Facebook Google+ Twitter

Urugwaj w półfinale MŚ, czyli powrót futbolowego mocarstwa

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2010-07-06 10:01

Już nam prawie wmówili, że futbol to tylko biznes, a podczas mistrzostw świata jesteśmy świadkami pięknej i romantycznej historii. Do ścisłej czołówki powracają starzy mistrzowie - jedno z pierwszych futbolowych mocarstw, Urugwaj.

Wracają prowadzeni przez zakochanego w Che Guevarze trenera, dzięki poświęceniu
Luisa Suareza, wracają bo mają Diego Forlana. I już są lepsi niż ich odwieczny wróg
- Argentyna. A kto przed turniejem by obstawił, że zawodnicy Oscara Tabareza dalej
zajdą niż Messi i jego genialni koledzy?

Rywale od zawsze
Nawet Anglia nie mierzyła się tyle razy ze Szkocją, co Urugwaj z Argentyną. Te dwa
sąsiadujące kraje grały ze sobą już 182 razy. Oddziela je tylko rzeka (a właściwie
estuarium, czyli zlewisko) La Plata, której angielska nazwa River Plate dała imię
dwóm klubom po obu stronach akwenu - w Buenos Aires i Montevideo. Mecz między
Argentyną i Urugwajem rozegrany 16 maja 1901 roku (3:2) był pierwszym
międzynarodowym spotkaniem piłkarskim, które odbyło się poza Wyspami Brytyjskimi.

Zanim jeszcze powstała idea rozgrywania mistrzostw świata najważniejszym turniejem
piłkarskim były igrzyska olimpijskie. W pierwszych pięciu edycjach zespół Urugwaju
nie brał udziału. Igrzyska odbywały się w Europie, albo Stanach Zjednoczonych, a na
początku XX wieku nie każdą federację stać było na podróż przez ocean. Urugwajczycy
więc dalej grali mecze z Argentyną. Do 1916 roku i pierwszej edycji mistrzostw
Ameryki Południowej zdążyli zmierzyć się z sąsiadami zza La Platy aż 30 razy. I był
to ich jedyny przeciwnik! Gdy jednak na rozgrywanych - a jakże, w Argentynie -
mistrzostwach Ameryki Południowej przyszło im skonfrontować swoje umiejętności z
innymi krajami i wśród nich byli najlepsi. Rok później - na swoich boiskach -
trofeum obronili.

Urugwajczycy już wiedzieli, że są mocni. Dlatego zdecydowali się jednak wysłać swoją
reprezentację na igrzyska do Paryża w 1924 roku. Tam okazało się, że maleńki kraj
radzi sobie także z europejskimi rywalami. Zaczęli od rozgromienia 7:0 Jugosławii i
doszli aż do finału, gdzie nie dali nawet cienia szansy Szwajcarii, którą pokonali
3:0.

Europejska piłka wtedy bazowała jeszcze na rugby, od którego się wywodziła. Jeden
zawodnik brał piłkę i próbował się przedrzeć przez całą drużynę rywala. Reszta
biegła kilka metrów za nim. Urugwajczycy olśnili Europę grając zupełnie inny futbol.
Teren zdobywali krótkimi podaniami. To było coś zupełnie nowego. Jose Andrade -
prawoskrzydłowy - prawdopodobnie jeden z pierwszych czarnoskórych piłkarzy tamtej
epoki został nazwany "Czarnym Cudem". Prześcigano się w wymyślaniu kolejnych
epitetów nazywających styl gry Urugwaju.

Jedynymi, którzy nie byli w stanie zaakceptować dominacji Urugwaju byli sąsiedzi z
drugiej strony La Platy. Chociaż sami nie zakwalifikowali się do turnieju
olimpijskiego, wciąż żyli w przekonaniu, że potrafią lepiej grać w piłkę. Gdy więc
Urugwajczycy w glorii zwycięzców powrócili do Montevideo zaraz zostali wyzwani na
dwumecz. Argentyńska publiczność przywitała mistrzów olimpijskich kamieniami. Ci nie
pozostali dłużni i natychmiast zaczęli je odrzucać z powrotem w trybuny. Eskalacji
zamieszek zapobiegła interwencja policji, która... aresztowała kilku piłkarzy
Urugwaju, w tym Andrade.

Cztery lata później na igrzyska do Amsterdamu zakwalifikowały się oba kraje znad La
Platy. To musiało się skończyć finałem między sąsiadami. Mecz podobno chciało
zobaczyć aż 250 tysięcy ludzi, chociaż stadion olimpijski mieścił mniej niż 30
tysięcy. Nikt nie miał wątpliwości, że to będzie mecz wszech czasów. Żadna z drużyn
nie znalazła do tej pory innego pogromcy poza swoim sąsiadem.

