Facebook Google+ Twitter

W cieniu finału Ligi Mistrzów: Barcelona anatomia upadku giganta

W sobotę 25 maja czeka nas decydujące starcie o Puchar Europy. Na drodze do finału Bayern i Borussia zmasakrowały dwóch, hiszpańskich gigantów. Zamiast przewidywać wynik ostatecznego boju, pochylam się na zgliszczami potęgi Barcelony.

 / Fot. z sieciGdybym chciał być wredny i puszyć się trafnością moich wcześniejszych przewidywań, mógłbym po prostu napisać: a nie mówiłem. W swojej naturze zdeklarowanego optymisty, daleki jednak jestem od bycia wrednym. Poza tym to co wydarzyło się w półfinałach tegorocznej edycji Ligi Mistrzów, wymaga głębszego komentarza, niż tylko proste: a nie mówiłem.

Obserwując zmagania czterech wiodących zespołów z dwóch, czołowych lig europejskich, kibice mogli zobaczyć kwintesencje klubowego futbolu na najwyższym poziomie. Nie obeszło się bez wielkich emocji, wspaniałych bramek, epokowych dokonań, spektakularnych zwycięstw i równie spektakularnych klęsk. W rezultacie mogliśmy doświadczyć ogromnego sukcesu niemieckiej piłki oraz bolesnego upadku potęgi Barcelony Guardioli i Vilanovy. Z racji ogromnego wydźwięku medialnego jaki miało to ostatnie wydarzenie, skupię się raczej na analizie jego przyczyn niż na próbie przewidzenia wyniku sobotniego finału.Dlaczego?

Obaj finaliści z racji odwiecznej rywalizacji na krajowych boiskach, znają się niczym przysłowiowe łyse konie. W ostatnich dwóch latach całkowitą dominację w bezpośrednich starciach, nieoczekiwanie osiągnęła Borussia Dortmund. W tym sezonie na czoło ponownie wysunął się Bayern. Bawarczyków można by zatem postawić w roli faworyta i „na papierze” rzeczywiście dysponują oni znacznie szerszym składem oraz teoretycznie lepszymi zawodnikami. Z drugiej strony trenerzy obu drużyn, nawet zbudzeni w środku nocy, mogą wyrecytować, spodziewany skład przeciwnika. To z kolei w znacznym stopniu ogranicza, jeżeli w ogóle nie wyklucza element zaskoczenia. Biorąc to wszystko pod uwagę o wyniku rywalizacji zdecyduje najprawdopodobniej „forma dnia”, a przewidzenie rezultatu jest niczym wróżenie z fusów. Ja natomiast otwarcie kibicując Dortmundczykom, nie tylko z racji dokonań trzech Polaków, ale także stylu gry zespołu Jurgena Kloppa, nie zamierzam bawić się we wróżkę. Wykorzystując półfinały Ligi Mistrzów jako pretekst, postaram się natomiast naszkicować moją, subiektywną anatomię upadku wielkiej Barcelony.

Kiedy w 2008 roku Josep Guardiola objął posadę trenera pierwszego zespołu Barcelony, cały piłkarski świat miał ujrzeć niesamowitą drużynę, grającą na niedoścignionym poziomie. Czterokrotny triumf w Primera Division, dwukrotne zdobycie Pucharu Europy oraz ogromne sukcesy reprezentacji Hiszpanii, sprawiły że katalońską tiki-takę powszechnie uznano za niedościgły wzorzec nowoczesnego futbolu. Niektórzy kibice i eksperci nazwali wręcz Barcelonę najlepszą drużynę piłkarską w dziejach, a jej styl uznali za absolutne i niepodważalne piękno futbolu. Wszystko co choćby trochę odbiegało od tego wyidealizowanego wzorca, zaczęto nagle określać mianem anty futbolu Z kolei drużyny prezentujący podobną filozofię gry, miały czerpać swoje pomysły wprost z tego mitycznego źródła sportowego ideału o nazwie tiki-taka.

Z czasem ku mojemu wielkiemu zdumieniu, a zarazem rozbawieniu, nawet takie kluby jak choćby Arsenal Londyn otrzymały „łatkę” naśladowców wielkiej Barcelony. Popularni Kanonierzy, będąc w optymalnej dyspozycji rzeczywiście grają piłkę opartą na wymianie wielu podań, koronkowych akcjach kombinacyjnych oraz wysokim pressingu. Wystarczy jednak poświecić trochę czasu na analizę tego stylu, aby przekonać się, że pomimo kilku punktów stycznych, jest on diametralnie różny od katalońskiej „wyszywanki”. Poza tym, czego piewcy tiki-taki, zdają się celowo nie zauważać Arsene Wenger zaszczepił swoją filozofię w Arsenalu, wiele lat przed pojawieniem się na scenie Guardioli-trenera.

