Facebook Google+ Twitter

Uśmiech zażenowania Kapuścińskiego?

Na okładce książki „Kapuściński: nie ogarniam świata” Ryszard Kapuściński siedzi w charakterystyczny dla siebie sposób na krześle i uśmiecha się.

Ryszard Kapuściński. Fot. Akpa Nie wiadomo, kiedy powstało to zdjęcie, gdyż informacja - „proj. okładki Małgorzata Karkowska, fot. Opale/East News” - niewiele nam mówi.

To piękne zdjęcie, pisarz na nim patrzy w obiektyw nieśmiało, jakby był nawet zażenowany. Nikt chyba nie przypuszczał, że ta fotografia będzie towarzyszyć jego ostatecznemu pożegnaniu. Znam kilka osób, bardzo dla mnie ważnych, które nie mówiły o nim inaczej, jak Rysio. To czułe określenie oddawało nie tylko naturę przyjacielskich kontaktów, ale także stosunek Ryszarda Kapuścińskiego do ludzi. Chodził własnymi drogami, nie pytany mówił niewiele, ale widać było, że cały czas obserwował. I wiedział.

Miał chyba naturę kota, starał się zawsze być niezależny, chociaż czasy, w których żył i tworzył, to pragnienie autonomii ograniczały. Był znakomitym analitykiem współczesności, wiele o niej wiedział, lecz podejrzewam, że nie wszystko o niej powiedział.

W ostatnich jego wywiadach i rozmowach pojawiają się pesymistyczne wątki, chyba lekceważone przez rozmówców. Mędrcy przecież żyją długo, bardzo długo, chociaż nawet im nie jest dana wieczność. Wiedziano, że jest bardzo chory, że coraz częściej przebywa w szpitalu, którego nie znosił, pozbawiony swojej biblioteki i swojej intelektualnej samotni. Ale, jak zwykle, jego odejście wszystkich zaskoczyło. W końcu tyle razy w swoich reporterskich wędrówkach ocierał się o śmierć, że wydawał się nieśmiertelny. Afryka nie jest przecież miejscem, w którym Europejczyk może czuć się bezpiecznie. On spędził na tym kontynencie kilkanaście lat i obserwował zarówno niepodległościową euforię, jak i rozwój krwawych dyktatur, w które przekształcały się nowe państwa.

Nie lubił mówić o sobie, wiele informacji z jego życia z pewnością odkryją młodzi, bezwzględni dziennikarze. Ale z tego, co przed swoim odejściem powiedział różnym ludziom wynika, iż jego prognozy dotyczące naszego małego świata były pesymistyczne.
Adam Zagajewski w dyskusji miesięcznika „Znak” pięknie zatytułowanej „Duchowy atlas świata. Pożegnanie Ryszarda Kapuścińskiego” powiedział: „Jeden z moich przyjaciół widział ostatnio Ryszarda Kapuścińskiego. Powiedział potem, że Kapuściński jest przygnębiony. Mówi bowiem, że widzi na całym świecie zmierzch oświecenia. Bardzo mnie to zaintrygowało. Zastanawiałem się, co to znaczy i czy jest tak naprawdę”
Nieważne, czy zmarły pisarz miał rację. Znacznie istotniejsze jest to, iż wybitny intelektualista, świadom stanu swojego zdrowia, martwił się, w ostatnich miesiącach życia, o stan naszego świata.

Wyraźnie to wynika z fragmentu książki, której piękne zdjęcie na okładce tak mnie zaintrygowało: „Kapuściński: nie ogarniam świata” Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki (Świat Książki). Autorzy opisują w niej ostatnie spotkanie z pisarzem: „Jest koniec listopada 2006 roku. Jeden z nas spotyka się z panem Ryszardem. W zapadającej szybko szarówce długo spacerujemy po uliczkach Starego Miasta. Za chwilę będzie jeszcze jedno spotkanie – choć przecież nie ma czasu i siły. Wyraźnie utyka, wyraźnie boli go noga.

– Wie pan, boli mnie noga, ale w sumie jeszcze gorzej się z nią czuję, jak siedzę – więc nawet wolę trochę sobie pochodzić – mówi strapiony i jak zwykle zaczyna się martwić, czy starczy mu czasu. Teraz pisze książkę o Bronisławie Malinowskim, a ma taki pomysł, by opisać centra świata – takim centrum jest na przykład basen Pacyfiku. To zresztą jakoś składa się z jego projektem, który od kilku lat kontynuuje – powtórna podróż drogami świata, którymi szedł przed pięćdziesięciu laty. Jak to dzisiaj wygląda? Czy główne nurty przemian wszędzie wyglądają tak samo? No i jeszcze kilka innych pomysłów...
Ale jest coraz częściej zmęczony Polską. (...)

Ale jedyne, co mnie tak naprawdę męczy, to stan mediów w Polsce. Przechodzimy chorobę, którą Zachód przechodził bardzo dawno – zachłyśnięcia się sukcesem ekonomicznym budowanym na najprostszych emocjach, na najprostszych chwytach. Szybko, płytko, bez litości, bez namysłu. Podchodzi do mnie niedawno po spotkaniu młoda dziennikarka radiowa. „Czy mógłby pan coś powiedzieć dla słuchaczy naszego radia?” „Ale co? – pytam zaskoczony. A ona mi mówi: „Półtorej, dwie minuty”. „Coś” to dziś w mediach jest już tylko czas i płynący z niego wynik finansowy! Oczywiście odmówiłem. I właściwie cały czas odmawiam, bo widzę, że to nie jest dziennikarstwo, które bym chciał spotykać. Do tego pojawiła się jakaś ogromna grupa młodych dziennikarzy (bardzo często są to młode, atrakcyjne dziewczyny), którzy myślą, że tupetem, arogancją, bezwzględnością pytań, kompletną ahistorycznością poglądów, brakiem refleksji i wiadomościami ściąganymi z internetu zapewnią sobie karierę i nieśmiertelność. To właściwie inny zawód – to jest produkcja medialna. To okropne.”

Odszedł.
Zapamiętajmy jednak jego piękny, pełen życzliwości do świata, uśmiech.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 27.02.2007 13:05

Bardzo ciekawe. To pytanie od dziennikarki brzmi jak niezła anegdota, zapamiętam.:-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.