Pierwszy mecz skończył się remisem 1:1, a dla Urugwaju gola zdobył Pedro Petrone,
zwany artylerzystą z powodu swoich umiejętności strzeleckich. Nie było wówczas ani
dogrywek, ani karnych, finał więc trzeba było trzy dni później powtórzyć. Tym razem
Urugwaj ograł Argentynę 2:1 i zdobył drugie z rzędu olimpijskie złoto. I zarazem
ostatnie. Od tamtego czasu Urugwajowi nie udało już się awansować na igrzyska.

FIFA postanowiła wtedy jednak, że już czas zorganizować mistrzostwa świata,
niezależnie od igrzysk. Szczególnie, że wielu piłkarzy było już wtedy zawodowcami, a
przecież olimpiady miały być amatorskie. Organizację pierwszych mistrzostw
postanowiono powierzyć krajowi, który całkowicie zdominował futbol - Urugwajowi.

Żadną niespodzianką nie było to, że w finale pierwszych MŚ spotkali się gospodarze i
Argentyna. Mecz zaczął się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Przybysze zza
La Platy nie chcieli grać piłką, którą przyszykowali gospodarze. Postanowiono więc,
że pierwsza połowa zostanie rozegrana "argentyńską" futbolówką, a druga
"urugwajską". Argentyńczycy schodzili na przerwę prowadząc 2:1, a 93 tysiące kibiców
na Estadio Cenentario w Montevideo zaczynało pokazywać pierwsze oznaki
zdenerwowania. Sędzią meczu był Belg John Lagenus. Na wypadek, gdyby swoimi
decyzjami rozwścieczył urugwajskich kibiców, w porcie czekała specjalnie dla niego
przygotowana łódka, którą miał się ewakuować na drugą stronę rzeki. Nie było to
jednak potrzebne, bo w drugiej połowie grający swoją piłką Urugwajczycy strzelili
trzy gole i to oni zostali pierwszym mistrzem świata.

W 1930 roku wiele europejskich drużyn nie zdecydowało się na blisko dwutygodniową
podróż statkiem do Montevideo. Gdy więc okazało się, że następne mistrzostwa odbędą
się we Włoszech urugwajska federacja zbojkotowała turniej na zasadzie rewanżu,
nawołując do tego samego pozostałe południowoamerykańskie kraje. Podobnie było w
1938 roku, ponieważ wbrew wcześniejszym ustaleniom, według których mistrzostwa miały
odbywać się naprzemiennie po obu stronach Atlantyku, zostały one zorganizowane we
Francji.

Urugwaj powrócił do walki o światowy prymat dopiero w pierwszych rozgrywanych po
wojnie mistrzostwach - w 1950 roku w Brazylii. Przez te 20 lat Brazylijczycy wyrośli
na prawdziwą potęgę na kontynencie amerykańskim. Już nie tylko Argentyna i Urugwaj
liczyły w rywalizacji, ale także oni. Jeszcze lepiej podawali, lepiej dryblowali,
byli szybsi.

Turniej rozgrywany był systemem grupowym. W decydującym meczu Brazylii wystarczał
remis z Urugwajem, by zostać mistrzem świata. Jak wiadomo remisu nie było. Urugwaj
wygrał 2:1 i tym samym zafundował Brazylijczykom wielką traumę. O rozegranym na
Maracanie w obecności blisko 200 tysięcy ludzi meczu powstały książki i prace
naukowe, trudno więc napisać cokolwiek nowego. O samobójstwach kibiców Brazylii
wszyscy wiedzą. O tym, że to po finale narodzili się Canarinhos też. Do tej pory
Brazylijczycy grali w białych koszulkach, ale po tym meczu uznano je za przeklęte i
zastąpiono żółtymi trykotami.

Alex Bellos w swojej fantastycznej książce "Futebol, The Brazilian Way of Life"
opisuje historię bramkarza Barbosy. To jego uczyniono kozłem ofiarnym porażki. Wszak
Alcides Gigghia zwycięską bramkę w 79. minucie zdobył strzałem w krótki róg, co
zawsze obciąża bramkarza. Po przepuszczeniu tego gola Barbosa nie miał życia w
Brazylii. Gdzie się nie pojawił był wytykany palcami i wyszydzany. Już nigdy nie
zagrał w reprezentacji. Przez 50 lat żaden czarnoskóry bramkarz nie był podstawowym
golkiperem Canarinhos. By zdjąć z siebie klątwę, Barbosa poszedł na Maracanę w 1963
roku, gdy ta była poddawana remontowi, wziął przeklęty słupek z przeklętej bramki i
spalił go, urządzając grilla dla grona przyjaciół. - Najwyższa kara w Brazylii to 30
lat więzienia. Ja już cierpię 50 za coś, czemu nie jestem winien - powiedział krótko
przed śmiercią w 2000 roku.

