Facebook Google+ Twitter

W cieniu Bartka

Młodość jest nastawiona przede wszystkim "na dziś", przyszłość to kolejne terminy spłat kredytu zaciągniętego na mieszkanie, zaś na przeszłość nie ma czasu. Ale to nie trwa długo.

Teraz historii uczą w szkołach inaczej, ale za moich czasów były to niekończące się słupki dat, wykazy bitew, spisy królów i listy działaczy walczących o jakąś sprawę. Z wykutymi na blachę datami ich narodzin i śmierci. Kiedyś podczas klasówki nauczycielka spytała mojego kolegę z wyraźną ironią: "Czyżbyś nie znał małżeństwa Wysłouchów?". Wtedy młodzian odparował, czym podpadł okrutnie: "Każdy ma swoich znajomych, pani psor".

W tle naszego marszu ku nowoczesności, mimo różnych zaklęć o wybieraniu przyszłości, wciąż trwa debata o przeszłości. Niedawna historia jednym kojarzy się z odkrywaniem prawdy, a inni widzą w niej spadkobierczynię inkwizycji, w której młodzi czekiści przypalają teczkami niewinne stopy i smarują smolistym błotem szlachetne twarze. Mam nadzieję, że praca historyków przynosi od czasu do czasu także radość. Na podstawie bowiem tego, co dociera do nas z mediów, ich zajęcie do przyjemnych nie należy. Twarz, którą pokazuje historia, zwłaszcza ta najnowsza, jest gębą pryszczatą, zezowatą, słabo uzębioną i napuchniętą.

Żyłabym w przekonaniu, że oglądanie się wstecz jest dziedziną niezbyt estetyczną, gdyby nie moja teściowa. Otóż przez ponad dwadzieścia lat swego życia teściowa mieszkała z rodzicami w Przyszowicach niedaleko Gierałtowic. Tam kilka tygodni temu odbyła się promocja książki "Gierałtowice w dawnej fotografii". Nie tylko zresztą Gierałtowice, bo i Chudów, i Paniówki, i Przyszowice właśnie. Mama została zaproszona na zorganizowane z tej okazji spotkanie dawnych i obecnych mieszkańców okolicy.

Pojechałyśmy obie. Zastanawiałam się po drodze, czy będzie ktoś poza nami. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy Lidia Pietrowska, dyrektorka biblioteki, powiedziała, że chętnych na wspominki było dwa razy tyle, co miejsc na sali. A miejsc była ponad setka! I wtedy w tym ścisku, przy kawie i kołoczu, ujrzałam piękną twarz przeszłości. Wokół pozdrawiali się ludzie, których łączyły pokolenia ich ojców i dziadków. Witali się serdecznie, pytali o szczegóły z życia dawnych koleżanek ze szkolnej ławy, wspominali zapach bułek z piekarni Pająka i smak kiełbasy od Stronka albo szynki od Kucjasów. Opowiadali z wypiekami na twarzy o nauczycielach i księżach, o sadzeniu lasu i sianokosach, o fyjderbalu po szkubkach i prymicjach obecnego ks. biskupa Stefana Cichego.

Wszystkie te wydarzenia i osoby, a także wiele innych, o których opowieść zajęłaby mnóstwo miejsca, zostały utrwalone na zdjęciach, pieczołowicie zebranych przez mieszkańców gminy i wydanych pod redakcją Roberta Ratajczaka. Z tych fotek patrzą na nas wojacy pruskiego cesarza, powstańcy Korfantego, żołnierze Rydza-Śmigłego, marynarze Kriegsmarine, piechurzy Andersa i milicjanci obywatelscy. Mundury różne, ale twarze swojskie, a wśród swoich więcej jest zrozumienia dla pokrętnych kolei losu, niż wykazują to badacze dokumentów.

Na spotkaniu byli też ludzie młodzi. Niektórzy przyszli z ciekawości, inni towarzyszyli cierpliwie tym, którzy poruszali się o lasce. Młodość jest nastawiona przede wszystkim "na dziś", przyszłość to kolejne terminy spłat kredytu zaciągniętego na mieszkanie, zaś na przeszłość nie ma czasu. Ale to nie trwa długo. Już kilka lat po maturze pojawiają się pierwsze sygnały zmian. Ktoś zadzwoni, że trzeba by się spotkać, ktoś napisze maila, pytając, co słychać, ktoś pozdrowi na ulicy i przypomni zabawną historyjkę sprzed lat. To wciąga i zazwyczaj kończy się spotkaniem wypełnionym wspominkami. Z czasem odkrywamy też urok rodzinnych spotkań, które jeszcze niedawno zdawały się być torturą wymyśloną przez okrutnych starców, którzy zanudzają opowieściami "jak to drzewiej bywało". I którzy nic a nic nie rozumieją z dzisiejszego świata.

Ale pewnego razu, podczas Abrahama kuzyna czy złotych godów wujostwa, z których nie udało się wymówić, odkrywamy, że wuj nudziarz brzmi nieoczekiwanie świeżo w porównaniu z codziennym narzekaniem biurowych kolegów, że kuzyn safanduła objechał rowerem Europę, a tylko ciocia Krysia przechowuje przez pół wieku fotografie małego Andrzejka... Nie mieszkamy w tej samej gminie, ba, na jubileusz przybyli krewni i powinowaci z różnych kontynentów. Ale odkrycie, że jest nas tylu i nie wzięliśmy się znikąd w tym oszalałym świecie, można porównać do znalezienia w upalne lato ogromnego dębu. Takiego Bartka, drzewa, którego mocne korzenie żywią rozległą koronę. Jak przyjemnie w gorący czas odetchnąć w jej cieniu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.