Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

10883 miejsce

Uroki podróżowania, czyli jak nie zabić własnego dziecka

Ostatnie dni czerwca spędzam na namiętnych i desperackich przygotowaniach do swojego pierwszego w życiu wyjazdu do Rumunii. Pośród innych kłopotów, do rangi pandemonium urósł problem choroby lokomocyjnej mojej córki.

Nasze kłopoty rozpoczęły się rok temu, w pewien niezwykle upalny, lipcowy dzień, gdzieś na trasie lotnisko – stacja kolejowa w Warszawie. Wycieńczeni lotem i spoceni jak pospolite szczury, wraz z mężem musieliśmy przemierzyć ponad dwa kilometry w stołecznym żarze, pokonując przeszkody w postacie krzaków, pyłu i piachu. Dodatkowo, mieliśmy na sobie około 40 kilogramów różnorakiego bagażu i spacerówkę z rocznym dzieckiem. A moje stopy odziane były do tego w nieszczęsne choć dosyć eleganckie szpilki.

Los, (choć tu lepiej pasuje określenie fatum) chciał, iż wylądowaliśmy (dosłownie i w przenośni) w apogeum wydarzenia, które później zwykłam nazywać „dniem, gdy Francuz zostawił na Okęciu motor, a wszyscy myśleli że to bomba”. Mimo, że wylądowaliśmy wtedy na innym terminalu, nie ominęły nas konsekwencje akcji antyterrorystycznej, gdyż ruch „na” i „wokół” lotniska został wstrzymany, przez co nie można było stamtąd wyjechać. Pasażerowie „Etiudy” mieli dwie opcje – czekać na wznowienie komunikacji lub wydostać się z terminalu o własnych nogach. Jako, że nikt nie był w stanie nam powiedzieć kiedy władze wznowią ruch, a temperatura zaczęła dochodzić do rekordowych pułapów (i wcale nie ze względu na nerwową atmosferę), większość nieszczęśników zaczęła posępnie maszerować w stronę centrum.

Oczywiście, po dotarciu do miejsca, w którym nareszcie działała komunikacja, dotychczasowi towarzysze w niedoli, przeistoczyli się jak za dotknięciem magicznej różdżki w obsesyjnych drapieżców, polujących na taksówki. Tu nie było litości – ludzie nagminnie podkradali zamówione przez kogoś innego pojazdy, a to przy użyciu podstępu („Pani taksówka stoi o tam, tam za rogiem”.), perswazji („Mi się naprawdę spieszy, zapomniałem swoich tabletek na serce, bez tego umrę”), przekupstwa („Panie szofer, ja panu dam więcej za kurs.) lub też pospolitej siły („Wy... mi stąd, buraku!). Jako, że nie posunęliśmy się do żadnej z wyżej opisanych metod, teren polowania opuściliśmy jako ostatni.

Taksówkowy koszmar

Wnętrze samochodu, pod względem panującej w nim temperatury, prezentowało się nie lepiej niż skwerek, na którym jeszcze przed chwilą rozpaczliwie machaliśmy na każdą taksówkę w promilu 200 metrów. Jedynym pocieszeniem był fakt, iż teraz przynajmniej robimy jakiś postęp w podróży. Poprosiłam kierowcę o dowóz do dworca głównego – stamtąd mieliśmy złapać pociąg do Białegostoku, mojego rodzinnego miasta. Właśnie robiliśmy pierwsze sto metrów, gdy nagle szoferowi zaświeciły się ogniki w oczach. Zrobił się momentalnie miły, wesoły i wręcz niepokojąco troskliwy. „Co u licha” – przemknęło mi przez myśl, jednak nie musiałam zastanawiać się długo. Kierowca właśnie przystąpił do cichej ofensywy, proponując nam „super promocyjną cenę” za zawiezienie nas prosto do Białegostoku. „No tak” – pomyślałam – „Przecież z mężem używamy między sobą angielskiego”.

Fenomen języka obcego w światku taksówkarskim jest mi bardzo dobrze znany. Już jako małe dziecko wiedziałam, że „mieć Angola w taksówce to fart” – tak twierdził mój dziadek, jeden z pierwszych taksówkarzy w Białymstoku. Kiedyś angielskojęzyczny pasażer oznaczał zamożnego turystę lub bogatego emigranta, który właśnie odwiedzał rodzinę. Taksiarze robili co mogli, by zbić trochę więcej przysłowiowej kasy na kursie – obwozili nieszczęśnika sztucznie wydłużonymi trasami, oferowali „zwiedzanie miasta zza szyby samochodu”, tudzież ustawiali ukradkiem nocną taryfę na liczniku. Biedny obcokrajowiec nie wiedział dokładnie co się dzieje, a jako że w dawnych czasach ceny polskich taksówek były śmieszne w porównaniu z mocą dolara, czy funta, zbytnio nie protestował. „Złoto nie klient” – mówili kiedyś kierowcy i zacierali ręce słysząc angielski na tylnym siedzeniu.

