Na kanwie głośnej sprawy dotyczącej ciężarnej, czternastoletniej Agatki, chciałabym podzielić się kilkoma refleksjami na temat upiornych mamusiek - niewrażliwych, cynicznych, obojętnych, nie znających uczuć takich jak rodzicielska miłość.
Mamuśki - nadopiekuńcze, wszystkowiedzące dyktatorki... Problemy dziecka, szczególnie te najtrudniejsze, to dla nich wyzwanie. Mamuśką może być rodzona matka, teściowa, katoliczka z telewizji i Gazeta Wyborcza. Mamuśki są przekleństwem młodych...
Jak świat światem na wiadomość o dziecku, które ma się narodzić, reagowano powszechną radością - Oto krew z krwi, kość z kości. Żonę, synową, córkę, wnuczkę w stanie błogosławionym musimy otoczyć szczególną troską i miłością. Szykujmy złote kołyski, oto urodzi się następca lub następczyni. - Tak było przez tysiąclecia, tak (na szczęście) bywa i dziś. Dzięki matkom i babciom, dzięki ojcom i dziadkom młodzi mogą studiować i pracować: starsi i bardziej doświadczeni nie zawiodą w potrzebie. Moja babcia pocieszała matkę - Nie martw się, Danusiu, urodź to dziecko. Jakoś to będzie. - I było. Na ogól o wiele lepiej.
Moja znajoma - repatriantka z Kresów - nieżyjąca już dzisiaj nauczycielka - jedno z dzieci urodziła w bydlęcym wagonie. Przez pierwsze dni życia żywiła córeczkę wodą z okruchami cukru. Dziś owo dziecko jest specjalistą od meteorologii...
To takie zwyczajne mamy i babcie mówią "jakoś to będzie". Mamuśki nie są ani szare, ani zwyczajne, one całe w pretensjach "wiedzą lepiej", dla nich nie istnieją pojęcia dobra, prawdy, piękna, a najwyższymi wartościami są hedonistyczne użycie i wygoda. Są najmądrzejsze, wiedzą, w kim ich dziecko powinno się zakochać, a kto norm nie spełnia, z kim potomek może mieć dziecko, a z kim nie, kiedy powinno się ono urodzić, a kiedy jest rok, dwa za wcześnie. Wiedzą, dzięki czemu ich dziecko będzie szczęśliwe, a co sprawi, że przegra życie. Mamuśki nie wspierają - to nie w ich stylu, one obdarzają wolnością. Dziecko tonie, a one mówią - Prawo pozwala ci zatonąć, a ja pomogę ci znaleźć głębię, z której możesz skorzystać. - Dodając w domyśle - A spróbuj nie!
Dlaczego mama współczesnej Agatki - gimnazjalistki, licealistki, studentki - nie wspiera swojego dziecka w dobrym? Dlaczego nie chce mu pomóc? Dlaczego nienawidzi wnuka, wnuczki - dziecka, które ma przyjść na świat przedwcześnie? Dlaczego, aż tak dystansuje się od sprawy i nie wspomaga w najtrudniejszym momencie życia - w czasie, gdy jej dziecko staje przed wyborem godności i świętości lub hańby, samotności i żalu? Nie chcąc wnuka lub wnuczki przedwcześnie, dlaczego ryzykuje, że nie będzie już nigdy szczęśliwą babcią, a jej dziecko szczęśliwym rodzicem? Dlaczego nie ma wyobraźni ani wrażliwości, aby przewidzieć, że w domu, w którym zabito nienarodzony owoc miłości, uczucie to już nigdy nie zagości?
Kiedyś, w pociągu byłam świadkiem rozmowy trzech mamusiek, z których jedna "już nie pamiętała, ilu aborcji dokonała sama". Oczywiste, że "w takiej trudnej sytuacji również swojemu dziecku pomogłaby znaleźć dobrego aborcjonistę".
Jak samotna musi być dziewczyna, kiedy nie może liczyć na pomoc własnej matki. Jaki ból, już na zawsze, będzie odczuwać, kiedy po aborcji odkryje, że nie była kochana przez swoją mamuśkę, a - przy braku jej wsparcia - odrzuciła bezwzględną, ufną, serdeczną miłość własnego malucha. Czy kiedyś nie odkryje, że nigdy nie miała matki?
Rodzice moich uczniów przez trzy lata płacili za biedną dziewczynkę, aby ta mogła uczestniczyć w klasowych wycieczkach. Kiedy w czwartej klasie przejęłam wychowawstwo, zbuntowali się. W przeddzień wyjazdu do Warszawy, opowiedziałam mężowi o wycieczce, w której moja uboga prymuska miała nie uczestniczyć. I co? mąż nie powiedział - Rób, co uważasz - lecz zachęcił, abym to ja zapłaciła za podróż dziecka. - Przecież chciałaś, aby Twoja szkoła miała imię Jana Pawła II - dodał. Jakże wszystkie dzieciaki cieszyły się, kiedy wczesnym świtem do wycieczkowego autobusu weszła ich koleżanka.
Uwielbiam mojego męża, który nigdy nie opuścił mnie w trudnej sytuacji i wielokrotnie wskazywał mi drogę wzrostu w moim człowieczeństwie. Mogę nazwać Go swoim mistrzem. Współczuję młodym, którzy na drodze własnego życia nie mieli matki, babci, ojca - serdecznego mistrza.