Facebook Google+ Twitter

Urodziny FM4 - The Notwist, Sohn, The Hidden Cameras w Wiedniu

FM4 to fenomen - publiczne radio o dużym zasięgu (słuchają go też w Bawarii), które od lat kształtuje gusta alternatywnej publiczności w Austrii. 25 stycznia w Ottakringer Brauerei tłumy świetowały 16-lecie stacji.

 / Fot. partyRadio, które wynajmuje cały browar, żeby przeprowadzić w nim jednodniowy festiwal, z czterema salami, mnóstwem DJów i zespołów, lokalnych i międzynarodowych, i które wcale nietanie wejściówki na swoje urodziny wyprzedaje na długo przed wydarzeniem, to rzecz zdecydowanie godna pozazdroszczenia - pogłoski ze świata muzycznego Austrii mówią o zazdrości, którą czują nawet Niemcy(!). FM4 jest rozpoznawane w wielu europejskich krajach, wśród Austriaków słuchających szeroko pojętej alternatywy uznawane jest za wyrocznię, najlepszą trampolinę do kariery. Jest poza tym wielojęzyczne i stosunkowo elastyczne, co zapewne pozwoliło mu przetrwać taki kawał czasu na alternatywie wyłącznie.

Kiedy usłyszałam, że The Notwist wracają z nową płytą i że zagrają jeden z pierwszych koncertów w Wiedniu właśnie na tychże urodzinach, wydarzenie wskoczyło natychmiast na moją listę obowiązkową. Wydaje mi się, że lineup był raczej atrakcyjny dla lokalsów i dla tych, którzy ewentualnie pragnęli poznać coś nowego - inna sprawa, że nastawienie publiczności, której było zdecydowanie za dużo, mogło doprowadzić do pasji każdego, nawet najbardziej cierpliwego, słuchacza. Tak rozgadanej bandy, kompletnie niezainteresowanej muzyką, dawno nie widziałam. The Notwist i SOHN, którym zachwyciłam się po występie na AHOI! Pop w Linzu kilka miesięcy temu, byli najistotniejszymi punktami.

Przed nimi zobaczyłam The Hidden Cameras - muzyków z Kanady, którzy zagrali swój pierwszy europejski koncert w ramach trasy promującej świeży album. Straszliwie nagłośniony (koszmarnie nieselektywny, niewyraźny dźwięk) i pretensjonalnie nieciekawy występ, w którym zastosowane zostały wszystkie wyświechtane tricki z ostatnich lat - trochę niby folkowe, trochę taneczne, trochę zadziorne, trochę ze skrzypcami, no naprawdę ileż można pisać takie same melodie. I jak to się dzieje, że publiczność się nie obraża? No nic, życzę powodzenia w eksplorowaniu zdobytych lądów.

SOHN ściągnął tłumy, które niczym niezrażone przegadały cały występ - psując intymną atmosferę, nad którą wraz z resztą muzyków tak bardzo pracują, ograniczając liczbę wizualnych rozpraszaczy i chowając się w kapturze, często gdzieś z boku sceny. Nie wspominając już o dość cichej muzyce, jaką tworzy - soulowa elektronika z emocjonalnymi, neurotycznymi tekstami domaga się jednak większego skupienia, i która nie ma "pier***nięcia" zmuszającego do milczenia. Na balkonie browaru było trochę lepiej, tłum został gdzieś na dole i najbliższe otoczenie wydawało się trochę bardziej zainteresowane muzyką. A było znów fenomenalnie. To, że jego muzyka jest efektem pieczołowitej, ciężkiej, precyzyjnej pracy, jest doskonale słyszalne - dodać należy do tego nieuchwytną jakość, jaką udało mu się stworzyć, cząsteczkę wyróżniającą go na tle sceny, do której należy (porównania do Woona i Blake'a zdarzają się najczęściej). Rezultat jest taki, że przez godzinę nie sposób się otrząsnąć i oderwać, nacieszyć wszystkimi aspektami, efektami, instrumentami, eksperymentami z analogowym sprzętem i wreszcie cudownym, cudownym głosem. SOHN zakończył 23 stycznia pracę nad swoim albumem - w sensie zamknięcia miksów i masteringów, całej studyjnej kosmetyki. 4AD wyda więc jego debiut jakoś niebawem - a ja mam dla was zapis z rozmowy z artystą, który podobno niechętnie udziela wywiadów (i jest świetnym interlokutorem).

Wreszcie The Notwist - zespół, który jakimś cudem nigdy nie zagrał w Polsce, a który grywa dość regularnie nawet w Lublanie. Nasi sąsiedzi, Niemcy, co więcej, mieszkańcy urokliwej Bawarii, którzy od ponad dekady weszli w kanony alternatywy. Zdecydowanie nie jest to najbardziej rozpoznawalna grupa z nurtu elektroniczno-instrumentalnej alternatywy, ale dla niektórych ma status kultowej - i tu gdzieś klasyfikuję się sama, bo odkąd w 2002 roku, jako nieoświecona wciąż nastolatka, trafiłam na "Neon Golden" w kultowym "Trójkowym Ekspresie", wiele w moim życiu się zmieniło. I to nie był zbieg okoliczności, ale efekt tego spotkania. Od tamtej pory wydali jeszcze urocze, choć już inne, bardziej gitarowe "Devil, You and Me", a teraz już kwestią dni jest premiera następnego dzieła - obiecującej "Close to the Glass", którą wydać mają 25 lutego. Ich koncert w Wiedniu, moje pierwsze spotkanie z ich muzyką na żywo, był poruszający z powyższych względów, ale nie tylko: zagrali fantastycznie. Mieszanka nowych utworów (trzy pierwsze utwory i kilka wmieszanych w resztę występu), jeden z "Devil, You and Me" i cztery z "Neon Golden" - kombinacja, która musiała zadowolić nawet najbardziej konserwatywną publiczność, wielbiącą płytę z 2002 roku. Udało im się zmienić stare utwory, dodając im niesamowitej, kakofonicznej energii, eksperymentując, wybierając hałaśliwe outra i przejścia, trochę przypominające koncertowe popisy The National, przez co te dość gładkie kompozycje wpasowywały się w atmosferę nowych kawałków, bardziej gitarowych i rozpasanych. Zdarzało im się łączyć utwory w całość, nie przeszkadzając dziwnym manipulacjom żyć własnym życiem. Był w tym duch improwizacji, ogromnej świadomości własnej muzyki i umiejętności bardzo swobodnego poruszania się między estetyką wypracowaną w 25-letniej karierze. Totalnie wyjątkowi, co tu dużo gadać.

A potem mogłam jeszcze rzucić okiem na pandemonium kiełkujące w innych salach, gdzie nawet najsłabsza muzyka wydawała się działać, rozbite szklanki i błoto na podłodze w salach i takie tam typowe pourodzinowe obrazki. Czyli impreza była udana.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.