Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

2216 miejsce

Urodzinowy afront, czyli "Blaszany bębenek" w Wybrzeżu

Ten spektakl był jak biblijna historia świata: od stworzenia do apokalipsy. Na początku było słowo. Wielkie, potężne słowo Grassa, pełne poezji i znaczeń. Gdy kurtyna opadła, w rozjaśniającym się mroku teatralnej sali została tylko żenada.

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/blaszany_bebenek_na_deskach_teatru_wybrzeze_45799.html / Fot. Sławomir Żylak/Wiadomości24.plPo pierwszej połowie „Blaszanego bębenka”, wystawianego właśnie w Teatrze Wybrzeże z okazji 80-tych urodzin szacownego gdańskiego noblisty, byłem umiarkowanie zadowolonym optymistą. O tak! Ja byłem w przerwie wielce ukontentowany, a z zasłoniętej niewinnie sceny wyzierała już katastrofa i trzeba było uciekać w dzikiej panice. Tymczasem, z błogim spokojem oczekiwałem efektownego finału, w swej ubogiej wyobraźni nie potrafiąc sobie przedstawić, że istnieją reżyserzy o tak wątpliwej mądrości, by zrobić szmirę ze spektaklu, który już prawie, czubkami palców, ocierał się o przyzwoitość. Adam Nalepa dokonał jednak rzeczy wielkiej. Udowodnił, jak beznadziejnie jestem naiwny.

A przecież zaczęło się dobrze: na prawie pustej scenie, przeciętej rażącą, szkarłatną wstęgą, rozgrywała się przekonująca komedia ludzkiego życia, zaplątanego boleśnie w ludzką historię. Na tle powściągliwej, minimalistycznej scenografii, Oskar, który przestał rosnąć w swoje trzecie urodziny, z niewymuszoną ironią opowiadał o śmieszno-strasznym trójkącie miłosnym swojej matki i dwóch ojców. Przed widzami żywiołowo przesuwał się ciąg wspomnień skomponowanych jak stare fotografie z zakurzonego albumu; był i senny szum rodzinnych dysput, i wspaniałości kolonialnego sklepu, i skandaliki z domostw gdańskiego mieszczaństwa. W ten cichy, mały świat, podstępnie wkradała się trucizna nazizmu, na scenie manifestowana przez mundur ojca, nieśmiałe szepty o Partii i dziarskich chłopcach, pozdrawiających się wyciągnięciem ręki. Świat rozpadał się, a my oglądaliśmy to oczami dziecka, rozpadał się, wtórując groteskowej śmierci pani Matzerath i krzykowi Oskara, który w pustym kościele przeprowadzał swój rozrachunek z Bogiem. Z fałszywym Chrystusem, który nie ma siły, by uderzać w bębenek. Te egzystencjalne dramaty rozgrywały się w tragedii świata, nad którym zawisła swastyka.

I był to porządny spektakl, utrzymany w tonie gorzkiego, grassowskiego szyderstwa. Do artystycznego zwycięstwa potrzeba było naprawdę niewiele: konsekwencji. Dzieło padło jednak ofiarą złośliwego fatum: jego pierwszą, miażdżącą krytykę przeprowadzili sami twórcy. Doszli wyraźnie do wniosku, że ich inscenizacja to staroświecki, schematyczny ramot, nie nadążający za teatralnymi trendami. I w drugiej części upchnęli wszystko, co im się kojarzyło z beznadzieją nowoczesności, wyliczając każdą sztampę współczesnej sceny. Powstał kolaż potworny, w którym jest wszystko, prócz Grassa.

Co? Omińmy już – kierując się zwykłą litością – początkową sekwencję orgiastycznej dyskoteki, zanurzonej w niemieckich piosenkach, z której wyłoniła się starowinka małpująca Marilyn Monroe i śpiewająca „Happy Birtday Gunter Grass”. Potem napięcie tylko rośnie, unowocześnienie tekstu sięga szczytów brawury, a niezwykle „dyskretna” diagnoza współczesnego społeczeństwa dopada nas jaskrawą tandetą w każdej sekundzie. Państwo Matzerath najpierw uprawiają ostry seks na pianinie, po czym w gwałtownej kłótni wymieniają poglądy na temat nieskuteczności antykoncepcji i tzw. „wpadki”. Z lubością serwuje się nam nieistniejący w „Blaszanym bębenku” banał o aborcji, brutalny realizm i dopisane z dużym literackim talentem przed adaptorów kwestie, którym słowa „kurwa” i „jebać” dodają przytłaczającej ekspresyjności.