Nie miałam ochoty korzystać z „wyśmienitej oferty” naszego taksówkarza. Mój mąż, któremu tłumaczyłam całą konwersacje był także przeciwny pomysłowi. Jedynym entuzjastą podróży samochodem do Białegostoku był jej pomysłodawca. Wywlókł ze mnie informację, że właśnie przylecieliśmy z Danii, ale starałam się ostudzić jego zapędy podkreślając, że jesteśmy tylko studentami, a także zagrać na stereotypie „biednej Rumunii”, wspominając ”mimochodem”, że mój mąż właśnie stamtąd pochodzi. Nie działało – upór kierowcy nie znał granic. Kiedy ja wspominałam, że w samochodzie jest za gorąco, on na to że „otworzy się wszystkie okna i zaraz się ochłodzi". Gdy mówiłam, iż otwarte okna spowodują przeciąg i że przewieje mi córkę, on ripostował „że przecież ma czapeczkę na głowie”. Kiedy dodawałam przytomnie, że przecież nie ma tutaj fotelika do transportu dzieci, on przekonywał „że w taksówkach można wozić maluchy bez fotelików, a on będzie jechał bardzo ostrożnie”. Gdy opadałam już z sił, z koronnym argumentem „wyjechała” moja własna pociecha, zwracając na tylne siedzenie wszystko co zdążyła tego dnia skonsumować...

Od samego początku, gdy wsiedliśmy do taksówki, widziałam, że moja córka nie czuje się komfortowo. Marudziła, nie mogła znaleźć sobie miejsca na kolanach u taty, była niespokojna i drażliwa. Złożyłam to wszystko na karb niemiłosiernego upału, wszystkich „atrakcji”, jakie ostatnio przeżyliśmy i nieprzerwanej gadaniny taksówkarza. Niestety patrząc na fantazyjne „esy floresy”, które wyhaftowała moja córka na tylnym siedzeniu, zaczęłam podejrzewać, że przyczyną jej złego samopoczucia była choroba lokomocyjna. Kierowca, mimo lekkie konsternacji, zbagatelizował zdarzenie, nadmieniając coś „o woreczkach foliowych, których możemy użyć w trakcie podróży”, jednak zabójcza mina mojego męża zdawała się przekonać go do zaprzestania w końcu swojej uciążliwej agitacji. Przestraszeni dojechaliśmy nareszcie na dworzec, by z ulgą stwierdzić, że zaraz po wyjściu z samochodu nasze dziecko odzyskało swój naturalny wigor. Nie posiadamy auta, a mieszkając w Danii nie używamy też taksówek, więc problem choroby lokomocyjnej nas nie dotyczył. Dopiero będąc w Polsce doceniliśmy powagę sytuacji. Za każdym razem, gdy korzystaliśmy z samochodu, nasza córka jak na zawołanie robiła się blada i gotowa do kolejnych „popisów hafciarskich”. Dlatego też ten środek lokomocji ograniczyliśmy do minimum, a po powrocie do Danii zapomnieliśmy z czasem o koszmarnych przejściach z taksówek. Do czasu.

Choroba lokomocyjna tematem numer jeden
Podczas tegorocznych przygotowań do naszej rumuńskiej eskapady, temat choroby lokomocyjnej naszej córki, powoli wypływał na powierzchnię mętnego bajorka wszystkich problemów związanych z podróżą. W tym roku z lotniska w Bukareszcie ma odbierać nas teść, więc w planach „jak wół” widnieje dwugodzinna podróż samochodem. Poza tym, podczas wyjazdu planujemy sporo zwiedzać i na ten okres wypożyczyć auto - kłopoty wydają się więc nieuniknione.

