5 mln, odeskim - 2,3 mln, ługańskim - 2,2, mln. Ludność Ukrainy, bez Krymu, zmniejszyła się do 43 mln.
Zbrojne wkroczenie Rosji na Ukrainę jest niewątpliwie złamaniem prawa międzynarodowego i pogwałceniem suwerenności innego kraju. Jednak nawet prosty obserwator wydarzeń światowych dobrze wie, że prawo międzynarodowe działa na korzyść jedynie tych, którzy mają dość siły, żeby je egzekwować. Silni mogą je także bezkarnie łamać, jeżeli uznają, że wymaga tego ochrona ich żywotnych interesów.

Otwarcie geopolitycznej rozgrywki

Kusząc Ukrainę dość zresztą mglistą perspektywą członkostwa w Unii Europejskiej i NATO zachodni politycy lekceważyli zarówno wrogie nastawienie Rosji , jak i nastroje ludności na wschodzie kraju (z czego wynikły późniejsze kłopoty!). Zapowiedź zawarcia umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą na Kremlu rozumiano jako otwarcie nowej rundy rozgrywki geopolitycznej, mającej na celu ograniczenie jej strefy wpływów; z kolei lokalne środowiska Rosjan i rusofilskich Ukraińców odbierały to jako zapowiedź zerwania więzów łączących je z rosyjskimi pobratymcami, a nawet jako groźbę narzucenia im obcej, banderowskiej ideologii. Podział Ukrainy na „prorosyjski” wschód i „proeuropejski” zachód, funkcjonujący dziś w świadomości zachodnich polityków i komentatorów, jest uproszczeniem zaciemniającym istotę różnic dzielących obie części dzisiejszej Ukrainy. Ich źródła tkwią w odmiennie kształtującej się historii – wschodu w ramach rosyjskiego i radzieckiego imperium, zachodu w składzie II Rzeczpospolitej i Monarchii Austro-Węgierskiej. Już pod koniec II wojny światowej te naturalne różnice przekształciły się w konflikt między przedstawicielami Ukraińców lojalnie walczących w szeregach Armii Czerwonej, a partyzanckimi oddziałami nacjonalistów spod znaku UPA. Grożący krajowi konflikt wewnętrzny uśmierzyła bardzo skuteczna w „rozwiązywaniu” problemów narodowościowych władza radziecka. We wreszcie niepodległej Ukrainie przeważające wpływy polityczne zyskał wschód, skąd wywodzili się pierwsi prezydenci. Do buntu przeciwko dominacji oligarchów z Donbasu doszło dopiero na przełomie 2004 i 2005 roku w czasie „Pomarańczowej Rewolucji”.
„Pomarańczowa Rewolucja”, która wybuchła w proteście przeciw sfałszowaniu wyborów prezydenckich pod koniec 2004 roku i wyniosła do władzy reprezentanta Ukrainy zachodniej Wiktora Juszczenkę, wywołała entuzjazm w Warszawie i okolicach. Zdawała się stwarzać idealne możliwości urzeczywistnienia koncepcji przekształcenia Ukrainy w bastion chroniący nas przed imperialną Rosją, od dawna lansowanych przez Maisons-Laffitte. Wygłaszane w zrewoltowanym Kijowie deklaracje woli związania losów z zachodem Europy i budowania przyjaznych stosunków z Polską brzmiały teraz o wiele wiarygodniej niż podobne wypowiedzi jego poprzedników i konkurentów ze wschodu. Sielankę wzajemnych umizgów zaczęła jednak z czasem zakłócać pamięć historyczna z trudną do wymazania czarną plamą rzezi wołyńskiej, szczególnie w świadomości żyjących jeszcze polskich niedobitków masakry. Ich nastawienie nie miało jednak istotnego wpływu na politykę władz polskich, którym marzyło się polsko-ukraińskie pojednanie na wzór pojednania z Niemcami. Jednakże zapoczątkowany w tym duchu proces natrafił na przeszkodę w postaci wzrostu nacjonalistycznych nastrojów i odradzania się ruchów neobanderowskich na Ukrainie zachodniej, a właśnie tu szukali poparcia skłóceni przywódczy „Pomarańczowej Rewolucji”. O poparcie to zabiegał szczególnie prezydent Juszczenko, przyznając m. in. tytuły bohaterów Ukrainy takim postaciom, jak Stepan Bandera czy Roman Suchewycz „Czuprynka”, zasłużonym w ludobójczych praktykach na „polskim elemencie”, dla którego miało zabraknąć miejsca w wymarzonej „samostijnej Ukrainie”. Polityka pojednawczych gestów załamała się 8 września 2009 roku podczas oficjalnej wizyty prezydenta Juszczenki w Polsce, w czasie której miały ją przypieczętować uroczystości w Sahryniu pod Hrubieszowem, gdzie 10 marca 1944 r. oddział AK wystrzelał - w odwecie za wymordowanie 28 lutego 1944 polskich mieszkańców Huty Pieniackiej - kilkuset ukraińskich mieszkańców tej wsi. Ostatecznie w Sahryniu nie pojawił się prezydent Lech Kaczyński, najwidoczniej nie zgadzając się z ukraińską interpretacją wydarzeń na Wołyniu i Podolu przedstawianą przez prezydenta Juszczenkę (m. in. w wypowiedziach dla polskich mediów) jako incydenty wojenne, w których w ferworze walki zbrodni dopuszczają się obie strony.
Fiasko polityki pojednania za prezydentury Juszczenki i zwycięstwo Wiktora Janukowycza, uchodzącego za zwolennika zachowania bliskich związków z Rosją, w wyborach prezydenckich w 2010 roku w niczym nie zachwiały w Warszawie woli wprowadzenia Ukrainy do Europy. To nieprzystające do nowej rzeczywistości założenie zaczęło szczęśliwie przybierać w ostatnich latach kształt realnego programu, od kiedy z poparciem Szwecji i niektórych sąsiadów ze wschodu udało się przeprowadzić przyjęcie przez władze Unii Europejskiej (ale niekoniecznie przez wszystkie kraje członkowskie) programu Partnerstwa Wschodniego zainaugurowanego oficjalnie w końcu 2008 roku. Podczas spotkania na szczycie uczestników Partnerstwa w maju 2009 roku w Pradze nakreślono ambitny mechanizm wspierania reform w państwach Europy Wschodniej mający przyspieszyć proces ich politycznej i gospodarczej integracji z Unią Europejską. Przez pierwsze dwa lata po tym wydarzeniu kraje członkowskie UE nie potrafiły jednak zdecydować się, czy Partnerstwo ma prowadzić kraje wschodu do członkostwa w UE, czy ma być zbiorem projektów służących ożywieniu wymiany handlowej i zniesieniu wiz w ruchu osobowym. Kolejny „szczyt” Partnerstwa Wschodniego w Warszawie w końcu września 2011 roku przyniósł jego polskim promotorom rozczarowanie. Spośród najważniejszych przywódców państw UE pojawiła się na nim tylko Angela Merkel. Nicolas Sarkozy zamiast do Warszawy wybrał się do Maroka. Wielką Brytanię reprezentował wicepremier Craig. Szefowie państw i rządów wschodnich krajów partnerskich stawili się niemal w komplecie, choć niektórzy z nich nie kryli sceptycyzmu wobec unijnej polityki wschodniej. W ogłoszonej po dwudniowych obradach deklaracji, obejmującej 29 punktów, trudno jednak było doszukać się dowodów postępu w realizacji zamierzeń nakreślonych w Pradze. Był to raczej spis niezrealizowanych projektów i zaleceń mających przyspieszyć postęp proces zbliżania. Jako osiągnięcie zdołano jedynie odnotować, że Unia Europejska zaangażowała się w negocjowanie umów stowarzyszeniowych z większością partnerów wschodnich. Jedynym sukcesem miało być zakończenie rundy „niezmiernie produktywnych“ negocjacji z Ukrainą, ale nieusuwalną przeszkodą w podpisaniu stosownego dokumentu okazała się sprawa uwięzionej przez prezydenta Janukowycza Julii Tymoszenko. Niektóre kraje zachodnioeuropejskie proponowały wręcz zawieszenie rozmów z Ukrainą, dopóki Tymoszenko nie wyjdzie na wolność.
W czasie długo trwającego impasu interweniował minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski, który w czasie wizyty w Kijowie 8 lutego 2012 roku uzyskał od Janukowycza zapewnienie że zbliżające się wybory parlamentarne na Ukrainie będą zorganizowane zgodnie ze standardami demokratycznymi. Sikorski spotkał się także z przedstawicielami opozycji. W sprawie Tymoszenko jednak nic nie wskórał.
Mimo to wytrwałe wysiłki Polski zmierzające do otwarcia Ukrainie drogi do Europy, wspierane, przynajmniej oficjalnie, przez zachodnich partnerów, pod koniec 2013 roku zadawały się kończyć pełnym sukcesem – uzgodnieniem tekstu umowy stowarzyszeniowej. Tymczasem w listopadzie tegoż roku, tuż przed jej podpisaniem w Wilnie, nastąpiła katastrofa: prezydent Janukowycz odmówił złożenia podpisu pod gotową umową.
Ze zniweczeniem kilkuletnich starań przez wiarołomnego prezydenta Ukrainy najtrudniej przychodziło pogodzić się głównemu architektowi tego projektu, Radosławowi Sikorskiemu, który po spotkaniu unijnych szefów dyplomacji w Brukseli 17 grudnia 2013 roku wciąż zapewniał: "Umowa jest gotowa do podpisania i co więcej, Polska jest gotowa wesprzeć Ukrainę nie tylko w jej wdrożeniu, ale także w przekonaniu społeczeństwa ukraińskiego - na przykład poprzez przyspieszenie rozmów o ruchu bezwizowym - że zbliżenie z Europą to właściwy kierunek". Jednak kuszenie Ukraińców dodatkowymi korzyściami stowarzyszenia z UE na nic się już nie zdało. Do rejterady od stołu rokowań w Wilnie skłoniła Jnukowycza potężna presja prezydenta Putina okraszona hojną ofertą pomocy finansowej i przywilejami w dostawach paliw.
Skuteczna interwencja Moskwy, która zepchnęła Ukrainę z oficjalnie głoszonego proeuropejskiego kursu w polityce zagranicznej, najwidoczniej zaskoczyła zachodnich partnerów, chociaż niechętny stosunek Moskwy do domniemanych europejskich aspiracji Kijowa od dawna nie był dla nikogo tajemnicą. Taki obrót sprawy wywołał ogromną konsternację zwłaszcza w Warszawie, dla której zbliżenie i w końcu integracja Ukrainy z zachodnią częścią naszego kontynentu były kamieniem węgielnym polityki wschodniej, realizowanej od chwili odzyskania suwerenności w 1989 roku, zaś to co stało się w listopadzie ubiegłego roku w Wilnie zapowiadało jej kompletne fiasko.