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/blaszany_bebenek_na_deskach_teatru_wybrzeze_45799.html / Fot. Sławomir Żylak/Wiadomości24.plW dalszych scenach mamy szokujące ukazanie wojennej degrengolady, w trakcie której obserwujemy pokaz „wakacyjnych” zdjęć, na których roześmiany Oskarek prezentuje się w towarzystwie wujka Adolfa, na tle oświęcimskiej bramy i zagazowanych trupów, oraz – jakże by inaczej – Sajgonu i Abu Ghraib. Tę pacyfistyczną farsę umila nam oralna pieszczota, jaką nasz mały bohater funduje swojej pierwszej miłości, niezwykle wyrafinowane żarty (w stylu kwestii, rzuconej w kierunku ubranej w zielony habit zakonnicy „Ta nowicjuszka jest zupełnie zielona”), oraz przebiegający wszędzie – bo przecież w autentycznie postępowym spektaklu nie mogło zabraknąć krytyki amerykańskiego imperializmu – żołnierze U.S. Army.

Na koniec dostajemy to, na co czekaliśmy od początku, a czego nie mogło zabraknąć w prawdziwie nowoczesnym, odważnym, unikającym banału, psychoanalitycznym obrazie współczesności: jędrne, młodzieńcze pośladki i... uwaga!... męskiego penisa! Aktorka grająca Marię pieczołowicie obmywała całkowicie nagie, szczerze ku nam zwrócone ciało Oskara, a ja żarliwie modliłem się, by złośliwa, sadystyczna kurtyna wreszcie spadła, moim oczom zaś oszczędzono widoku seksu oralnego z udziałem słynnego karła. Zostałem wysłuchany…

Otóż i cała analiza naszego podłego, pustego duchowo świata, przeprowadzona na deskach teatru. Seks, przemoc i wulgaryzmy – a od nas twórcy wymagają, byśmy heroicznie udawali, że widzimy to pierwszy raz, i – tak jak oni – sądzili, że ma to coś wspólnego z „Blaszanym bębenkiem”. O artystów się nie martwię, zresztą – pewno teraz chichoczą z uciechy nad wspaniałą prowokacją i nad ograniczonymi estetycznie recenzentami, który mogą nie zrozumieć. Mnie najbardziej żal prozy Grassa i tego, co z nią zrobiono. Nie jestem skostniałym, teatralnym konserwatystą, uznaniem przyjąłbym na wskroś nowoczesną, rewolucyjną interpretację dzieła. Myślę też, że łatwo ścierpiałbym, gdyby do książki gdańskiego noblisty reżyser podszedł bez nabożnego szacunku dla geniuszu. Ale zabolało mnie, gdy obejrzałem spektakl Wybrzeża. Dlaczego? Bo w moim przekonaniu tak Grassa, jak i nas, potraktowano jak ostatnich idiotów.


Komentarze (15):

Sortuj komentarze:

Paweł Bieńkowski
  • Paweł Bieńkowski
  • 04.02.2011 11:47

Pan Januszewski ma rację, bo to samo mówiłem po wyjściu z teatru. Pierwsza część przyzwoita, druga to groch z kapustą: teatralny bełkot, koślawe dialogi wypowiadane beznamiętnie, kompletny brak napięcia, jednym słowem - marna próba zmęczonych aktorów.
Dlaczego mieliśmy bardzo podobne odczucia, ja zwyczajny widz i p. Januszewski?
Przyczepię się do samego pana Januszewskiego, który jest seksualnym maniakiem (i dobrym krytykiem!). Pan J. pisze:
"Co zaś do nagości - ależ ja nie mam nic przeciwko!:) Nie znam dobitniejszego pokazu piękna, niż nagie, nieźle zbudowane ciało ludzkie:) Nie czuję się kompetentny, by oceniać naturalne uroki pana Pawła, przychodzi mi wierzyć na słowo, gdy pani Joanna mówi: "Piękny aktor" (służę przy tym pomocą przy ocenie urody aktorek:)"
Rozumiem, że pan Januszewski jest do tego stopnia opętany przez kobiety, że nawet w zetknięciu z Dawidem Michała Anioła, nie czuje się kompetentny i czuję się zmuszonyh powołać KOBIECE (a jakże!) gremium eksperckieby ocenić, jak pisze, "naturalne uroki". Dlaczego starożytni Grecy oglądali męskie, muskularne ciała podczas igrzysk, w wielkiej nagiej masie, a gdański recenzent, kilkanaście wieków później, okazuje się na tyle pruderyjny, że kapituluje przez dwoma nagimi pośladkami jednego aktora...? To jest pytanie dla całej polskiej nauki.
Wydaje mi się, że recenzja pisana przez kogoś, kto ujawnia publicznie swoje kompleksy, zamiast brawury i dezynwoltury niezbędnej bardzo dobrym piórom, ujmuje sporo wiarygodności, skądinąd, celnym spostrzeżeniem i ciekawym obserwacjom.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 03.04.2008 14:23

