Facebook Google+ Twitter

Viva La Vida albo orientalna pomidorówka Coldplaya

Chris Martin i koledzy z zespołu Coldplay pod czujnym okiem nowego producenta Briana Eno postanowili na siłę spróbować czegoś innego. Skutek: fani będą zmieszani.

Nowa płyta od 16 czerwca w sklepach. / Fot. ColdplayByło wiadomo od dawna, że czwarty krążek brytyjskiego zespołu Coldplay, założonego w 1997 przez czwórkę znajomych ze studiów, będzie zdecydowanie różnił się od swoich poprzedników. Chris Martin zapowiadał, że piosenki na nowym albumie będą dojrzalsze, bardziej urozmaicone, a on sam zrezygnuje ze swojego słynnego falsetu na rzecz nieco niższych tonów. Współpraca z Brianem Eno, słynnym twórcą muzyki elektronicznej i ambient, miała kompletnie odmienić styl zespołu, dodać mu mroku, głębi a fanów utwierdzić w przekonaniu, że Coldplay w istocie jest jednym z najważniejszych zespołów naszych czasów. Kto zna twórczość Briana Eno, dobrze wie z czym musiała wiązać się współpraca z nim. Czy ktoś z zagorzałych fanów Coldplaya jednak w to uwierzył? Czy w ogóle można było uwierzyć, że Coldplay odstąpi od tego, za sprawą czego stał się sławny - że zrezygnuje z soft rocka na rzecz soft electro?

Viva La Vida (or Death and All His Friends) z pewnością jest powiewem świeżości w styl brytyjskiego zespołu. Na pewno za powiewem tym stoi Brian Eno, ale także determinacja Chrisa Martina, by udowodnić, że jego zespół jest zespołem wszechstronnym. Po przesłuchaniu płyty słuchacz pozostawiony z ambiwalentnymi uczuciami, będzie się zastanawiał czy był to zabieg słuszny.

Każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką zna styl brytyjskiego zespołu. Chris Martin skaczący wokół pianina, przyklejający się ustami do mikrofonu, wydający z siebie wysokie acz zadziwiająco czyste dźwięki, w tle zmysłowa gitara Johny'ego Bucklanda, basy Guya Berrymana i subtelna perkusja Willa Championa. Całość - kojąca rockowa klasyka.

Po pierwszym przesłuchaniu nowej płyty człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to, co właśnie usłyszał, to jego stary dobry Coldplay. I o ile po "pierwszym razie" z Viva La Vida, może to być kwestia mocno dyskusyjna, to po głębszym wsłuchaniu się w krążek, dojść można do wniosku, że zespół nic ze swej duszy nie stracił, mimo wysiłków swojego nowego producenta. To tak jakby Brian Eno na siłę wrzucał jakieś orientalne przyprawy do naszej pomidorówki, ale po spróbowaniu, nadal wyczuwalny byłby przede wszystkim smak naszych rodzimych, jędrnych pomidorów. Pozostaje tylko pytanie, czy orientalne przyprawy psują, czy poprawiają i urozmaicają naszą zupę?

Po kilkakrotnym przesłuchaniu płyty odpowiedź wydaje się jasna. Gdyby Brian Eno za bardzo w coldplayowej zupie nie namieszał, mielibyśmy najprawdopodobniej najlepszą, najbardziej dojrzałą i wszechstronną płytę brytyjskiej kapeli. A tak pozostaje ten okropny orientalno-afrykańsko-folkowo-syntezatorowy posmak.

Do utrzymanych w klasycznym stylu Coldplaya piosenek można zaliczyć mroczny, nieco trącący polskim Myslovitzem utwór Cemeteries of London, a także Lost! z genialnym popisem Johny'ego Bucklanda i chyba jednym z lepszych tekstów Martina, którego mocną stroną przecież teksty nigdy nie były, także ostrzejszy pierwszy singiel promujący płytę Violet Hill z mocno politycznym tekstem, będący w końcówce ukłonem w stronę co wrażliwszych fanów. Wyróżnia się również ukryty (nie wiadomo czemu) track chowający się za utworem Yes, Chinese Sleep Chant który jest miodem na uszy rockowych fanów zespołu.

Reszta płyty niestety zlewa się w jedną masę, której kształt nadały łapska Eno. W momencie, kiedy słychać bębny, bałałajki, folkowe trzaski przywodzące na myśl wczesne płyty Nelly Furtado i krzyki Chrisa, zainspirowanego prawdopodobnie jakimś filmem o pustyni, wiadomo, kto przyczynił się do tak bezczelnego naznaczenia utworu swoimi koncepcjami. Słuchając takich utworów jak Yes, 42, czy Viva La Vida można mieć wrażenie, że tak naprawdę zespół tworzy zmęczony i zrezygnowany z przekrzykiwania muzyki Chris oraz jakaś kapela z Peru czy innego Zimbabwe. W utworach tych Guy, Johny i Will próbują wybić się ponad arabskie skrzypki, czy latynoskie bębenki, co pewnie ku niezadowoleniu Briana Eno, całkiem nieźle im wychodzi i swoimi gitarami i perkusją ratują większość utworów.

Płytę otwiera Life in Technicolor, a zamyka ukryty po Death and all His Friends, The Escapist, oparte na jednym motywie melodycznym i niejako będące połączeniem koncepcji Eno i charakterystycznego melancholijno-arenowego stylu Coldplay znanego z poprzednich płyt. Oba utwory stanowią wspaniałą klamrę - idealny wstęp i podsumowanie płyty.

Wielka szkoda, że oprócz Violet Hill i może Lost! żaden z utworów nie może równać się potędze poprzednich wielkich hitów Coldplaya - In My Place, Clocks, czy Fix You. Wszystkie piosenki z Viva... zdają się być ścięte jakąś dziwną kosą do jednej, przeciętnej wysokości i trudno doszukać się tu jakichś perełek.

Nie ma wątpliwości, że Brytyjczycy rzucili się na głęboką wodę - chcieli koniecznie pokazać swoją twórczość z innej perspektywy, poeksperymentować. I kiedy właśnie zachłysnęli się tą przysłowiową wodą, tonąc mogli zrobić tylko jedno - chwycić się jedynej deski ratunku - swojego starego, znanego wypracowanego przez dekadę działalności stylu kojącej gitary, majestatycznego pianina i rockowej perkusji. Czy warto zastanawiać się, co by było, gdyby Brian Eno nie wrzucił ich do tej wody? Chyba nie, jedyne co należy teraz robić to modlić się, aby do następnej płyty Chris Martin i koledzy zdążyli wydorośleć z karkołomnych eksperymentów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

(+) bo ktoś się odważył powiedzieć "król jest nagi".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Mimo że pochwalam precyzje z jaką napisałeś tę dobrą recenzję nie mogę się zgodzić z Twoją opinią.
Płyta jest jak najbardziej "coldplayowa" i nie wnosi nic do dorobku tego zespołu. Brak tu wspomnianych innowacji. Wszystko jest "odgrzane", przez co aż nadto poprawne.

Komentarz został ukrytyrozwiń

super:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Podniosę rękawicę:) Napiszę swoją recenzję.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wzrok przyciąga zdjęcie - Viva la Vida i... Delacroix - "Wolność wiodąca lud na barykady", cóż za połączenie;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dawid, ja czytam już 3 niepochlebną recenzję, możesz napsiz swoją:) chętnie poczytam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

A mnie ta płyta bardzo się podoba i towarzyszy mi cały czas.

Komentarz został ukrytyrozwiń

b. ciekawa recenzja
plus

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.