Dziwna symbioza demokracji z nacjonalizmem

Szansę reanimacji polskiej i europejskiej polityki wschodniej stworzyły manifestacje w obronie układu stowarzyszeniowego, które z niespodziewaną siłą wybuchły na kijowskim Majdanie i wkrótce przerodziły się w prawdziwą rewoltę przeciwko skorumpowanej władzy prezydenta Janukowycza. Na wieść o tym na kijowski Plac Wolności ruszyła ( utartym szlakiem!) fala polskich polityków spod wszystkich znaków z wyrazami solidarności z rebeliantami. Żaden z nich nie zadawał sobie pytania, kim owi buntownicy są i jaką władzę chcieliby ustanowić po obaleniu dotychczasowej, wszyscy swoje bezwarunkowe poparcie opierali na milczącym założeniu, że Majdan gromadzi drzemiące w narodzie ukraińskim proeuropejskie siły. Z kolei proeuropejskie zaangażowanie Majdanu rozumiano jako równoznaczne z demokratycznym wyznaniem wiary narodu ukraińskiego.
Jak pamiętamy, prowadzenie z miejsca objął prezes PiS Jarosław Kaczyński. W przemówieniu wygłoszonym z ciężarówki zapewnił zgromadzonych, że Ukraińcy są potrzebni Europie i że Ukraina będzie w Unii Europejskiej. Co więcej, wyraził przekonanie, że "Europa będzie silniejsza, będzie więcej znaczyć, jeżeli Ukraina będzie członkiem Unii", że „razem będą także nasze dwa wielkie narody“. Nie omieszkał również przypomnieć, że właśnie w tym kierunku szedł jego brat prezydent Lech Kaczyński, który zginął w Smoleńsku. Znalazł nawet okazję do wzniesienia dominującego na Majdanie hasła „Sława Ukrainie!“, wywołując oczekiwany odzew tłumów: „Herojam sława!“ Znaczenie wystąpienia prezesa wyjaśnił rzecznik PiS Andrzej Duda w tych prostych słowach: Dzięki wizycie Jarosława Kaczyńskiego "Polska po raz pierwszy od sześciu lat pokazała się w Europie z silnym, odważnym głosem".

Na tym tle rzecznik PiS ostro skrytykował postawę wobec Ukrainy „liderów polskich władz“, którzy nie zrobili dla niej po prostu nic. W rzeczywistości ich aktywność była wcale duża. W ślad za prezesem PiS na Majdan pospieszyli politycy rządzącej PO, udzielając demonstrantom może nie tak gorącego, ale równie bezwarunkowego poparcia. W tym wyścigu nie pozostawał w tyle, a niekiedy nawet wyprzedzał głównych rywali, kanapowy drobiazg. Bardzo się starał również prezydent Komorowski, który kilkakrotnie zwoływał posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego dla zastanowienia się, jak możemy wspomóc Ukrainie, rozumie się Ukrainie rodzącej się na Majdanie. W zabiegach o stworzenie jednolitego, narodowego frontu poparcia dla Ukrainy wychodził naprzeciw nawet bojkotującemu to gremium Jarosławowi Kczyńskiemu (na jedno z posiedzeń RBN udało się zaprosić tylko zastępcę prezesa, Adama Lipińskiego). Spotkanie to wiceprezes wykorzystał dla zgłoszenia "wielkiego planu" PiS dla Ukrainy, ściślej – złożenia deklaracji, że taki pan będzie ogłoszony po konwencji partii. Na temat "wielkiego planu" wypowiedział się też poseł PiS Krzysztof Szczerski. „Nie jest tajemnicą – mówił - że oceniamy bardzo krytycznie politykę wschodnią prowadzoną przez obecny obóz władzy. Uważamy, że Polska jest dziś zbyt pasywna, zbyt bierna wobec tego, co wydarzyło się po odrzuceniu umowy stowarzyszeniowej. Polska nie może być obserwatorem, musi być inicjatorem wydarzeń”. Ostrzegł też, że sytuacja na Ukrainie może "potoczyć się jeszcze bardziej niekorzystnie". Prorocze słowa!
Mimo sporów marzenie prezydenta Komorowskiego o narodowym froncie poparcia sprawy Ukrainy spełnił (na chwilę) Sejm, który 24 stycznia przyjął jednogłośnie uchwałę wyrażającą solidarność „z demokratycznym społeczeństwem Ukrainy“.

W poszukiwaniu poparcia dla europejskich aspiracji Ukraińców , najchętniej w brzęczącej monecie, premier Tusk objechał wszystkie znaczące stolice Europy. Nie można powiedzieć, żeby był tam przyjmowany niechętnie, jednak bez polskiego zapału. Składane ogólnikowe obietnice były dalekie od spełnienia marzeń o Planie Marshalla dla Ukrainy, jakie pod koniec stycznia, kiedy na Majdanie padły pierwsze ofiary śmiertelne, zaczęto snuć w Warszawie. Jako pierwszy z apelem o uruchomienie takiego planu wystąpił teoretyk i praktyk „Krytyki Politycznej” Sławomir Sierakowski, zresztą w brytyjskim „Guardianie". Swoją wizję Planu Marshalla à la ukrainienne przedstawił w „Rzeczpospolitej" były eurodeputowany Paweł Kowal. Według jego koncepcji, z inicjatywą nowego planu powinna była wystąpić Polska; rzecz jasna, eurodeputowany przewidywał także udział Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Plan miał być swego rodzaju aneksem do umowy stowarzyszeniowej z UE. W obu przypadkach grube miliardy na sfinansowanie polskich projektów miał wyasygnować Zachód.