Fantazja aptekarza i jej konsekwencje

Zaczęliśmy powoli rozglądać się za medykamentami, które mogłyby ulżyć w cierpieniach naszej córce. Problem jest jednak taki, że ma ona niespełna dwa latka, więc w konsekwencji, opcje dotyczące lekarstw jakich możemy używać, są bardzo ograniczone. Sprawę postanowiła przejąć moja własna rodzicielka, która, gdyby byłan urodzona w indiańskim plemieniu, nazwana by była z pewnością „tą, która wie wszystko najlepiej”. Mamie mogłam zaufać, gdyż mimo charakterystycznego dla „babci” uporu, jest nadal kobietą o zachowaniach racjonalnych i mogłam być pewna, że do sprawy podejdzie priorytetowo. Niedługo potem dostałam od mamy wiadomość na Gadu-Gadu, że zakupiła odpowiednie leki i wkrótce wyśle je w liście (zaraz po tym, jak poczta przestanie strajkować). Przy okazji dostałam całą litanię „ochów” i „achów” nad wspaniałością lekarstwa, które „w przeciwieństwie do Aviomarinu, nie ma efektów ubocznych, jest całkowicie naturalne i bezpieczne”. Uznałam, że gdyby Indianie mieli bierzmowanie, na drugie imię moja mama wzięłaby sobie „tą, co zawsze umie uratować sytuację”...

List przyszedł po kilku dniach, a w środku znajdował się cudowny lek i starannie wycięty kawałek opakowania ze wszystkimi niezbędnymi wskazówkami. Lekarstwo nazywa się „Lokomotiv”, sporządzone jest na bazie imbiru i zdaje się nie mieć żadnych wad. Poza jedną... można je stosować u dzieci powyżej szóstego roku życia! Doskoczyłam do komputera niczym tygrys i rozpoczęłam wydzwanianie za pomocą Skype do swojej rodzicielki. Pełna oburzenia, zaczęłam atakować jej wybór i towarzyszącą mu, w moim mniemaniu, beztroskę i lekceważenie. Spłoszona mama zaczęła się się bronić, tłumacząc, że ten lek poleciła jej... farmaceutka.
Mama opowiedziała mi, jak wybrała się do pobliskiej apteki i zdecydowała poradzić się sprzedającego, co można polecić na chorobę lokomocyjną małemu dziecku. Po chwili namysłu, aptekarka wyjęła z szafki sławetny „Lokomotiv” i zaczęła podobną - jak wcześniejsza mojej mamy - litanię zachwytów nad naturalnością i skutecznością leku. Na pytanie mojej mamy o dawkowanie, farmaceutka odrzekła, że tabletkę trzeba podzielić na trzy części (!) i jedną z nich zaaplikować dziecku. Rodzicielka, ufając sprzedawczyni, kupiła lek i przekonana o wzorowym wypełnieniu swojej „misji specjalnej”, wysłała medykament w liście.

W moim skromnym odczuciu – a jest to odczucie kompletnego ignoranta w kwestii farmacji – podczas podawania lekarstw należy trzymać się zaleceń producenta. Gdyby lek można było podawać mniejszym dzieciom, to zapewne stworzono by mniejsze racje leku. Żeby potwierdzić swoje przypuszczenia, „przegooglowałam” dokładnie „Lokomotiv” – wszędzie pojawiała się ta sama informacja, czyli ta, o dolnym limicie wieku „od 6 lat”. Wściekła bardziej na aptekarkę, niż moją nieszczęsną mamę, uznałam, że pora wziąć sprawy w swoje ręce. Tym razem do duńskiej apteki wybraliśmy się wszyscy. Sprzedające, ku mojej uldze, posługiwały się płynną angielszczyzną, więc z wyjaśnieniem sytuacji nie było problemu. Ja zajęłam się tłumaczeniem, mój mąż – trzymaniem w rękach dowodu rzeczowego numer jeden – naszej córki. Gdy w swoim monologu doszłam do wieku dziecka – „prawie dwa lata”, obie aptekarki spojrzały na siebie z lekką konsternacją. Poprosiły, bym dokładnie określiła wiek małej, co zrobiłam, odpowiadając, że ma obecnie rok, 11 miesięcy i 5 dni. Popatrzyły jeszcze raz na mnie, na dziecko, na mojego męża, na siebie, znów na dziecko i znów na siebie (przez moment czułam się jak na meczu ping–ponga). W końcu poszły na zaplecze i po krótkiej chwili przyniosły mi buteleczkę ze specyfikiem o nazwie „Phenergan”. Dowiedziałam się, że jest to nie tylko lek przeciw skutkom choroby lokomocyjnej, ale także o działaniu usypiającym i uspakajającym, więc powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na dozowanie leku wedle instrukcji. Oboje z mężem byliśmy wniebowzięci. Nasza córka to żywe srebro, nie jest w stanie usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż minutę (szczególnie w samolocie, o czym przekonaliśmy się rok wcześniej), więc ten lek wprost spadł nam z nieba. Mój małżonek – którego indiańska wersja imienia brzmiałaby zapewne „ten co zawsze mówi, że nie ma co panikować” - z lekką satysfakcją przyjął fakt, że poradziliśmy sobie z problemem lepiej niż jego teściowa.
Mina mu jednak zrzedła, gdy usiadł w domu do czytania ulotki załączonej do zawiesiny. Nie jest może specjalistą od duńskiego, ale to co zrozumiał, wprawiło go w lekki niepokój. Okazuje się, że lek ma masę przeciwwskazań i obciążony jest ryzykiem złego samopoczucia, odwodnienia, a nawet duszności. Oczywiście są to tzw. przypadki kliniczne, ale były one wystarczające do tego, byśmy zaczęli przyglądać się buteleczce z „Phenerganem” niczym śmiercionośnej bombie. Tknięta najgorszymi przeczuciami, znów zwróciłam się o pomoc do Google i kiedy otworzyłam pierwszy link dotyczący leku, poczułam jak odpływa ze mnie krew. Mianowice, w pierwszym zdaniu co do ograniczeń w stosowaniu, mieniło się demonicznie stwierdzenie: ”Phenergan should not be given to a child younger than 2 years old. Phenergan can cause severe breathing problems or death in a child younger than 2”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza, iż u dzieci młodszych niż 2 lata, lek może spowodować poważne problemy z oddychaniem oraz śmierć.