Kiedy z kolei w 2010 roku Inter Mediolan, prowadzony wówczas przez Jose Mourinho, miał czelność zatrzymać, a następnie pokonać Barcelonę, na słynnego Portugalczyka zewsząd poleciały gromy. Otwarcie oskarżano go o umyślne zabicie piękna futbolu w celu sięgnięcia po zwycięstwo za wszelką cenę. Pośród powszechnego, medialnego lamentu spowodowanego niemożliwością dłuższego podziwiania Dumy Katalonii, nikt nie chciał, przyznać że zawodnicy Interu bezlitośnie obnażyli i wykorzystali wszystkie wady sytemu Guardioli.

Postawiona przed skomasowaną, szczelną, konsekwentną defensywą Barcelona najzwyczajniej w świecie nie potrafiła jej rozerwać. Jednocześnie ciągle odbijając się od tej samej ściany nie próbowała poszukać żadnego, nietypowego dla siebie rozwiązania. Stale usiłowano „rozklepać” szyki rywala, kiedy najbardziej oczywistym rozwiązaniem byłby choćby strzał z dystansu. Z kolei akcje oskrzydlające, pomimo niezaprzeczalnej finezji i wirtuozerii technicznej wykonawców, załamywały się w starciu z silnymi, wysokimi obrońcami.

W kojonym sezonie Barcelona ponownie zdołała zdominować, zarówno zmagania w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Powszechne uwielbienie i ogromna sportowa sława, sprawiły, że porażkę z Interem zrzucono na barki mało efektownej taktyki o potocznej nazwie „autobus w bramce”. Kolejne sukcesy Dumy Katalonii poszerzały tylko grono bezrefleksyjnych miłośników tiki-taki. Najgorsze było jednak to, że upojenie niemal bezustannymi zwycięstwami wdarło się w jedno miejsce do, którego nigdy nie powinno mieć dostępu - do świadomości działaczy, trenerów oraz piłkarzy Blaugrany. Skoro wszyscy wokoło ciągle wychwalali niedościgniony, piękny i jakoby pozbawiony wad sposób gry, oni także wreszcie w to uwierzyli.

Oczywiście, zarówno w sporcie indywidualnym, jak i drużynowym wiara we własne umiejętności oraz duża pewność siebie, odrywają ogromną rolę. Te bardzo istotne cechy nigdy nie powinny odebrać zawodowemu sportowcowi chęci do ciągłego doskonalenia własnych umiejętności. Nawet jeżeli znajdziemy się na szczycie zawsze pozostaje świadomość, że rywale zrobią wszystko, aby nas doścignąć i wyprzedzić. Spoczywanie na laurach, zwłaszcza w szeroko pojętej sferze mentalnej, jest najprostszą drogą do bolesnego upadku. Zapominając o doskonaleniu nie tylko umiejętności poszczególnych zawodników, ale także taktyki drużyny, stajemy w miejscu lub zaczynamy się wręcz cofać. Przeciwnik z którym stajemy w szranki, niezależnie od swej klasy, doskonale zna nasze mocne i słabe strony - rodzi się tylko pytanie, czy będzie potrafił tę wiedzę wykorzystać?

Moim zdaniem przez dwa ostatnie sezony taka sytuacja miała miejsce w Barcelonie. Ukontentowani, rozdmuchaną w mediach, pozycją europejskiego potentata, buńczucznie nazywani drużyną wszechczasów, piłkarze, działacze oraz trenerzy Dumy Katalonii zapomnieli, że konkurencja nie śpi. W sezonie 2011/12 Blaugrana otrzymała kilka poważnych ostrzeżeń, dobitnie świadczących o tym, że tiki-taka prowadzona w bardzo przeciętnym tempie, jest transparentna niczym otwarta książka. W widoczny sposób zmniejszyła się skuteczność i nieprzewidywalność budowanych akcji. Na horyzoncie nie można było jednak dostrzec modyfikacji, mających na celu zwiększenie elastyczności ataku pozycyjnego, (choćby większa ilość uderzeń z dystansu, przynajmniej jeden wysoki na napastnik zdolny powalczyć w powietrzu) ale wierni fani oraz eksperci nadal wyśpiewali peany na część niezwyciężonej Barcelony. Efekt?

Duma Katalonii „uratowała” sezon sięgając po Puchar Króla. W lidze dzielił i rządził Real pod batutą Jose Mourinho. Królewscy dodatkowo dorzucili Superpuchar Hiszpanii. W Lidze Mistrzów Messi i spółka doznali upokarzającej klęski w starciu z Chelsea. Po tym półfinale znowu powtarzały się oskarżenia o stosowanie przez londyńczyków anty futbolu, ale w zestawieniu z przebiegiem meczu rewanżowego, nabierały one iście prześmiewczego wydźwięku. W przerwie pojedynku na Camp Nou Barcelona prowadziła 2:0, miała awans w kieszeni, a w dodatku dziesięciu rywali po idiotycznym faulu Johna Terryego. Zakładam, że wynik końcowy wszyscy kibice Dumy Katalonii pamiętają do dziś.