Gorącego wsparcia wysiłkom władz udzielał kwiat polskiego dziennikarstwa. Już na początku grudnia ub. roku „Rzeczpospolita” rzuciła hasło „Znieśmy wizy dla Ukraińców!“ W domyśle: Zmuśmy do tego Unię Europejską, „niemrawą, socjalną, kłótliwą, uciekającą od swoich wartości“ (tak „Rzeczpospolita“). Akcja na rzecz zniesienia wiz dla Ukrainy jest słuszna, jednak Kijów musi spełnić warunki techniczne – zauważył nieśmiało szef MSZ Radosław Sikorski w "Sygnałach Dnia".
Za „Rzepą” nie pozostała w tyle "Gazeta Wyborcza", która w tym samym czasie drukowała specjalny dodatek o sytuacji na Ukrainie pt. "Solidarni z Euromajdanem". "Jesteśmy po stronie Ukrainy. Powtarzamy przeto: Kijów - Warszawa wspólna sprawa" - pisał po polsku i ukraińsku Adam Michnik z okazji manifestacji pod tym samym wezwaniem, zorganizowanej przez „Gazetę”, "Krytykę Polityczną" i stowarzyszenie Projekt: Polska.
„Uznajmy nową Ukrainę - proponował pod koniec lutego Bartosz Węglarczyk. - W końcu to my jako pierwsi uznaliśmy w 1991 roku niepodległość Ukrainy. Zróbmy to po raz drugi – nawoływał. - Prawne aspekty nie mają większego znaczenia.“ Na symbolicznych gestach nie chciał poprzestać Jacek Żakowski, który w tym samym czasie rzucił w „Gazecie Wyborczej“ pomysł wsparcia ukraińskiej rewolucji miliardem dolarów. Stać nas na to! Rychło się okazało, że oferta Żakowskiego była nie na miarę naszych gorących uczuć dla nowej Ukrainy. Jednego miliarda, ale euro, zażądało w liście otwartym do rządu ponad stu polskich artystów. Zdaniem sygnatariuszy listu, rząd powinien był odegrać także "rolę inicjatora międzynarodowej pomocy".

Nieobliczalny Majdan

Tymczasem wydarzenia na kijowskim Majdanie toczyły się swoim torem. W lutym w zbrojnych starciach między oddziałami Berkutu a bojówkami późniejszego Prawego Sektora i innych organizacji padło kilkudziesięciu zabitych. Rozpalająca się rewolucja groziła gwałtownym wybuchem i zwielokrotnieniem liczby ofiar. Wtedy do gaszenia pożaru grożącego całej Ukrainie zgłosili się ministrowie spraw zagranicznych Polski, Niemiec i Francji, którzy wymusili na prezydencie Janukowyczu z jednej strony i przywódcach opozycji - Arseniju Jaceniuku, Witaliju Kliczce i Ołehu Tiahnyboku - z drugiej zawarcie porozumienia w sprawie pokojowego wyjścia z kryzysu. Do rangi pierwszego rozgrywającego urósł minister Radosław Sikorski, który zasłynął jako autor obficie cytowanej frazy skierowanej do opozycjonistów: „Jeżeli nie podpiszecie porozumienia, będziecie mieli stan wojenny i wojsko na ulicach. Wszyscy będziecie martwi.”
Zawarcie porozumienia zapobiegającego dalszemu rozlewowi krwi zostało uznane, w kraju i na Zachodzie, za sukces Sikorskiego i Polski. Jedynie polska prawica zaczęła atakować Sikorskiego za obcesowe odezwanie się do ukraińskich przywódców (niejasny pozostaje sens tych zarzutów, czy chodziło tylko o brak kurtuazji, czy może o sprzeciw wobec pokojowych rozwiązań konfliktu). Zadowolenie ze świeżo zdobytego prestiżu było jednak krótkotrwałe. Sukces polskiej polityki wschodniej zniweczył ponownie prezydent Janukowycz, który po prostu uciekł z kraju.
Porozumienia z 21 lutego, które przewidywało przywrócenie konstytucji z 2004 roku i przedterminowe wybory prezydenckie, naturalnie nie uznała Moskwa, która najpierw zarzucała sygnatariuszom, że nie realizują przyjętych ustaleń, później protestowała przeciw wyznaczeniu wyborów prezydenckich na maj, a nie –jak zapisano w porozumieniu – po reformie konstytucyjnej. "Powstaje nieodparte wrażenie, że porozumienie z 21 lutego przy milczącym wsparciu zagranicznych sponsorów jest wykorzystywane jedynie jako przykrywka dla scenariusza wymuszonej zmiany władzy na Ukrainie drogą faktów dokonanych" – napisano w oświadczeniu MSZ Rosji. Zarzuty te po ucieczce Janukowycza były właściwie bezprzedmiotowe i dość bezsensowne, gdyż autorem „faktu dokonanego”, który niweczył zapisy porozumienia i narzucał konieczność zmiany władzy był właśnie Janukowycz.
Poza zniknięciem ze sceny politycznej legalnie wybranego prezydenta najsilniejszy wpływ na dalszy bieg wydarzeń w Kijowie miały nastroje panujące na Majdanie, który zaczął odgrywać rolę superparlamentu, aprobującego lub odrzucającego zmiany polityczne. Swoistej weryfikacji Majdanu poddał się również rząd utworzony po upadku reżimu Janukowycza. W skład koalicji rządzącej pod nazwą Europejski Wybór weszli deputowani Batkiwszczyny, UDAR-u, Swobody oraz nowo powołanych frakcji Rozwój Gospodarczy (złożonej głównie z deputowanych Partii Regionów) i Suwerenna Europejska Ukraina. Do rządu weszli tylko przedstawiciele Batkiwszczyny i Swobody (UDAR wolał pozostać poza rządem). Najważniejsze resorty objęli ludzie dawniejblisko związani z byłą premier Julią Tymoszenko. Premierem został przewodniczący partii Batkiwszczyna Arsenij Jaceniuk. Z tej partii wywodzi się także pełniący obowiązki prezydenta Ołeksandr Turczynow. W rządzie Jaceniuka silną pozycję zapewniła sobie nacjonalistyczna Swoboda, której przedstawiciele obsadzili część tzw. resortów siłowych. Stanowisko p.o. ministra obrony objął admirał Teniuch; ludzie „Swobody” objęli też stanowiska szefów wywiadu wojskowego i kontrwywiadu. Obowiązki prokuratora generalnego przejął wywodzący się ze Swobody Ołeh Machnicki. Ponadto ludzie tej partii przejęli władzę w większości obwodów Ukrainy zachodniej.
Silna reprezentacja nacjonalistów w nowych władzach budziła niepokój prorosyjsko nastawionej ludności na wschodzie, który wzmogła jeszcze nieprzemyślana decyzja Rady Najwyższej, uchylająca ustawę o polityce językowej z 2012 roku, która podnosiła status języków mniejszości narodowych. Decyzja ta wzburzyła przede wszystkim rosyjskojęzyczną ludność wschodniej Ukrainy, chociaż godziła także w inne mniejszości. W tej sprawie interweniowali nawet szefowie dyplomacji Grupy Wyszehradzkiej, wzywając władze w Kijowie do szybkiego naprawienia błędu. Tymczasem władze te musiały pilnie zmierzyć się ze znacznie poważniejszym wyzwaniem, któremu – dodajmy to od razu – nie potrafiły czy nie były w stanie sprostać. Akurat w dniu powołania nowego rządu Rada Najwyższa republiki krymskiej powołała nowy rząd republikański i rozpisała referendum w sprawie przyszłości republiki. Następnego dnia na Krymie pojawili się żołnierze Federacji Rosyjskiej, osławione „zielone ludziki”, aby wesprzeć niepodległościowe aspiracje przeważnie rosyjskiej ludności Krymu.
Wsparcie to okazało się tym skuteczniejsze, że nie spotkało się z przeciwdziałaniem władz w Kijowie, ani oporem ukraińskich oddziałów wojskowych na Krymie. W tej sytuacji o przyszłości Krymu mogła swobodnie decydować Moskwa. Tak Krym stał się najpierw niepodległy, by potem powrócić do rosyjskiej macierzy.
Na przełomie lutego i marca w Charkowie, Doniecku, Ługańsku, Odessie i niektórych innych ośrodkach wschodniej i południowej Ukrainy doszło do protestów przeciw nowym władzom w Kijowie, prób obalania władz lokalnych i żądań ogłaszania referendów w sprawie autonomii. W Doniecku prorosyjscy aktywiści atakowali siedzibę służby bezpieczeństwa, miejski komisariat milicji, prokuraturę, siedzibę obwodowej administracji; w mieście wybuchły zamieszki, w których zginęły dwie osoby. Dalej wypadki toczyły się wyraźnie według krymskiego scenariusza. Czternastego marca rosyjskie MSZ opublikowało oświadczenie, że Rosja potwierdza swoją odpowiedzialność za życie rodaków i zastrzega sobie prawo wzięcia ich pod ochronę. Przy granicy z Ukrainą zaczęła się koncentracja dziesiątków tysięcy żołnierzy. Przy bezpośrednim wsparciu wojskowym Rosji na wschodzie Ukrainy wkrótce powstały dwie samozwańcze republiki - doniecka i ługańska. Co więcej, okazały się zdolne stawić skuteczny opór ukraińskiej armii. Podjęta przeciw nim ofensywa wojskowa w końcu załamała się.
Równie nieskuteczna jak ofensywa wojskowa okazała się ofensywa dyplomatyczna zachodnich przyjaciół Kijowa przeciw prezydentowi Putinowi, mająca skłonić go zaniechania interwencji na wschodzie Ukrainy. Powściągliwe sankcje gospodarcze i finansowe nie zrobiły na Kremlu większego wrażenia. W każdym razie nic nie wskazywało, żeby miały przynieść pożądany skutek. W tej sytuacji zachodnioeuropejscy partnerzy zaczęli przebąkiwać o potrzebie podtrzymywania dialogu z Moskwą, podczas gdy Polska domagała się coraz ostrzejszych sankcji.

