Facebook Google+ Twitter

Ustawa refundacyjna. Co ona tak naprawdę znaczy dla przeciętnego pacjenta

Tysiące pacjentów, narzekających dzisiaj na elity polityczne, które za nasze pieniądze usiłują dokonać oszczędności na najbiedniejszych, po wejściu w życie tej ustawy, całą frustrację skierują przede wszystkim przeciwko lekarzom. Dlaczego?

Leki / Fot. Marek ChorążewiczTo był majstersztyk w wykonaniu elit, bo pojedynczego winnego już nie ma. Nawet na ministra zdrowia wszystkiego zwalić się nie da. Kilkadziesiąt, a właściwie kilkaset osób przyłożyło do niej swoje paluszki (Sejm i Senat, rząd).

Czy zrobiono to świadomie?

Wszystko wskazuje na to, że nie. Nie wszyscy, bowiem, mieli pełną wiedzę na ten temat, za czym tak naprawdę głosują. Chociaż obowiązująca w prawie reguła, że nieznajomość "rzeczy" nie zwalnia od odpowiedzialności, w tym przypadku posłów i senatorów za przepuszczenie takiego bubla prawnego, który co najmniej w dwóch miejscach narusza ustawę zasadniczą (ingerencja w wolny rynek farmaceutyczny oraz naruszenie zasady równości w dostępie do usług zdrowotnych Art.68 ustęp 2).

To wszystko ma przełożenie na obniżenie jakości usług medycznych, a mniej zamożnym pogorszy się równość dostępu do tych usług, które finansowane są ze środków publicznych. Prywatni usługodawcy będą unikać jak ognia, podpisywania umów z NFZ w zakresie leków refundowanych. Chyba, że ten ostatni użyje szantażu negocjacyjnego w stylu: podpisujesz to, co proponujemy, albo nie podpisujemy umowy wcale...

Potencjalne pogorszenie się praw pacjentów - to jeden z głównych zarzutów wobec ustawy, wysuniętych przez prawników z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i złożonych pisemnie na ręce ministra Bartosza Arłukowicza.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

No cóż, Panie Marku. Przyszło nam żyć w oparach absurdu, bo jak inaczej można nazwać przytoczone tu przykłady, których jest zapewne więcej. Tragiczne jest to, że te absurdy generują absurdy kolejne i nawet sulpiryd, ani inny lek psychotropowy - przeliczany przez ilość jednostek tego problemu nie rozwiąże. Tymczasem mniej odpornym i bardziej wrażliwym medykom po prostu przestaje się chcieć pracować. I wcale im się nie dziwię. Moja przyjaciółka ( świetny lekarz pediatra) - mając czterdzieści kilka wiosen wprost marzy o przejściu na emeryturę.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za życzenia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Ewo, dzięki za ten "kwiatuszek" o USG tarczycy, ale to nie było przeoczenie, tylko brak miejsca w tak krótkim tekście. Proszę mi wierzyć, że takich jest niezliczona ilość w każdej dziedzinie medycyny.
Mnie, niektóre z nich, już nie śmieszą, tak spowszedniały... A tak naprawdę, to one są żałosne i tragiczne, a nie śmieszne...

Najgorsze jest to, że do tego wszystkiego my wszyscy przyzwyczajamy się, pacjenci i lekarze... Przyjmujemy krok po kroku najgorsze głupoty urzędnicze, po pewnym czasie traktując je za normalne.

A weźmy chociażby taki przykład.
Jakiś czas temu,w tym roku, ktoś z decydujących na wysokim stołku dopatrzył się, że lekarze piszą na receptach ze środkami psychotropowymi ilość sztuk tabletek, kapsułek czy saszetek (liczbowo i słownie). Tak było kilka lat.
Według tego mędrka ma być inaczej. Ilość substancji czynnej w jednej jednostce opakowania ma być pomnożona przez ilość jednostek. Początkowo myśleliśmy, że to jakiś żart, bo zdrowo myślącemu człowiekowi, do głowy by nie przyszło, aby wyliczać na przykład w fabrycznie pakowanym pudełeczku czy innym opakowaniu ile jest w nim tej substancji czynnej. Sądziliśmy, że to kretyńskie zarządzenie zostanie wycofane w ciągu kilku najbliższych dni.

Jak pani myśli ile to trwało?
Trwa nadal... Któryś tam miesiąc z kolei... Wyliczamy bezsensownie te ilości, a pacjenci się zastanawiali początkowo( teraz już wiedzą!), czy aby doktorowi nie zrobiło się gorzej...? Np. SULPIRYD, dosyć często stosowany lek psychotropowy (tani!) opakowanie 50 miligramowych tabletek w 24-sztukowym opakowaniu: 24 sztuki x 5o mg = 1200 mg i piszemy ręcznie tasiemce na receptach - jeden tysiąc dwieście miligramów, jeżeli pacjent bierze jedno opakowanie. Gdy bierze więcej, to dalej należy szczegółowo to policzyć i odpowiednio zapisać. W ORYGINALNYCH PUDEŁECZKACH, gdzie producent może zamieścić na opakowaniu, ale zaręczam, że dziesiątki lat tego nie było, bo widocznie nie było to niezbędne.
Skąd wygenerowała się taka potrzeba? Jest to słodka tajemnica urzędników.