Po sezonie „wypalony” Jose Guardiola, opuścił nieco pokiereszowany okręt, który wcale nie zamierzał modyfikować obranego kursu. Początek nowych zmagań przyniósł fanom uspokojenie. Zespół kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa i w obliczu nierównej formy Realu oraz słabości pozostałych rywali, błyskawicznie zbudował przewagę, która praktycznie gwarantowała mistrzostwo kraju. W fazie grupowej Ligi Mistrzów drużyna także wygrywała, choć były to na ogół zwycięstwa „uratowane” w samej końcówce spotkań. Jednocześnie jednak Duma Katalonii otrzymała bardzo poważny sygnał alarmowy. W starciu z Celtami z Glasgow nastąpiła niespodziewana, ale i wielce pouczająca porażka. Szkoci pozbawieni finezji i wirtuozerii technicznej swych wielkich przeciwników, posiadali ambicję, siłę, żelazną dyscyplinę taktyczną oraz znakomite rozpracowanie rywala. Celowo oddali Barcelonie pole, zamykając środek boiska i wpuszczając Katalończyków do bocznych korytarzy. Tam przy dużym zagęszczeniu odbierali im piłkę, a jeśli już nawet dopuszczali do dośrodkowań to ewentualne zagrożenie niwelowali wysocy i silni obrońcy. Końcowy wynik 2:1 dla gospodarzy oraz 85% czasu przy piłce dla gości, były aż nadto wymowne.

Z racji awansu Barcelony z pierwszego miejsca w grupie wyjazdowa porażka z Celtami przeszła bez echa. Niemniej jednak już w 1/8 finału z Milanem syrena alarmowa dosłownie zawyła ponownie. Na San Siro całkowicie bezbarwna Duma Katalonii zasłużenie poległa 2:0. Tym razem dzięki przebłyskowi geniuszu Messiego oraz słabiutkiej postawie Włochów w rewanżu udało się uniknąć katastrofy. Kibice oraz eksperci po raz kolejny mieli okazję bezkrytycznie wychwalać wspaniałość niezwyciężonej Barcelony. Wszem i wobec podkreślano, że nie ma w Europie drugiego zespołu, zdolnego podnieść się po takiej porażce w pierwszym meczu. Tymczasem wszyscy, którzy mieli odwagę obiektywnie spojrzeć prawdzie w oczy musieli zauważyć, że kataloński gigant „jedzie już na oparach”.

Ćwierćfinałowy dwumecz z PSG tylko potwierdził te przypuszczenia. Barcelona zwyciężyła, ale zarówno styl, jak i jakość gry podopiecznych Vilanovy pozostawiały wiele do życzenia. W rewanżu na Camp Nou kibice miejscowych musieli z niemałym zdumieniem patrzeć, jak ich ukochana drużyna, pozbawiona swej największej gwiazdy, daje się niemal całkowicie zdominować przyjezdnym. Kolejne ataki Paryżan były coraz groźniejsze, aż wreszcie w drugiej połowie, udało im się objąć prowadzenie. Kiedy widmo klęski zajrzało Dumie Katalonii głęboko w oczy, Vilanova sięgnął po swojego asa atutowego. Kulejący Messi pojawił się na boisku i pomimo że zagrał co najwyżej przeciętnie, magia znów zadziałała. Drużyna zasilana nie w pełni zdrowym talizmanem, wykrzesała z siebie resztkę sił i doprowadziła do zwycięskiego remisu. Jednocześnie jednak trzeba zauważyć, że Paryżanie wyraźnie przestraszyli się koszulki z numerem 10 w barwach Blaugrany.

Przed półfinałem z Bayernem Monachium, który z wyjątkiem nielicznych „wypadków przy pracy” dosłownie miażdżył kolejnych rywali na wszystkich frontach, nasuwało się pytanie czy piłkarze Dumy Katalonii będą w stanie wznieść się na wyżyny swych umiejętności. Przed pierwszym meczem nawet w polskich mediach sportowych, na ogół przesiąkniętych bałwochwalczym wręcz uwielbieniem dla Barcelony pojawiły się nieliczne głosy ekspertów, jasno stwierdzające, że to Bawarczycy są faworytem tej rywalizacji. Wszyscy spodziewali się zaciętej walki, z lekkim wskazaniem w jedną bądź drugą stronę, ale chyba nikt nie zakładał, że półfinałowe zmagania potoczą się w taki sposób.

23 kwietnia w Monachium Barcelona po prostu nie istniała. