Facebook Google+ Twitter

Ukunda, czyli raj na ziemi. Cz. I

Kiedy zobaczyłam pierwsze błyski na powierzchni wody, jeszcze nie wierzyłam. Woda była turkusowa. Plaża biała. BIAŁA. Na plaży palmy kokosowe.

Plaża w Ukunda / Fot. Ela WiejaczkaKiedy jechałyśmy na wybrzeże - nocnym autobusem, otulone śpiworami - nie wiedziałyśmy, że się tutaj znajdziemy. Chciałyśmy na chwilę opuścić stolicę Kenii - zakorkowaną i zimną (tak, zimną! Nairobi leży na wysokości 1660 m n.p.m., a poza tym był to sierpień, czyli zima) - zdecydowałyśmy więc zobaczyć Mombasę. Ostatecznie jednak trafiłyśmy do Ukunda. Czytaj: do raju.

Kiedy tylko rozpakowałyśmy się w apartamencie, który miał być naszym domem przez jedną dobę - ale za to jakim domem: z basenem, do którego natychmiast wskoczyłam! - poszłyśmy obejrzeć plażę. Po kilku tygodniach pracy w szkole i sierocińcu miałyśmy zamiar poleżakować, jednak szybko okazało się, że jest tysiąc innych, ciekawszych niż to spraw!

Najpierw spotkałyśmy dwóch Masajów: Martina i Sapatiego, którzy koniecznie chcieli nam sprzedać którąś ze swoich ozdób. Przekonywałyśmy, że niczego nam nie potrzeba, ale pojawiły się prośby o „promowanie Afryki w naszym kraju” i w końcu - kolejnego dnia, ale jednak – kupiłam małą, czerwoną bransoletkę.

Chłopak wdrapujący się na palmę / Fot. Ela WiejaczkaChwilę później zaczepił nas chłopak, proponując zerwanie świeżych orzechów kokosowych. Wytargowałyśmy cenę. „200 szylingów za twoje wejście na drzewo, za orzechy i za zdjęcia?” - upewniłam się. Chłopak w mgnieniu oka zawiązał na stopach trawę, po czym używając tego sprytnego narzędzia w kilkanaście sekund wdrapał się na szczyt palmy. Zrzucił dwa owoce zwane madafu, świeże, więc wypełnione jeszcze przezroczystą wodą kokosową i delikatną, ledwie słodkawą galaretką, wyścielającą wnętrze orzecha. Jadłyśmy je zaledwie kilka minut po tym, kiedy wylądowały w trawie; na oczach strażników, z którymi chłopak musiał podzielić się zarobioną kwotą.

Tego dnia widziałam jeszcze chłopca uderzającego czymś rytmicznymi, mocnymi ruchami o piaszczystą plażę. To była ośmiornica. W ten sposób się je zabija, a potem jeszcze długo zmiękcza ciało przed przygotowaniem do zjedzenia. „To niehumanitarne” - pomyślałam. To wstrząsające, to budzące złość. A jednak jest, wszędzie, na całym świecie.

Wielbłąd Obama / Fot. Ela WiejaczkaWtedy zbliżyły się wielbłądy: Liban i Obama. Zdecydowałyśmy się na przejażdżkę wzdłuż zalewanej pomału wodami przypływu plażą. Siedząc na grzbiecie „pana prezydenta” starałam się uchwycić na fotografii cień - mój i zwierzęcia - który raz po raz ginął pod wodą. Patrzyłam z wysokości na fale, na Masajów zaczepiających kolejnych wazungu (biali ludzie), na turystów odpoczywających w hotelach all inclusive. Cieszyłam się, tym bardziej przecież, że na plażę miałyśmy tylko kilka dni. Kilka wyczekiwanych, zapracowanych, intensywnych dni.

Cień mój i Obamy / Fot. Ela WiejaczkaZbliżając się do miejsca, z którego wyruszyliśmy - przewodnik, wielbłądy, Ania i ja - zobaczyłyśmy przyjaciela podążającego w naszą stronę. Sao miał dla nas niespodziankę na kolejny dzień: nurkowanie na rafie koralowej. Umówiłyśmy się z kapitanem Suleimanem na 10 rano - podczas maksymalnego odpływu, a więc i najmocniejszego odsłonięcia rafy -
i poszliśmy na kolację do restauracji. Ulubionej restauracji - z białym piaskiem pod stopami.

cdn

[Usługi kapitana Suleimana szczerze polecam. Gdyby ktoś znalazł się w Ukunda, oto jego nr tel: +254 728 247 305, w razie potrzeby służę adresem]

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Z niecierpliwością i zaciekawieniem czekam na ciąg dalszy...
Pozostawiam *5))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Kolejny materiał na gwiazdki,pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.