UPR była partią, na którą oddałem głos w pierwszych wyborach w moim życiu. Dziś wiem, że zagłosowałem na partię, której były lider, Janusz Korwin-Mikke, miał na celu nie tyle karierę polityczną, ile wywołanie publicznej dyskusji albo oburzenia.
W mojej opinii Korwin-Mikke nie wgłębił się w dziedziny, które miał zamiar reformować. Jego ideologia nie polegała na analizie np. ekonomii przemysłowej, ale na czysto doktrynalnym, ideologicznym podejściu, pozbawionym kontaktu nie tylko z rzeczywistością gospodarczą danych branż, ale nawet z uznawanymi za obecnie najwartościowsze teoriami. JKM by rodzajem politycznego pasażera na gapę, który swe teorie budował w odcięciu od rzeczywistości. On nie skończył jako liberał, bo jest tej ideologii zaprzeczeniem. On skończył jako konserwatysta, podpierający najbardziej konserwatywną ścianę spektrum politycznego. Jego poglądy to wręcz manifest gospodarczych konserwatystów, i z czasem coraz bardziej się radykalizował.
Czy Janusz Korwin-Mikke i jego twór pod nazwą UPR traktują politykę serio? Moim zdaniem, nie. Wystąpienia publiczne są dla nich rzadką szansą do zademonstrowania skrajnych konserwatywnych poglądów. Poglądów, które niekoniecznie są poparte wiedzą ekonomiczną. Są raczej doktryną, polegającą na ślepej wierze w dane ideologie, bez prób ich skonfrontowania w praktyce.
Wszak Korwin-Mikke i jego partia nie są jakąś kuźnią liberalnej polityki gospodarczej, nie proponują konkretnych rozwiązań, w takim stylu jak czynią to zachodnioeuropejskie partie liberalne. Oni proponują tylko ślepy kierunek o nazwie Ameryka. Wyrok na siebie Janusz Korwin-Mikke wydał w momencie porzucenia realpolitik i odpłynięcia w świat utopii. Dziś szkoda czasu, by się dłużej nad tym tematem rozwodzić.
Krótkie i niepełne to obituarium, przyznaję, ale dla Janusza Korwina-Mikkego, którego na zawsze zapamiętam jako niezbyt szkodliwego Don Kichota (tak też był przedstawiany w jednym z konserwatywnych pro-wolnorynkowych czasopism, gdzie miał swój felieton) jest ono moim zdaniem niezbędne. Janusz Korwin-Mikke ogłosił bowiem już dość dawno swoje odejście ze świata polityki. Ten niedoszły mąż stanu i twórca jednej z najbardziej konserwatywnych partii w tym kraju odejdzie dla mnie nie jako liberał, ale jako zajadły konserwatysta, propagujący staroświecki styl nieuświadomionego gospodarczo konserwatyzmu.
Nie jestem konserwatystą, moje serce na zawsze bije gdzie indziej - w świecie wolności jednostki, jej prawa do decydowania o sobie samej, jednakże to właśnie Korwina-Mikkego zakwalifikowałbym do szufladki przeciwników liberalizmu. Odmawiam mu prawa do miana liberała. On nim nigdy nie był, jego ideologia to wykluczała. Jako polityk był bezkompromisowym konserwatystą, w stylu tych tak zapatrzonych w Amerykę brytyjskich Tories. Mimo naiwnej wizji gospodarki, jest bez wątpienia najbardziej kosmopolitycznym i prowolnorynkowym spośród polskich konserwatystów, częściej zafascynowanych narodowym socjalizmem i polonocentryzmem.
Jego spuścizna niestety chyba zbyt długo nie przetrwa. Już dziś Stanisław Wojtera oraz kilku jego współpracowników, którzy tworzyli dawny trzon UPR, jest członkami PiS-u. Sam UPR w wyborach samorządowych nie miał rozterek nad zawarciem lokalnych sojuszy z ultrakatolikami z LPR, będącymi raczej zaprzeczeniem idei liberalizmu. Startował także ze wspólnej listy z tą partią w wyborach w 2007 roku. UPR dziś ma wiele świetnych idei i postulatów liberalnych dla gospodarki i wolności obywatelskich, ale też jest bardzo skrajny w kwestiach obyczajowych. Jest to wciąż partia, która nie wyrobiła sobie innych liderów, i nie zaczęła rozgraniczać opinii i poglądów prywatnych od deklaracji politycznych. UPR to wciąż polityka raczej jako hobby.