Ta recenzja to idealna eksterioryzacja myśli, które towarzyszyły mi podczas całej sztuki.
O ironio, myślałam w czasie trwania drugiej części: brakuje mi tu jeszcze tylko wulgaryzmów,seksu, radosnej nagości i puenty w stylu kochajcie się.
Dostałam dużo więcej kiczu niż mogłam sobie wymarzyć.
Niespójne,nieczytelne,przeładowane,nieśmieszne.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 13.11.2007 16:22

Jak mawiał niedoceniony za życia klasyk: "Każda potwora znajdzie w życiu amatora".

Komentarz został ukrytyrozwiń

No tak, trochę mnie poniosło... Pana druzgocąca krytyka "Blaszanego bębenka" zabolała mnie chyba nie mniej niż moja złośliwość Pana. Przepraszam za "żałosność", zgadzam się, że jest to jeden z chwytów poniżej pasa.
Nagość w w/w sztuce była dla mnie szokująca, jednak w moich oczach miała symbolizować nagie, czyste dziecko w Oskarze, jego tzw. nagą prawdę o samym sobie. Akurat w tym odbiorze widziałam jej sens.
Nigdy bym jednak krytykowała przedstawienia używając słów "afront" wobec obdarowanego. Co tak na prawdę sądzi obdarowany nie nam decydować.
Zrozumieć można, gdy opisujący wyraża swoją opinię na temat czegoś tam, ale za Grassa? Za innych?
Ja nie lubię lodów owocowych tylko czekoladowe, a Pan? Czy coś w tym złego? Czy owocowe są gorsze? Różnić się jest tak pięknie...
Swoją drogą naszą wymianą zdań przysłużyliśmy się "Blaszanemu bębenkowi" w Wybrzeżu. Oby zdań na temat tego przedstawienia było jak najwięcej, chyba zgodzimy się, że lepiej gdy ludzie zaglądają do teatru częściej. A przedstawienie nawet gdy wyda się bezsensowne, wzbudzi w nas emocje, które nas czegoś też nauczą.
Pozdrawiam Pana serdecznie, dziękuję za burę i cieszę się dyskusją. Dobrze chociaż, że widzieliśmy widowisko, które nas tak poruszyło.
joanna

Komentarz został ukrytyrozwiń

Co zaś do nagości - ależ ja nie mam nic przeciwko!:) Nie znam dobitniejszego pokazu piękna, niż nagie, nieźle zbudowane ciało ludzkie:) Nie czuję się kompetentny, by oceniać naturalne uroki pana Pawła, przychodzi mi wierzyć na słowo, gdy pani Joanna mówi: "Piękny aktor" (służę przy tym pomocą przy ocenie urody aktorek:). I nie o personalny atak w aktora mi chodziło (Tomaszewski, a i owszem, był jednym z sympatyczniejszych akcentów przedstawienia; nie wspomniałem o zaletach jego obecności na scenie, ale cóż - tak to bywa przy recenzji pisanej na gorąco ze spektaklu, który zirytował), a jedynie o wskazanie, jak ludzka nagość, będąca ważnym, intelektualnym nośnikiem znaczeń w sztuce, zamieniana jest w banał i tandetę. Może jestem troszeczkę skrzywiony moim "wybrzeżowym" doświadczeniem teatralnym, ale po prostu nie widziałem, by na deskach gdańskich rozbieranka była elementem FUNKCJONALNYM, by niosła w sobie coś więcej, niż wciśniętą nieco na siłę zaczepkę, skierowaną w widownię, by przytłumić i zszokować. To po prostu tanie, nie obrzydliwe (a takie stwierdzenie próbowała najwyraźniej włożyć mi w usta pani Joanna), nie odstęczające, nie nieprzyzwoite, ale tanie, tandetne i banalnie, w sposób przerysowany, niesamodzielny modne. Prosiłbym więc, by moi drodzy krytycy wskazali mi sens takich zabiegów, bo pusta ornamentyka, nagość dla nagości i sztubackie popisywanie się odwagą prowakacji nie porywa mnie w stopniu takim, w jakim porwało panią Joannę:)