Cofnięci do drugiego szeregu

Klęski armii ukraińskiej ponoszone w starciach z siłami separatystów, rosnąca liczba ofiar po obu stronach sprawiły, że wybrany w maju nowy prezydent Ukrainy Petro Poroszenko poczuł się zmuszony szukać politycznego rozwiązania konfliktu na wschodzie kraju. W połowie czerwca padła po raz pierwszy ze strony Kijowa propozycja zawieszenia broni traktowana jako wstęp do prezydenckiego planu pokoju. Równocześnie wojska ukraińskie wzmogły działania wojenne przeciw prorosyjskim bojownikom. Ta demonstracja siły miała jednak głównie na celu ukrycie własnej słabości.
W tym samym czasie Rosja i Ukraina zgodziły się na przeprowadzanie trójstronnych konsultacji na temat konsekwencji wdrażania umowy stowarzyszeniowej z UE, którą miano podpisać 27 czerwca. W ich wyniku uzgodniono, że przewidziane w niej wprowadzenie wolnego handlu będzie dotyczyło tylko ukraińskiego eksportu, natomiast otwarcie rynku ukraińskiego dla towarów unijnych odroczono do połowy 2015 roku. Uzgodnienia te, pomyślane jako przedłużenie ochrony tego rynku, potraktowano w Polsce jako ustępstwo wobec Rosji.
Polskich rzeczników złamania Rosji przy pomocy sankcji czekał jednak o wiele większy zawód. Okazało się, że 2 lipca odbyło się w Berlinie spotkanie ministrów spraw zagranicznych Niemiec, Francji, Rosji i Ukrainy poświęcone poszukiwaniu dróg pokojowego rozwiązania kryzysu na Ukrainie, na którym zabrakło ministra Sikorskiego. Odkrycie, że na temat przyszłości Ukrainy można rozmawiać bez udziału Polski, wywołało w Warszawie jęk rozczarowania. Zastanawiano się, czy pierwszy krok ku degradacji roli Polski w konflikcie ukraińskim uczynił prezydent Francji Hollande, który podjęcie czterostronnych rozmów na ten temat miał zaproponować Putinowi na obchodach rocznicy lądowania aliantów w Normandii, czy stało się tak na żądanie Rosji. Polski MSZ nie skomentował ani składu, ani formuły spotkania w Berlinie, ograniczając się do oświadczenia rzecznika Marcina Wojciechowskiego, że Polska popiera wszelkie działania, które służą "deeskalacji" konfliktu na Ukrainie. Oświadczenie tyleż spóźnione co nieprawdziwe! Działający bez poparcia Polski czterej ministrowie ustalili, że nowe zawieszenie broni na wschodzie Ukrainy (poprzednie, nierespektowane zawieszenie ognia zakończyło się dwa dni wcześniej) ma wynegocjować "grupa kontaktowa" w składzie przedstawicieli Kijowa, OBWE i ambasadora Rosji. Przewidziano też udział w jej pracach przedstawicieli separatystów.
O berlińskiej inicjatywie trzech o wiele szczerzej niż rzecznik MSZ wypowiadali się publicyści polityczni. „Niestety, czołowe państwa Unii Europejskiej za nic mają swoje ultimata, groźby i przestrogi wobec Moskwy“ - pisał Jerzy Haszczyński (Rzeczpospolita, 04-07-2014). I dodawał: „Wiele wskazuje na to, że podobnie traktują też Polskę, która miała, i co ważniejsze – powinna, odgrywać ważną rolę w kształtowaniu polityki unijnej wobec walczącego o samodzielność Kijowa.“ Miała i powinna odgrywać ważną rolę… Kto tak powiedział?
Haszczyński ubolewał, że minister spraw zagranicznych Niemiec Steinmeier opowiada się za rosyjskim planem konfederalizacji Ukrainy i że liderzy separatystów mają być dla Kijowa partnerami do rozmów. „Rozbieżność między Polską a Niemcami jest w sprawach wschodnich coraz bardziej rażąca„ - konkludował publicysta „Rzeczpospolitej“.

Kryzys zaufania do partnerów zachodnioeuropejskich rozciągnął się na cały Zachód po spotkaniu na szczycie NATO w Newport, kiedy stało się jasne, że upragnionych baz sojuszu w Polsce nie będzie. Uległość Zachodu wobec Rosji surowo potępił naczelny „Newsweeka Polska“ Tomasz Lis w artykule zatytułowanym "Polityczny kundlizm". W ferowaniu tak obcesowo formułowanych sądów o „najpotężnieszym sojuszu w świecie“, jak często określa się NATO, niewiele ustępował doradca prezydenta ds. Bezpieczeństwa, prof. Roman Kuźniar, który skarżył się na łamach „Rzeczpospolitej (26.08.2014) na torpedowanie pomysłów wzmocnienia obecności militarnej NATO w naszej części Europy, jak budowa tarczy antyrakietowej czy zwiększenie obecności wojsk sojuszu w Polsce. Uznał, że „ze względu na specyficzny stosunek Berlina do Rosji“ w sprawach bezpieczeństwa regionu nie możemy już liczyć na Niemcy. Nie pominął nawet historycznej reminiscencji, że "w stolicach zachodniej Europy jest długa tradycja zaspokojenia bezprawnych roszczeń Moskwy kosztem Europy Środkowo-Wschodniej". Nie tylko polityka Niemiec – także Włoch, Węgier czy Holandii została uzależniona od dyplomacji Moskwy i gróźb Gazpromu.