Sprawca jego nieszczęścia, Gigghia miał powiedzieć: - Tylko trzech ludzi na świecie
zdołało uciszyć Maracanę. Frank Sinatra, papież Jan Paweł II i ja.

Do legendy przeszło jeszcze jedno zdarzenie. Trener ówczesnej jedenastki Urugwaju
Juan Lopez miał na odprawie zarządzić przeciwko Brazylii defensywną taktykę. Bał się
pogromu i upokorzenia. Gdy wyszedł z szatni, wstał wówczas 33-letni kapitan -
Afro-Urugwajczyk Obdulio Varela i w sposób niezwykle emocjonalny przemówił. -
Juanito to dobry człowiek, ale tym razem się myli. Nie zagramy defensywnie, bo
podzielimy los Szwecji i Hiszpanii (przegrały z Brazylią 1:7 i 1:6 - red.) -
następnie zaczął opowiadać o trudnościach, jakie stoją na drodze do zwycięstwa, by
swój występ zakończyć słowami, które przeszły do legendy. - Chłopcy, słabi nie
grają. Niech się zacznie przedstawienie!

Gdy Brazylijczycy jako pierwsi zdobyli w drugiej połowie bramkę, to Varela wziął
piłkę, ustawił ją na środku boiska i krzyknął. - Teraz czas na zwycięstwo!

Ręka Boga
Nie wiadomo ile z tych opowieści to tak zwane miejskie legendy, a ile jest w nich
prawdy.
Pewne jest natomiast, że dzisiejszy zespół Urugwaju też ma fantastycznego lidera w
osobie Diego Forlana. Chyba nie ma drugiego zespołu na tych mistrzostwach, który
byłby tak uzależniony od swojego przywódcy i najlepszego piłkarza.

Forlan jednak nie musi negować decyzji Oscara Tabareza. Nie bez kozery ten lewicowy
intelektualista, który swoją córkę nazwał Tania (na cześć ostatniej towarzyszki
życia Che Guevary), ma w ojczyźnie pseudonim "El Maestro". - Jeżeli wygramy z Ghaną,
większe od naszej będą tylko dwie drużyny urugwajskie, które zdobywały tytuł
mistrzowski - mówił jeszcze przed ćwierćfinałem.

Nie do końca jest to prawdą, gdyż Urugwaj był w czwórce MŚ także w 1954 i 1970 roku.
Z trenerem nie zgadza się też Sebastian Abreu, którego celny strzał z rzutu karnego
zapewnił Urugwajczykom awans do półfinału. Pytany o mistrzowskie drużyny z 1930 i
1950 roku pokazuje palcem na logo rodzimej federacji, naszyte na dresie. -
Zapomniałeś o mistrzach z 1924 i 1928 roku - mówi wskazując kolejno pierwszą, a
następnie drugą z czterech gwiazdek znajdujących się nad herbem. - Pamiętaj, że
wtedy nawet FIFA uznawała mistrzostwo olimpijskie za mistrzostwo świata. Wszyscy ci
piłkarze u nas w Urugwaju mają status legend. To są nasi bohaterowie. Wychowaliśmy
się na nich. Nie śmiemy się do nich porównywać - dodaje z szacunkiem.

Jedno jest pewne - sukces wywalczony przez niego i jego kolegów jest najdłużej
wyczekiwanym. Już dziś w Urugwaju, najmniejszym kraju - z populacją ledwo
przekraczającą 3 miliony mieszkańców - jaki kiedykolwiek wygrał mistrzostwo świata
Luis Suarez traktowany jest niemalże jak święty. Chociaż ostatecznie Urugwaj nie
zagra w RPA z Argentyną, to i tak udało mu się utrzeć nosa sąsiadom z drugiej strony
La Platy. Nie tylko awansując dalej niż drużyna Diego Maradony. - Teraz "ręka Boga"
należy do mnie - powiedział po ćwierćfinale z Ghaną Suarez, który w ostatniej
minucie dogrywki niezgodnie z przepisami obronił strzał rywali, dzięki czemu jego
zespół zachował szansę na zwycięstwo. - I ta była prawdziwa - dodał.

Sports.pl
Czytaj więcej: Sports.pl

Zobacz także:
Holandia wciąż marzy o zlocie

Szansa dla rezerwowych Holandii

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.