Facebook Google+ Twitter

Vena Pepsi Music Festival 2008

Wygląda na to, że mamy przed sobą szalenie interesującą jesień koncertową. Udanym jej początkiem była czwarta edycja łódzkiej Veny - festiwalu, który w tym roku zasłużył sobie na miano międzynarodowego.

The International Noise Conspiracy / Fot. Natalia SkoczylasJeśli przyświecającą Venie ideą było konkurowanie z Coke Live, sponsor trafił w dziesiątkę i przebił krakowski odpowiednik. Jeśli był zabiegiem marketingowym, elementem promocji miasta – cel został, przynajmniej częściowo, osiągnięty. Alternatywna młodzież, która (przynajmniej teoretycznie) jest odbiorcą prezentowanej na Venie muzyki miała cztery dni nie tylko na dobrą zabawę, ale i poznanie skądinąd fascynującej Łodzi. To jednak tło – nas interesuje przede wszystkim muzyka.

Najbardziej interesujące koncerty odbyły się w piątkowy i sobotni wieczór. Cztery gwiazdy światowego formatu, cztery flashlighty imprezy, superliga: Happy Mondays, których występu w Polsce oczekiwano już od lat 80., legendarny zespół, mający na swoim koncie ubiegłoroczny udany powrót na scenę; The International Noise Conspiracy, zespół nawiązujący przede wszystkim do dorobku lat 60. i 70., nie tylko świetny muzycznie, ale i interesujący ze względu na teksty. Klaxons, grupa z ogromnym sukcesem na koncie, młoda, interesująca, świeża i bardzo u nas oczekiwana, a na deser alternatywnej uczty - Primal Scream, muzyczny kameleon, wydający niemalże bez wyjątku znakomite płyty już od dwudziestu lat.

Mój festiwal zaczął się w piątek wieczorem od występu The (International) Noise Conspiracy. Punktualnie o godzinie 20 Szwedzi wyszli na scenę, by przez nieco ponad godzinę skutecznie podgrzać atmosferę pośród niezbyt licznej publiczności. To był bardzo udany koncert. Było w nim coś libertyńskiego, wyzwolonego, co podkreślały muzyczne wycieczki w stronę hippisowskich lat dwudziestego wieku. Radość emanowała z prostych, rockandrollowych riffów, z banalnej i przyjemnej zarazem struktury utworów. Słychać w tym wszystkim dobre wzorce - taneczną lekkość The Who, punkowe zacięcie starych dobrych The Stooges. Sporne jest ich przynależenie do nurtu muzyki alternatywnej - to po prostu świetny, klasycznie rockowy zespół. Grali utwory ze wszystkich wydanych dotychczas płyt, ale dominowała wśród nich najnowsza "The cross of my falling", z której wybrali "Hiroshimę", "The Assassination of Myself" i "Child of God". Album ten wzbudza duże zainteresowanie ze względu na producenta - legendarnego Ricka Rubina. Brzmią naprawdę dobrze: świetnie zaaranżowane, energetyczne, interesujące. Wykonanie nie budziło zastrzeżeń: zgrane gitary, wyraźny bas, prosta perkusja i fantastycznie dopasowane zagrywki na klawiszach, prawdziwy rarytas. Efektu dopełniał strój muzyków - ubrani byli jak dandysi, w fioletowe spodnie i kamizelki, białe koszule i żaboty. Dennis Lyxzen śpiewał czysto i z energią, dawał z siebie wszystko na scenie - począwszy od dziesiątków akrobacji, poprzez zabawne, zwykle erotyczne, podteksty, skończywszy na zmysłowym tańcu wśród publiczności. Pot lał się na scenę strumieniami. Energia, energia, energia!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.