Nie bacząc na gniewne głosy dobiegające z Warszawy autorzy scenariusza nakreślonego dla Ukrainy w Berlinie konsekwentnie zmierzali do jego realizacji; z polskiego punktu widzenia pikanterii całej sprawie dodał fakt, że za najodpowiedniejsze miejsce do dopinania szczegółów przyjętych uzgodnień uznali stolicę Biaśorusi. Owoc tych prac, tzw. porozumienie z Mińska, opublikowała OBWE 6 września. W dokumencie tym przewidziano natychmiastowe wstrzymanie ognia, uwolnienie zakładników i nielegalnie przetrzymywanych osób, a dalej - decentralizację władzy na Ukrainie i nadanie odrębnego statusu obwodowi donieckiemu i ługańskiemu.
Realizacja „pokojowego planu prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki“ i implementacja „ inicjatyw prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina", jak nazwano cały projekt, nie jest i z pewnością długo nie będzie zadaniem łatwym ani małym. Jeśli uwzględnić pozycje wyjściowe stron, można dojść do wniosku, że jest to zadanie zgoła beznadziejne. Ukraina pozostająca we władaniu Kijowa i zachodni sojusznicy stoją na stanowisku (ze szczególną mocą podkreśla to kanclerz Niemiec Angela Merkel), że warunkiem porozumienia jest zachowanie integralności terytorialnej Ukrainy. Tymczasem już na wstępie trudno mówić o „zachowaniu“ integralności, kiedy od pół roku Krym znajduje się w granicach Rosji, a dwie samozwańcze republiki ludowe mają nieokreślony status państwowy, ale z pewnością nie podlegają władzy w Kijowie; w dodatku lokalni przywódcy deklarują, że zamiast przewidzianej dla nich w porozumieniu mińskim autonomii wolą przyłączenie do Rosji. Jej stanowisko pozostaje najbardziej enigmatyczne. Jak wskazuje chociażby ostatnia wypowiedź ministra Ławrowa, jest ona zdecydowana utrzymać „bratnie więzi“ z Ukrainą, przy czym Ukrainą niekoniecznie w takich granicach, w jakich widzi ją kanclerz Merkel.
Z tej niesłychanej gmatwaniny sprzeczności można wysnuć wątek pewnego optymizmu. Pokojowe regulacje dla Ukrainy będą musiały, prędzej czy później, być ustanowione. Po prostu nie ma innego wyjścia. Odkąd jest jasne, że - z jednej strony – Rosja jest zdecydowana użyć w niezbędnym zakresie swego wielkiego potencjału wojskowego do obrony swoich interesów na Ukrainie, z drugiej zaś – zachodni protektorzy władz w Kijowie oświadczyli bez niedomówień, że nie zamierzają angażować się militarnie w ich obronie i ryzykować wplątanie się w konflikt zbrojny na wielką skalę, stało się również jasne, że zażegnanie konfliktu rozgorzałego za naszą wschodnią granicą nie będzie możliwe bez udziału Rosji. To jednak wcale nie znaczy, że jest ona w stanie osiągnąć na Ukrainie wszystko co się tylko zamarzy lokatorowi Kremla. Po dramatycznych wydarzeniach minionych miesięcy jest nie do pomyślenia przywrócenie układu sprzed rewolty na Majdanie, trudne do wyobrażenia jest również spacyfikowanie sił rozbudzonych i już dość dobrze zorganizowanych na zachodzie kraju. Zadaniem sygnatariuszy porozumienia mińskiego musi być doprowadzenie do jakiejś formy ugody między prozachodnimi nacjonalistami a prorosyjskimi separatystami.

Taki kierunek działania nakreślił minister spraw zagranicznych Niemiec Frank-Walter Steinmeier po pierwszym spotkaniu z nowym ministrem spraw zagranicznych Polski Grzegorzem Schetyną. „Jesteśmy zgodni - powiedział - że porozumienie mińskie jest naszym kierunkiem i kryterium, jeżeli chodzi o rozwój sytuacji na Ukrainie“. Późniejsze wypowiedzi ministra Schetyny świadczą, że z tą „zgodą na gruncie porozumienia mińskiego“ wiązał nadzieję na powrót Polski do ekskluzywnego grona państw rozstrzygających o przyszłości Ukrainy. Występując 14 października w programie III Polskiego Radia pospieszył nawet z zapowiedzią, że dojdzie do tego już za kilka dni podczas szczytu Azja-Europa w Mediolanie. Oświadczył wręcz, że nie wyobraża sobie rozmów na temat Ukrainy bez premier Ewy Kopacz. Sama premier poprzestawała na powtarzaniu niewiele mówiącego postulatu, że w kwestii Ukrainy Europa musi przemawiać jednym głosem. Czyim? – nie wyjaśniła. W Mediolanie Europa przemówiła w tej kwestii, jak dotąd, głosami Niemiec i Francji, do których przyłączyły się Włochy, Wielka Brytania i UE. Dla Polski przy stole obrad zabrakło miejsca.
Wprawdzie zarówno rozmowy w tym gronie, jak i spotkania dwustronne nie przyniosły, w opinii kanclerz Merkel, żadnego przełomu, ale były, w opinii prezydenta Putina, "dobre i pozytywne". Czyli spotkania w „formacie normandzkim“ będą kontynuowane. Polska nie może liczyć na zaproszenie do tego grona z dwóch powodów: dlatego że mimo złagodzenia tonu i wycofania się z bojowej awangardy nadal przemawia językiem sankcji, zamiast języka dialogu, a także dlatego że uprawiając w swoim stylu politykę wschodnią tak pogorszyła swoje stosunki z Rosją, że polski udział w „dialogowaniu“ z tym mocarstwem mógłby tylko zrujnować szanse na jakiekolwiek porozumienie. Odpowiedzialni politycy w Warszawie zdają się jeszcze nie rozumieć, że głos Polski w prawie Ukrainy przestał się liczyć z chwilą uznania przez zachodnich sojuszników oczywistego faktu, że w tej sprawie nie można nic wskórać bez udziału Rosji. Z tą chwilą legły też w gruzach same podstawy polityki wschodniej Warszawy ufundowanej na osławionej doktrynie Giedroycia.