Moja wyobraźnia zaczęła podsuwać mi najgorsze obrazy – dantejskie sceny w samolocie: duszenie się mojego dziecka w przestworzach, żadnego lekarza na pokładzie, panikę, rozpacz... tu ukróciłam wodze swojej fantazji, gdyż finalne wizje mogłyby z powodzeniem przyprawić mnie o zawał serca. Z wściekłością zastanawiałam się, jak farmaceutki mogły sprzedać mi to lekarstwo. Zdaję sobie sprawę z tego, że tzw. granica wieku, jest rzeczą płynną i lek nie stanie się nagle całkowicie bezpieczny w dniu drugich urodzin mojej córki, lecz mimo wszystko wydaje się wysoce prawdopodobnie, że medykament jest absolutnie nieadekwatny do stadium rozwoju organizmu mojego dziecka. Nie rozumiem też, dlaczego nie poinformowano mnie o ryzyku, które jest przecież w tym wypadku czymś więcej, niż zawrót głowy czy wysypka. W życiu nie zdecydowałabym się na zakup tego leku, gdybym wiedziała o przeciwwskazaniach, nie podam też „Phenerganu” mojej córce w drodze powrotnej, nawet jeśli wtedy będzie już oficjalnie dwulatką. I jestem pewna, że żadne rodzic nie podjąłby podobnego ryzyka.

Zastanawiam się czasem, jak moje życie wyglądało przed „googlami”. Co by było, gdybym podała córce sprzedane przez zawodowych aptekarzy leki? Bardzo prawdopodobne, że nic, ale przecież skądś biorą się te „przypadki kliniczne”. Wygląda na to, że z chorobą lokomocyjną mojej córki będziemy musieli walczyć w tym roku metodami niekonwencjonalnymi. Gdybym była członkiem indiańskiego plemienia, zapewne usłuchałabym rad starszyzny, która na forum internetowym jesiennedzieciaczki.pl radzi, by w trakcie podróży podawać malcowi „po łyczku” wygazowanej coli. Ponoć działa na niektóre dzieci.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 28.05.2009 07:02

Mi również znajomy polecił plaster. Jeszcze nie wypróbowałam, ale na pewno to zrobię, bo z choroby lokomocyjnej nie udało mi się wyrosnąć. Mój syn też cierpiał bardzo z tego powodu, ale rzeczywiście wyrósł, chociaż wcale nie prędko. Ale był bardzo dzielny i mimo wszystko chciał podróżować. Gdybyśmy chcieli czekać, przyroślibyśmy do miejsca zamieszkania na amen ;)
Życzę Wam, aby i u Was wszystko dobrze poszło :)