Reasumując: a niechże serwują nam ostry seks, zabawę w masochizm, nagość pięknych, młodych ludzi (wnoszę o piękne aktorki, najgoręcej!), niechże dadzą nam szok i estetyczne zachwycenia, ale niechaj to będzie miało sens, niech będzie przyprawione ironicznym sosem, i niechaj wystrzega się taniej, krzykliwej stylizacji. Rzucę się ze smakiem nawet na porno na scenie, bylebym poczuł się dotknięty nim do żywego, bylebym mógł krzyknąć: "Ha!, brawo reżyser, toście nam dopiekli, toście nas, odbiorców, zawstydzili i obnażyli." Tymczasem na spektaklu Nalepy nie zostało mi nic prócz nudy, ziewania i zażenowanego, pogardliwego uśmiechu. Żywa interpretacja? Dobre sobie. Sztampa i nic więcej, nic więcej... Mówię o drugiej części.

Na koniec do pani Joanny: ponoć jestem żałosny. Cóż - choć niepewny jestem swej wartości, jednakże nie mam serca, by oceniać się tak surowo. Mimo całego do Pani szacunku muszę zaprotestować. Pani wyrokuje: żałosny, ja zaś odnajduję w sobie dwa podstawowe grzechy: szczerze, według swojej, jakże płytkiej wrażliwości, zrelacjonowałem swoje wrażenia i ośmieliłem się wystąpić przeciwko Pani poglądom. Mea culpa, mea culpa... Ogłosić kogoś zbrodniarzem, podczas gdy jedyną zbrodnią obwinionego jest niezgodność poglądów z poglądami tego, który ogłasza... I cóż tu jest żałosne?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zdaje się, że największą zbrodnią przeze mnie popełnioną jest, według szanownych adwersarzy, krytyka scen rozbieranych w "Blaszanym bębenku" Nalepy. Rozumiem to doskonale: rzecz jest najłatwiejsza do efektownego wydrwienia, a droga na skróty skusiła swym przyjemnie szerokim torem już niejednego:) Niestety - drodzy komentatorzy zdają się nie zauważać przy tym, że moja recenzja to nie tylko prawowierne załamywanie rąk nad upadkiem obyczajów w Wybrzeżaku, że obejmuje nieco więcej, niż jeden, marny akapit. Redukcja jednego, wyselekcjonowanego dla swych polemcznych celów i dla dotkliwszego zmiażdżenia przeciwnika, argumentu do wielkiego, nabrzmiałego absurdu to jeden ze sztandarowych chwytów nieuczciwej, a w tym przypadku karykaturalnie nieuczciwej retoryki. Joanno - Pani niezwykle cięty komentarz świadczy o inteligencji, pięknej krytycznej złośliwości i doskonałym opanowaniu erystyki, ale już niekoniecznie o respektowaniu cywilizowanej, opartej na wzajemnym szacunku dyskusji o kulturze. Bardzo prosto jest sugestywnie opisać swoje rojenia o znaczeniach ukrytych w spektaklu i okrzyknąć przeciwnika ignorantem nierozumiejącym sensu sztuki, trudniej przychodzi podanie argumentów mających przekonać o słuszności swej racji. Erystyka to niestety sposób na ukrycie pustki swoich poglądów albo wstydliwe zasłonienie własnych niedoskonałości w polemicznym warsztacie. Schopenhauer byłby zadowolony z Pani sprawności, mniej jednak pochwaliłby zasadność takich chwytów:) I mówię to mimo całej sympatii, jaką wzbudziła we mnie Pani swym zacietrzewieniem:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziwne... Widzę, że krytykom krytyka nie brak argumentów. Po co więc te nieprzyjemne sugestie? Raz, jakoby wybrał się oglądać jedynie pośladki. Dwa, że ich pozazdrościł...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Byłam na przedstawieniu Blaszany bębenek dwukrotnie i sądzę, że autor recenzji nie rozumie ani Grassa ani Nalepy (reżysera). Powierzchowność oceny jedynie odnosząca się do aspektów wizualnych jest tu bardzo czytelna.
Sztuka jest kontrowersyjna, prowokuje do myślenia. Nie jest jedynie rozmemłaną, bladą ilustracją do książki, bo nie takie założenia powinny być brane pod uwagę reżysera.
Adam Nalepa postawił na przejaskrawienie społecznych zachowań. Wstrząsa, potrząsa nami prowokując do myślenia nie tylko o pośladkach (swoją drogą całkiem ładnych). Ta zupa, którą nas poczęstował, była o obrzydliwym paskudztwie siedzącym w nas. Była czymś, o czym Grass od lat stara nam się powiedzieć. O CZłOWIEKU W CZłOWIEKU. Mimo, iż autor jak mniemam recenzji ze swoim poglądem czuje się świetnie.
Paweł Tomaszewski - Oskar- jest po prostu aktorskim zjawiskiem. Nadaje roli taką naturalność, że staje się najprawdziwszym Oskarem. Ile wysiłku daje z siebie, ile pracy ... Pomimo wspaniałej obsady błyszczy na scenie jak diament.
Nagość...
A cóż Pana tak boli ta nagość?! Proszę nie wybierać się do Luwru, fuj - nagość!!!
żałosne...
Myślę, że trzeba by było docenić poświęcenie aktora dla Pana między innymi, który się na to zdecydował.
Może dla Pana było to fuj, ja nie widzę w tym nic nieestetycznego. Piękna sztuka, piękna rola, piękny aktor...czyżby zazdrość?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marcinie, powinienes zobaczyc "Baal'a", teatru im. Kochanowskiego z Opola. Tam dopiero masz nagosc! A przeciez od wiekow "nagosc jest sztuka"...