Ukraina jako czysta przyjemność

Przypisuje ona przecież Ukrainie rolę podstawowego ogniwa w bastionie państw oddzielających i chroniących Polskę przed imperialną Rosją. Dlatego po ogłoszeniu przez władze w Kijowie niepodległości solidarnościowe władze w Warszawie natychmiast podjęły się misji ostatecznego wyrwania nowego państwa z rosyjskich objęć. Wierni tej anachronicznej (opartej na pomyśle z 1952 roku autorstwa pewnego naiwnego księdza) doktrynie architekci polskiej polityki wschodniej dążyli, niezależnie od sytuacji zewnętrznej i wewnętrznych układów sił na Ukrainie, do zacieśnienia polsko-ukraińskich stosunków, przekonani, że służy to umocnieniu ukraińskiej państwowości i uwalnianiu tego wielkiego i potencjalnie ważnego kraju spod wpływów rosyjskich.
Polityka ta ignorowała obecność i żywotność prorosyjskich sił na wschodzie kraju, a co gorsza – wrogą postawę Rosji wobec polskich prób uwodzenia ukraińskich elit, które po rozpadzie ZSRR odważyły się sięgnąć po władzę. Idealny cel polskiej polityki wobec Ukrainy wdzięcznie scharakteryzował Robert Stanisław Terentiew (Rzeczpospolita, 02-02-2014): „Ukraina jako zaprzyjaźnione państwo buforowe, demokratyczne, stabilne i przewidywalne, widzące swój interes w bliskich związkach z Polską i Europą. To nie byłby już nawet żaden bufor, to byłaby czysta przyjemność.”
Nic dziwnego, że echa wydarzeń rozgrywających się na kijowskim Majdanie w listopadzie i grudniu 2013 wyzwoliły instynktowną reakcję polskich polityków, nakazującą śpieszyć z pomocą antyrosyjskiej rebelii ktokolwiek ją podniósł. Poczucie misji wykluczało potrzebę wszelkiej krytycznej refleksji nad konkretną sytuacją i wyzwaniami, przed jakimi może nas postawić. Nie ma miejsca nie tylko na pytania, kto i o co walczy, jakie ma szanse zwycięstwa i jakie mogą być koszty ewentualnej porażki, a już w żadnym wypadku na kalkulacje, czy i w jaki sposób walka ta służy naszym interesom. Takie merkantylne podejście zastępuje nam mocno ugruntowane przekonanie, że to co nie jest korzystne dla Rosji, jest korzystne dla Polski. Są i tacy, którzy chcieliby iść dalej. Na początku grudnia ub. roku, w pełni majdanowej gorączki, Jan Malicki, dyrektor Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, laureat nagrody im. Giedroycia mówił „Rzeczpospolitej”: „Należy bezwzględnie zrezygnować z wiary, że Polska może coś poważnego osiągnąć przez postawienie na współpracę z Moskwą. Nie, tam nie mamy żadnych szans. Musimy w sposób jednoznaczny przyjąć - i to jako długotrwałą strategię państwa - kurs na współpracę, zaangażowanie i sojusz nie z Rosją, ale z krajami i narodami byłego Związku Sowieckiego: z krajami bałtyckimi, Białorusinami, Ukrainą, Mołdawią, Gruzją i krajami Kaukazu Południowego, jeśli możliwe nawet z Azją Środkową.” Czyli skreślamy Rosję, budujemy swą regionalną potęgę z Białorusinami, Ukraińcami etc. A co z Rosją, z którą nie tylko dyrektor Malicki, ale nikt w Polsce nie chce przecież zawierać jakichkolwiek sojuszy? Gotową odpowiedź na to pytanie Malicki czerpie w wiekopomnego dorobku Jerzego Giedroycia, który „podkreślał konieczność dobrych stosunków z Rosją, ale z Rosją demokratyczną!” Czyli Rosją, jakiej nie ma.

Nauki historii poszły w las

W polskim wyścigu na Majdan stawką było po prostu jak najszybsze dotarcie na miejsce zdarzeń i jak najmocniejsze poparcie dla głoszonych tam haseł. Na tym tle rozgrywała się wewnątrzkrajowa rywalizacja obozów, na jakie się dzieli i wzajemnie zwalcza nasza klasa polityczna. Chodziło o wykazanie, kto mocniej popiera zbuntowaną Ukrainę (a tym samym szkodzi Rosji, a więc lepiej służy Polsce). Nikt nie pamiętał doświadczeń Pomarańczowej Rewolucji z 2008 roku, która rozpoczęła się pod podobnie brzmiącymi hasłami, a przyniosła swoim polskim entuzjastom gorzkie rozczarowania. Co dopiero mówić o doświadczeniach współpracy z Litwą, korzystającą przez ostatnie dziesięciolecia z bezwarunkowego poparcia Polski, najpierw w jej walce od odzyskanie pełnej suwerenności, później o
członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. Poparcie to również opierało się na założeniu, że suwerenna Litwa będzie nie tylko demokratyczna i praworządna, lecz także przyjazna polskiej „protektorce“, na jaką stylizowały Polskę władze III Rzeczpospolitej. Pozostawały one głuche na sygnały, świadczące niedwuznacznie o żywotności litewskiego antypolonizmu, który okazał się trwałą podstawą litewskiej państwowości i pod którego wpływem kształtują ostatnio stosunki między obu krajami. Złe – jak przyznają obie strony.
Litwa jest doskonałym case study, ukazującym pożytki polityki wschodniej prowadzonej według wskazówek Redaktora i jego szkoły. Jako ilustracja niech posłuży kupno, za kilka miliardów dolarów, nierentownej postradzieckiej rafinerii w Możejkach, tylko po to, żeby prezydent Kaczyński mógł zrobić zyg-zyg Putinowi. Wydarzenia na Ukrainie stają się pretekstem do nasilenia represyjnej polityki Litwy wobec polskiej mniejszosci notorycznie oskarzanej o prorosyjskie sympatie. Na przykład, filozof i socjolog Zenonas Norkus z Uniwersytetu Wileńskiego już dostrzegł podobieństwa w sytuacji Ukrainy i Litwy; to co dzieje się na wschodzie Ukrainy jest jego zdaniem „w dużej mierze” zbieżna z sytuacją „polskiej” Wileńszczyzny.
Nie lepiej przedstawia się dotychczasowy bilans współpracy z niepodległą Ukrainą. Do rangi symbolu urasta blisko dwudziestoletnia walka o rekonstrukcję Cmentarza Orląt, blokowana przez lwowskich radnych nacjonalistycznej partii Swoboda i zakończona charakterystycznym kompromisem: rezygnacją z odbudowy monumentalnych fragmentów architektury, które w opinii ukraińskich patriotów nadawały cmentarzowi, rażący ich dumę narodową, charakter panteonu chwały oręża polskiego. Dumę tę raziły także niektóre epitafia, jak "Nieznanym Żołnierzom Bohatersko Poległym za Polskę w latach 1918-20", które proponowano zastąpić tekstem ,,Nieznanym wojakom polskim poległym w polsko-ukraińskiej wojnie 1918-1919". Nie lepiej wiodło się nam w staraniach o odzyskanie polskiego mienia pozostawionego na Kresach południowych, jak Dom Polski we Lwowie czy obiekty sakralne. Pełnym sukcesem zakończyło się jedno: Polsce udało się jako pierwszej uznać niepodległość Ukrainy. W przypadku uznania niepodległości Litwy Polskę wyprzedziła Islandia, za co jeszcze długo odbierał cięgi Lech Wałęsa i minister Krzysztof Skubiszewski. Zarówno w historiografii litewskiej, jak i ukraińskiej wschodnie kresy II Rzeczpospolitej to terytoria okupowane przez Polaków.

Osobliwa symbioza demokracji z nacjonalizmem

Wątpliwe korzyści wcielania w życie doktryny Giedroycia nie umniejszały zapału polskich uczestników demonstracji na Majdanie, ani nie osłabiały propagandowego wsparcia polskich środków przekazu dla polityki rządu i prezydenta niezmiennie upatrujących w Ukrainie bastion mający nas chronić przed agresywnością Kremla. Niektórym z nich pewien kłopot sprawiało pojawianiem się na kijowskim majdanie czerwono-czarnych sztandarów Swobody – kontynuatorki tradycji OUN-UPA. Dopóki alarm z tego powodu podnosił głownie ksiądz Isakowicz-Zaleski, nikt zdawał się nie zwracać na to uwagi. Dopiero kiedy w połowie stycznia nad wejściem do urzędu miasta, będącym w tym czasie siedzibą "sztabu rewolucji" zawisł portret Stepana Bandery, niektórzy z zaangażowanych w sprawę ukraińskiej rewolucji publicyści poczuli się zmuszeni do zajęcia stanowiska również w kwestii banderowskich symboli.
Nowa Ukraina będzie nacjonalistyczna - przyznał Andrzej Talaga (Rzeczpospolita, 24-01-2014). Zapewnił jednak. że czarno-czerwona flaga oraz dawne OUN-owskie hasła „przeszły przewartościowanie“. Nie są już symbolem szowinizmu. Na Majdanie rodzi się nowy typ ukraińskiej tożsamości. Ten nowy ukraiński nacjonalizm nie jest antypolski, chociaż „prędzej czy później wejdzie na ścieżkę kolizyjną z naszą narracją historyczną.“ Talaga upominał, że na razie Polacy nie powinni żądać od Ukraińców potępienia dziedzictwa OUN. Na przeszkodzie stoi geopolityka. Suwerenna Ukraina, której potrzebujemy jako buforu na Wschodzie, utrwali się tylko jako państwo narodowe odwołujące się – niestety – do idei nacjonalistycznych. W innym wypadku pozostanie polityczną galaretą, a kto wie, może nawet stanie się nieformalnym protektoratem Rosji.
W wywodach tych autor podpierał się ustaleniami rządowego Ośrodka Studiów Wschodnich, według których motorem protestów na Majdanie byli ludzie urodzeni już po upadku komunizmu. Politycznie aktywna młodzież potrzebuje tożsamości, a zapewnia ją idea europejska i złagodzony nacjonalizm.