Co do apteki i leków, jest tak jak opisujesz, trzeba być bardzo czujnym, a ulotki czytać w aptece, bo wyrzuca się pieniądze. Też mam na koncie takie chybione zakupy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ja na wyprobowanie polecam zaklejenie plastrem pępuszka .Nie wiem co prawda w jaki sposob to dziala ,ale mojemu bratankowi ,ktory "haftowal" od zawsze nawet na krotkich trasach, pomaga juz od roku.Synowi zaklejam tylko na dłuższą podroz tak na wszelki wypadek i problem z glowy. Moze córeńce tez pomoze (super by bylo) ,bo wtedy problem z lekami odpada .
Życzę udanych wakacji i wielu podrozy z córeczką.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Do Pana Józefa,

Szczerze przyznam, że nie wiem czy użycie "odziewać stopy" (czy też nogi) jest poprawne, wiem natomiast że spotkałam się z tym stwierdzeniem wiele razy, także w drukowanej prasie. Może dlatego wydało mi się naturalnym je użyć. Zaznaczam jednak, że rzeczywiście może to być błąd.

Widzi Pan, ja ze swojej choroby lokomocyjnej nie wyrosłam, mam do dzisiaj :) Dlatego naturalnym wydało mi się poszukać lekarstwa na tą dolegliwość. Tak, są większe choroby i nieszczęścia, no ale w sumie to można napisać pod każdym artykułem który nie odnosi się do głodu w Afryce, wojen czy kataklizmów.

Jak sam Pan przyznaje, (mimo że radzi mi Pan przeczekać), "Moim dawala zona taka gume do zucia specjalna, sprowadzalismy ja przez znajomych z bodaj Francji. " Skoro sprawili Państwo sobie tyle trudu by lek sprowadzić z Francji, to chyba Pan rozumie dlaczego ja także starałam się coś znaleźć, zamiast przeczekać.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Moja rada. jak i każdego farmaceuty , proszę czytać ulotkę zamieszczoną w każdym opakowaniu specfiku dorgeryyjnego lub farmaceutycznego.
Lekarz, ani sprzedawca nie ma obowiązku wszystkiego co w tej ulotce pisze tłumaczyć pacjentowi - matce pacjentki.
Zawsze czytam w aptece ulotkę, zanim wykupię lekarstwo. Zresztą, nienariszone lekarstwo można zwrócić do apteki, jeżeli dopiero w domu przczyyta się ulotkę.
Kiedy pediatra przepisał dziecku czopki przecigorączkowe. zapyytał mnie czy wiem jak się czopek wkłada? Zszokowana błam pytaniem. Jak można nie wiedzieć?
owszem, zrozpaczone matki dzwonią do niego w środku nocy ab zapytać dlaczego czopek tak cieżko się wkłada. ;))) Jak ma wejść , bo nie wchodzi ? to nie żart. to serio. Lekarz o 3 rano musiał tłumaczyć. Bywa! Na rysunku na ulotce nie pisało. Teraz już chyba jest i do czopków instrukcja obsługi.;))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Witam Panie Marku,

Zgadzam się z Panem całkowicie, jeżeli chodzi o tzw. obwarowywanie lekarstw wszelkimi możiwymi przeciwwskazaniami i ostrzeżeniami. I wiem, że wynika to bardziej z chęci zabezpieczenia się firmy farmaceutycznej niż z troski o klienta.

Co mnie jednak martwi, to fakt sprzedawania leków nieadekwatnych do wieku/stadium rozwoju organizmu. Bardzo często ludzie radzą się aptekarzy co kupić w przypadkach różnych dolegliwości - dlatego też moim zdaniem to nieprofesjonalne i nieodpowiedzialne, sprzedawać lek dla dziecka poniżej 2 lat, który według ulotki, przeznaczony jest dla dzieci powyżej lat 6 ("Lokomotiv")

W przypadku "Phernerganu", sytuacja w moim mniemaniu jest o tyle poważna, że nikt nas nie poinformował o możliwych skutkach zażycia lekarstwa. W aptece mówilismy po angielsku, farmaceutki mogły z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że nie będziemy w stanie zrozumiec nic z dołączonej ulotki. Jeżeli ktos mi już cos sprzedaje, to chciałabym wiedzieć o wszystkich "za" i "przeciw" użycia leku.