TAKIMI MERYTORYCZNYMI SPRAWAMI ZAJMUJE SIĘ WSPÓŁCZESNY LEKARZ!!!

Pozdrawiam i naprawdę bardzo dużo zdrowia życzę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marto, myślę sobie, że od objaśniania i interpretacji przepisów są nie lekarze (zadaniem ich jest leczyć), ale urzędnicy. W praktyce (i tu się z Tobą zgadzam) - bywa różnie. I poprzecznie i podłużnie. Urzędnik NFZ doradził mi bym w sytuacji odmówienia mi porady lekarskiej (chodziło właśnie o endokrynologa na cito) - zażądała od niego odmowy na piśmie, następnie zaś udała się z tą odmową do łódzkiego oddziału NFZ w ramach skarg i zażaleń. Oczywiście w tym konkretnym przypadku z instrukcji urzędnika nie skorzystałam. Wiedziałam już, że w połowie roku do żadnego endokrynologa w ramach NFZ już się nie dostanę. Limit przyjęć został już wyczerpany. I straszno i śmieszno. Pozdrowionka!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Potrzebny artykuł, przedstawiający sytuację z punktu widzenia lekarza i w sposób zrozumiały dla pacjenta. Co prawda samo zrozumienie niewiele temu ostatniemu pomoże, ale przynajmniej złagodzi antagonizm, o którym piszesz, Marku. Sądzę, że przydałoby się więcej informacji o konkretnych sytuacjach, z jakimi spotyka się lekarz w codziennej praktyce, bo chorzy naprawdę czują się zagubieni, a od urzędników zdarza im się słyszeć zadziwiająco odmienne wersje dotyczące uprawnień i obowiązków medyków.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Po siedmiu miesiącach oczekiwania w kolejce do endokrynologa - 5 stycznia 2012 roku o godz. 8.00 mam się zameldować w poradni na ul. Wierzbowej. Podobno mam być pierwszą pacjentką tej poradni w r. 2012. Po przeczytaniu Pana tekstu, Panie Marku, po prostu odchodzi mi ochota na poddanie się leczeniu, bo np. może się okazać, że po receptę na leki, mającą być w/g nowej ustawy, wypisaną przez specjalistę endokrynologa (a nie przez l.p.k.) będę musiała znowu oczekiwać w kolejce przez następnych ileś tam miesięcy - oczywiście w ramach NFZ. A może właśnie o to chodzi by zniechęcić skutecznie ludzi do korzystania z opieki specjalistycznej w ramach NFZ? Jeśli tak to w tym szaleństwie jest jednak jakaś metoda na "zaoszczędzenie" środków w państwowym budżecie. Kosztem najuboższych oczywiście.
Acha! w Artykule nie wspomniał Pan, że lekarze pierwszego kontaktu nie mają także prawa wystawiać pacjentom skierowań na usg tarczycy w ramach NFZ. Ale za to mogą skierować chorego na prześwietlenie górnej części klatki piersiowej z gruczołem tarczycy włącznie. Informacja pewna bo ze źródła pochodzi.
Pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawy artykulik czytałem w Rzepie. Podnoszony był problem wszechobecnej kontroli pacjentów - czy są ubezpieczeni, oraz spychaniu tej kontroli przez pomysłodawców (NFZ) na bezpośrednich wykonawców - czyli lekarzy wraz z pełnymi konsekwencjami. O których piszesz.
A przecież wszelkie dane na temat ubezpieczonych są już w ZUS. Nie mogą się jakoś dogadać (ZUS z NFZ) ale mogą powielać działania kontrolne oraz wydatki, ku chwale .... A szczytem paranoi jest kontrola dzieci.
Mnie zastanawia cała sprawa kontroli. Niedawno przeglądałem broszurkę wydaną przez Gazet Prawną. I doszedłem do wniosku, że właściwie to każdemu należy się opieka zdrowotna. I gwarantuje to państwo. Kwestią jest jedynie płatnik: zakład pracy, ZUS, KRUS czy urząd pomocy społecznej. Poziom tej opieki nie jest zależny od płatnika składek. Czy wiadomo więc dlaczego podlega to wszystko absurdalnej kontroli, która pożera mnóstwo energii i środków?
To znaczy wiadomo - państwo rozwija się przecież dzięki temu, że rozrastają się urzędy. Dzięki nim żyjemy i funkcjonujemy. I wiemy dobrze, że gdyby nie one, to mielibyśmy ogromne problemy z osobowością i nie tylko.
Proponuję, Marku, stworzyć jeszcze jedną ustawę i przepchnąć w Sejmie i senacie. Jestem przekonany, że powołanie kolejnego organu, który będzie nadzorował, czy lekarze w sposób prawidłowy wydają recepty na leki nierefundowane. Bo tego mi brakuje. Nie czujesz niedosytu? Arłukowicz się ucieszy. Tusk również, szczególnie, gdy mu powiemy, że przybędzie dzięki temu 100 kilo autostrad.
Pamiętam jak ludzie stali po papier do "dupi" w kolejkach. Płakali i narzekali, że źle jest. Teraz czekają do lekarza, a aparatura się kurzy. Niektórzy proszą by ich dorżnąć, gdy osiągają wiek emerytalny a opieki i środków do życia nie ma. Polecam małe "morderstewko" - w więzieniu doczekamy końca w cichości i ciepełku, kibicując naszej drużynie narodowej czy podziwiając The voice of Poland.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.