Jeszcze więcej wyrozumiałości wobec nacjonalistów ukraińskich gromadzących się na Majdanie okazał David Wildstein. W artykule opublikowanym na łamach portalu Niezależna.pl p.t. „Pomyłki Łysiaka, czyli co z tym Majdanem?” dowodził, że flagi UPA i odwołania do Bandery „nie tworzą klimatu Majdanu”, a większość Ukraińców nie ma pojęcia, że UPA popełniała zbrodnie na Polakach; te sztandary i okrzyki wyrażają jedynie rewolucyjny zapał walczących z reżimem. Polacy pojawiający się na Majdanie spotykają się z sympatią i wdzięcznością. Dawid Wildstein dostrzegł w szeregach walczących również przedstawicieli skrajnego nacjonalizmu, „zahaczającego czasem o gloryfikację nazizmu”, ale stanowili oni znikomą mniejszość. Zresztą przejawy ukraińskiego nacjonalizmu powinny według Wildsteina właśnie skłaniać Polaków do wspierania rewolucjonistów, bowiem osamotniona „w walce z przemocą wspieraną przez Rosję (czytaj ze zwolennikami utrzymania więzi z Rosją)” zachodnia Ukraina może rzeczywiście popaść w skrajny nacjonalizm.

„Przy okazji wydarzeń na kijowskim Majdanie można się dowiedzieć, że w tej chwili największym zagrożeniem dla Polski jest ukraiński nacjonalizm“ – pisał z przekąsem Filip Memches (Rozbroić rosyjską bombę, „Rzeczpospolita“, 08-02-2014). Źródłem takich poglądów i postaw jest według niego dziedzictwo Romana Dmowskiego i sentymenty kresowe. Publicysta „Rzeczpospolitej“ przekonywał, że masy Ukraińców do wystąpień na Majdanie popycha nie obciążona antypolskimi uprzedzeniami pamięć historyczna, lecz frustracja spowodowana katastrofalną sytuacją gospodarczą kraju. Banderowskie slogany na Majdanie są często używane nieświadomie, w oderwaniu od ich historycznej treści, po prostu jako hasła wiecowe. Oskarżanie o hołdowanie banderowskiej ideologii demonstrujących na Majdanie Ukraińców jest realizowaniem założeń rosyjskiej polityki historycznej. Jeśli dziś ktoś nakazuje ukraińskim patriotom – wywodził Mechmes - kajać się za zbrodnie UPA, to mogą oni odbierać to jako atak na samą ukraińskość. Równocześnie wskazywał – gwałcąc reguły elementarnej logiki - że rozliczenie przeszłości jest dla Ukrainy „jedynym sensownym wyjściem”. Byłby to sposób na odebranie Rosji narzędzia propagandowego, przy pomocy którego Moskwa „dorabia prozachodnim siłom na Ukrainie faszystowską gębę”. Dodajmy, że byłby to również sposób na uśmierzenie kresowiaków zgłaszających pretensje o rzeź wołyńską, tyle że ukraińscy patrioci nie mają najmniejszej ochoty rozliczać się z tych kart swojej historii, gotowi są natomiast podobne pretensje uznać z atak na samą ukraińskość.
Wszystkich ukrainofilów przebił wykładowca Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, Kazimierz Wóycicki, który napisał w swoim blogu (http://kazwoy.wordpress.com): „[Szuchewycz] jest i powinien być również dla Polaków postacią o cechach bohatera, nawet jeśli ma być to bohater z gorzką skazą współwiny za zbrodnię”. Tak zwana zbrodnia wołyńska jest w końcu tylko niewielkim fragmentem dziejów UPA!

Szczere wyznania patriotów

Próby zrozumienia, usprawiedliwienia, wybielenia neobanderyzmu, podejmowane przez polskich publicystów i naukowców znacznie utrudniali sami zainteresowani. Do banderowskiej ideologii oficjalnie nawiązuje bardzo aktywna na Majdanie partia Swoboda, występująca pierwotnie pod nazwą Narodowo-Socjalistycznej Partii Ukrainy. W wyborach parlamentarnych w 2012 roku zdobyła 10,44 % głosów. W Radzie Najwyższej zaproponowała partiom opozycyjnym utworzenie jednolitego frontu. W imię jedności i UDAR Kliczki, i Batkiwszczyna Julii Tymoszenko zaakceptowały proponowany sojusz, narażając się na utratę poparcia na wschodzie i południu kraju i wystawiając się na propagandowe ataki Partii Regionów i Moskwy, które zaczęły przedstawiać całą ukraińską opozycję jako neonazistowską, ksenofobiczną i antysemicką.
Prawdziwe oblicze Swobody odsłonił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej“ opublikowanym 7 marca lider partii Ołeh Tiahnybok. „Nasz nacjonalizm jest miłością, do naszej ziemi, do naszych ludzi“ – przekonywał. Równie prosto tłumaczył zawiłości historii: „Mieliśmy trudną historię. Polacy mogą mieć pretensje do Ukraińców, a Ukraińcy do Polaków“. Uznał jednak, że te problemy trzeba zostawić historykom. Oba narody powinny żyć dniem jutrzejszym, szanując nawzajem swój patriotyzm. „Stepan Bandera jest dla nas bohaterem. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów walczyła o niepodległość państwa ukraińskiego. Poparcie polskich polityków dla Majdanu tworzy „pozytywną płaszczyznę, która zastąpi wszystkie historyczne nieporozumienia.“ W czasie manifestacji na Majdanie Swoboda , jak twierdził jej lider, świadomie starała się złagodzić swój wizerunek i występować „w jednej drużynie”, chociaż oczekiwano od niej bardziej radykalnych działań.
Jak radykalnych działań można się spodziewać ukazali deputowani Swobody, kiedy 18 marca wdarli się do gabinetu szefa telewizji publicznej, pobili go i zmusili do napisania dymisji. Premier Arsenij Jaceniuk i szef MSW Arsen Awakow uznali takie zachowania za „nie do przyjęcia”, ale ostateczną ocenę tego zdarzenia pozostawili prokuraturze, na czele której stał reprezentant Swobody Ołeh Machnicki.
Swoboda miała w lutym w Radzie Najwyższej 37 deputowanych, w ogólnokrajowych badaniach opinii publicznej zyskuje zaledwie 5-procentowe poparcie, jednak na zachodzie kraju jej pozycja i wpływy są z pewnością o wiele silniejsze. Ponadto dzięki wielkiej aktywności na Majdanie zyskała w rządzie Arsenija Jaceniuka utworzonym 27 lutego silną pozycję, obsadzając część tzw. struktur siłowych. Stanowisko p.o. ministra obrony objął admirał Teniuch; ludzie „Swobody” objęli też stanowiska szefów wywiadu wojskowego i kontrwywiadu. Ponadto działaczami "Swobody" byli minister rolnictwa i ochrony środowiska.. Partia ta miała też trzech szefów administracji obwodowych: we Lwowie, Tarnopolu i Iwano-Frankowsku.