"Jedna tabletka dziennie - czytam na opakowaniu - i za podszeptem nie wiadomo czyim, pytam magistra farmacji: a jeśli by tak dwie? Jeśli się zje cały wszystkie na raz... to wtedy może.. coś się skomplikować. " Jasne, na upartego mozna nawet przedawkować witaminę C. Wszyscy też oglądamy filmy i słuchamy wiadomości w których ludzie odbierają sobie życie, za pomocą przedawkowania tabletek. Tu jednak nie chodziło o przedawkowanie, ale o standardowe użycie przepisanej w ulotce dawki, które mogło zakończyć się tragicznie, ze względu na wiek mojego dziecka. I to jest "niefajne", bo o tych mało prawdopodobnych, ale jakże tragicznych mozliwych skutkach, dowiaduje się nie od aptekarza i nawet nie z ulotki ale z internetu.

Traktuję sprawę dosyć poważnie, bo ja w odróżnieniu od Pana, nie spotkałam się jeszcze z lekami które w rubryce "niepożądane skutki" mają śmierć (zakładając odpowiednie dawkowanie). Pamiętam jak moja koleżanka na studiach cierpieła na poważne bóle głowy - dostała jakiś kosmiczny specyfik, który stosowany był głównie w przypadku ludzi starszych. Miał ulotkę długą na metr, i masę ostrzeżeń, między innymi halucynacje i duszności, ale nigdy nie pojawiło się słowo "śmierć". Dletego też, gdy zetknęłam się z tym ostrzeżeniem, biorąc pod uwagę wiek mojego dziecka, uznałam to za ważny przypadek. Co ciekawe, mój mąż był wczoraj w dwóch innych aptekach, w jednej powiedziano mu by dał małej "Phernergan", ale dawkę połowę mniejszą niż dla dwulatka, a w drugiej zdecydowanie odradzono mu użycie leku.

"Jeśli wasze dziecko źle znosi podróże autem, to po co robić na nim eksperymenty medyczne?" Nie mieliśmy zamiaru robic na naszej córce eksperymentów medycznych - czy naprawdę tak to zabrzmiało? Naszym zamiarem było kupno adekwatengo do wieku naszej córki leku. Jeżeli od początku bylibyśmy rzetelnie poinformowani, że takie lekarstwo nie istnieje, to zaprzestalibyśmy poszukiwań. To prawda, do Rumunii jedziemy na wakacje, ale przede wszystim do rodziny mojego męża, która jeszcze nigdy nie widziała mnie ani naszej córki. Pech chce, że mieszkają w różnych rejonach kraju, więc podróż samochodem wydaje się być nieunikniona. Jedyne co możemy zrobić to ograniczyć do minimum zwiedzanie dodatkowych atrakcji, oddalonych od miejsc zamieszkania krewnych męża.
Co też zrobimy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

nie wiem po co katowac dziecko samochodem. Wyrosnie z tego z czasem. Rok dwa mozna wytrzymac bez amochodu, sa wieksze choroby i nieszczescia. Moim dawala zona taka gume do zucia specjalna, sprowadzalismy ja przez znajomych z bodaj Francji.
a przy okazji,

" A moje stopy odziane były do tego w nieszczęsne choć dosyć eleganckie szpilki."

Czy aby, chyba nie odzieza sie odziewamy? a nogi , stopy obuwiem obuwamy? Szpilki to chyba obuwie ?

to tylko jeden przyklad.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 30.06.2008 00:44

Pomysłowość ludzi pragnących łatwego wzbogacenia z tytułu różnych odszkodowań zmusza producentów do informowania nabywców produktu o wszelakich jego właściwościach. I tak mamy ostrzeżenia aby nie połykać baterii i nie wkładać zwierząt do pralki.

Firmy farmaceutyczne są w szczególnie trudnej sytuacji bo osobnicze reakcje są nieprzewidywalne. Niejeden specyfik opatrzony jest uwagą o możliwości śmierci - co też ponoć przynosi ulgę.
Jedna tabletka dziennie - czytam na opakowaniu - i za podszeptem nie wiadomo czyim, pytam magistra farmacji: a jeśli by tak dwie? Jeśli się zje cały wszystkie na raz... to wtedy może.. coś się skomplikować.

Mnie dziwi jednak coś innego. Jeśli wasze dziecko źle znosi podróże autem, to po co robić na nim eksperymenty medyczne? Z tej podróży i tak nie zapamięta nic lub mało ( 2 lata?) Nie zarejestruje nawet zmiany kraju, klimatu, kultury. Poczekajcie aż podrośnie. Ile? Aż polubi automobilizm, i samo - bezwiednie - to zakomunikuje, lub będzie mogło być - bez żadnych niedomówień - klientem farmaceutycznych fantazji.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.