Rozmowa z tworcami "Baal'a"
link tml

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ha! Muszę przyznać, że było dla mnie dość przyjemnym doświadczeniem, gdy dwa lata temu, podczas mojego pierwszego studenckiego spektaklu w Wybrzeżu, dojrzałem - przyciskając okulary do nosa - kawał nagiego ciała. Myślę, że tamta moja satysfakcja wynikała z tego, że to było kobiece ciało. Oskarek niestety nie przypadł mi do gustu:) Wracając jednak: obejrzałem od tamtego, z nostalgią wspominanego momentu, wiele przedstawień Wybrzeża (jakimże jestem masochistą!) i może tylko w jednym (powtóżę: jednym!) spektaklu nie użyto na deskach gdańskich nagości jako bardzo taniego chwytu, mającego widza obłaskawić. Raz nawet - przyznać muszę - był to dość bezsensowny wtręt w bardzo udanym dziele (Matka Witkacego), ale w większości przypadków - chałowaty przypis do szmiry. Szczególnie celuje w rozbierankach pani Kalmus, której ciałko zna już chyba połowa Gdańska:) To, co za pierwszym razem było całkiem zachęcające, teraz jest rozpaczliwą próbą zaszokowania znudzonego widza. Cóż, tak to jest, jak się smakuje czegoś do przesytu:)

Niestety przyznać muszę, że wielce profesjonalni, przeszacowni krytycy z Dziennika Bałtyckiego doszli do zgoła odmiennych ode mnie wniosków, piejąc z zachwytu właśnie nad drugą częścią. Cóż - albo jestem wkręcany, albo to jakiś straszny Matrix:) Gdzież to można wyczytać, że Grass chce się chwalić taką adaptacją? Poczułem się trochę nieswojo...:) Może tłumaczenie dla Guntera nie uwzględniało słów "kurwa" i "jebać"? Może zasnął w połowie i nikt nie miał serca go budzić? Może to pomyłka? (jęknął błagalnie Marcin:) Zresztą - to prawdopodobne. Któż, znając reguły dyplomacji i taktu, miesza z błotem prezent urodzinowy i dawcę, który chciał uczcić solenizanta?:) pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Reklama
Copyright 2014 Wiadomosci24.pl

Witryna korzysta z plików cookies oraz informacji zapisywanych i odczytywanych z localStorage, aby dopasować interesujące treści oraz reklamy. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień przeglądarki, w szczególności w zakresie cookies, oznacza, że pliki będą umieszczane na urządzeniu końcowym. Możesz zmienić ustawienia przechowywania i dostępu do cookies i localStorage używając ustawień przeglądarki lub używanego urządzenia. Szczegóły w Polityce Prywatności.

Zamknij