Rewolucja zapoczątkowana na Majdanie pozwoliła wykreować się nowej sile politycznej – jeszcze bardziej radykalnie nacjonalistycznej - pod nazwą Prawy Sektor.
Na Ukrainie już od lat 90. ubiegłego wieku istniało kilka nacjonalistycznych organizacji, jak Biełyj Mołot czy Tryzub. Na Majdanie zajmowały one pozycje po prawej stronie Kolumny Niepodległości, stąd ich zbiorowa nazwa Prawy Sektor. „Nasza organizacja, Prawy Sektor, nosi imię Bandery. On jest symbolem rewolucyjnej walki o niepodległość kraju.“ Tak scharakteryzował nową formację jej rzecznik Andrij Tarasenko w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej“, opublikowanym w końcu stycznia br. Według Tarasenki, ukraiński nacjonalista dąży do zjednoczenia wszystkich ziem etnicznych swojego narodu, gdzie Ukraińcy żyli od tysięcy lat. Operacja „Wisła" spowodowała, że Ukraińcy zostali wyrzuceni ze swojej ziemi i sprawiedliwość nakazywałaby, aby te ziemie do Ukrainy wróciły. Miał na myśli Przemyśl i kilkanaście innych powiatów. Rzeź wołyńska to brednia. Bandera co prawda zalecał stosowanie radykalnych metod, ale z okupantem należy walczyć wszystkimi metodami. Jako okupantów jego kraju wymienił Niemców, Polaków, Rumunów, Węgrów i Rosjan.
Zjednoczenie Ukrainy nacjonaliści chcą osiągnąć metodami dyplomatycznymi, jednak uważają za konieczne odzyskanie broni atomowej. Miejsce Ukrainy nie jest w Unii Europejskiej - to byłoby sprzeczne z ideą państwa narodowego. Takie jest najkrótsze résumé wystąpienia Tarasiuka na łamach „Rzeczpospolitej“.
Genealogię i ideologię Prawego Sektora obszernie przedstawiła jego rzeczniczka Ołena Semeniaka w wywiadzie dla Gazeta.pl, opublikowanym 9 kwietnia. Według jej słów, Prawy Sektor zrodził się jako organizacja obywatelska z inicjatywy nacjonalistycznej paramilitarnej organizacji Tryzub.
Punktem zwrotnym w procesie konsolidacji stały się starcia zbrojne na ulicy Hruszewskiego, w których padli pierwsi zabici. Po tym do Tryzuba dołączyły UNA-UNSO, organizacja Patriota Ukrainy, Socjal-Nacjonalistyczna Wspólnota i Biały Młot.
Podstawą ideologiczną tego obywatelskiego ruchu jest nacjonalizm w wersji Stepana Bandery, ale jest „otwarty na wszystkich ludzi”, którzy chcą bronić ojczyzny i brać udział w budowie ukraińskiego społeczeństwa i ukraińskiego państwa. Budowie tej ma przyświecać narodowo-centryczna idea. Semeniaka oskarżyła rząd Jaceniuka o współpracę z Kremlem. Skuteczny opór wobec agresorów będzie możliwy tylko wtedy, gdy kierownictwo państwa przejmą patrioci. Po przejęciu władzy nastąpi „masowa konsolidacja obywateli” wokół ukraińskiego państwa narodowego. Pierwszym krokiem powinna być lustracja i zapewnienie dojścia do władzy patriotom, ludziom kompetentnym itd. Semeniaka informowała, że przywódca ruchu Dmytro Jarosz zamierza trzykrotnie zwiększyć finansowanie armii i odnowić zasoby broni jądrowej. Możliwa współpraca z Zachodem, z UE nie powinna prowadzić do zmiany pozablokowego statusu Ukrainy.
Semeniaka chwaliła się kontaktami z wieloma polskimi nacjonalistami; na jednej z polskich nacjonalistycznych stron internetowych ukazał się wywiad z Jaroszem, w którym lider Prawego Sektora zapewnił, że Polska „nie ma w związku z nami żadnych podstaw do niepokoju. Teraz powinniśmy współpracować dla stworzenia wspólnego, paneuropejskiego nacjonalistycznego frontu”. Rzeczniczka zdementowała „dezinformację” zawartą w wypowiedzi Tarasiuka jakoby Prawy Sektor chciał włączenia do Ukrainy Przemyśla i nie uznaje tragedii na Wołyniu.
Według Jędrzeja Bieleckiego („Rzeczpospolita“, 25-02-201), ruch kierowany przez Dmytro Jarosza miał ogromny wpływ na radykalizację wydarzeń w Kijowie i ostateczne obalenie reżimu Wiktora Janukowycza. Największe wpływy ma na zachodniej Ukrainie. Jego aktywiści przejęli tu rolę milicji, patrolowali ulice Lwowa. Wcześniej przywódcy Prawego Sektora odwiedzali różne regiony kraju w celu formowania tam miejscowych sztabów wojskowych, prowadzących mobilizację, szkolenia i tworzących wojskowe formacje. Demonstracją siły Prawego sektora było wywieszenie 24 lutego przed budynkiem Rady Najwyższej czerwono-czarnej flagi Ukraińskiej Powstańczej Armii.
Pod koniec marca ogłoszono utworzenie nowej partii. Miała powstać na bazie dotychczas funkcjonującej partii o nazwie „Ukraińskie Zgromadzenie Narodowe” i kilku organizacji nacjonalistycznych. Zapowiedziano, że lider partii Dmytro Jarosz wystartuje w wyborach prezydenckich.
Rosnący w siłę Prawy Sektor zaczął urastać na groźnego konkurenta nie tylko rzekomo układnej partii Swoboda, lecz także władz w Kijowie. Sygnałem nabrzmiewającego konfliktu było zabójstwo działacza UNA-UNSO i koordynatora Prawego Sektora w zachodnich obwodach Ukrainy Ołeksandra Muzyczki, lepiej znanego jako Saszko Biłyj. Według oficjalnej wersji zginął on w chwili zatrzymania, gdy sam zaczął strzelać w kierunku milicji. Według współpracowników Biłego, było to „morderstwem na zamówienie". W związku ze śmiercią watażki milicja pojawiła się także w kijowskim sztabie tworzonej przez Prawy Sektor Narodowej Gwardii Ukrainy. Na zachodzie Ukrainy zatrzymano ponad 20 aktywistów ruchu.
Wcześniej ukraińskie władze kilkakrotnie wzywały członków Sektora do złożyenia broni i wstąpienia do Gwardii Narodowej tworzonej przez Ministerstwo Obrony. Chciano w tej sposób zneutralizować potencjalnie groźnego przeciwnika i równocześnie stworzyć przeciwwagę dla własnej armii i milicji nie cieszących się pełnym zaufaniem władz w Kijowie.
Na początku kwietnia przewodniczący Zgromadzenia Społeczno-Narodowego i członek rady politycznej Prawego Sektora Igor Kriworuczko poinformował o zamiarze wysłania formacji wojskowych tego ruchu do Doniecka, Ługańska i Charkowa.

Neobanderowską ideologią i symboliką posługują się nie tylko członkowie Swobody czy Prawego Sektora. W niemieckiej telewizji państwowej można było obejrzeć żołnierzy wspomagającego rząd w Kijowie batalionu "Azow", na których hełmach widniały hitlerowskie symbole SS i swastyka. Żołnierze ci przysięgali wygłaszając skróconą wersję "Modlitwy ukraińskiego nacjonalisty", historycznej przysięgi używanej w OUN, a później UPA.
Do historycznych „nieporozumień” z Polakami miał też okazję odnieść się, były już, ambasador Ukrainy w Polsce, Markijan Malski w czasie uroczystości upamiętnienia Ukraińców, którzy zginęli podczas odwetowego ataku oddziałów Armii Krajowej na wioskę Sahryń. "Ginęli – mówił ambasador - tylko za to, że byli Ukraińcami, że mówili w języku ukraińskim, że kochali swoją ziemię rodzinną, że marzyli o niepodległym zjednoczonym państwie ukraińskim." Wystąpienie zakończył tradycyjnym zawołaniem "Sława Ukrainie!", na co otrzymał tradycyjny odzew "Herojam sława!". Jeden z gości z Ukrainy porównał ofiary Sahrynia do ofiar Berkut

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.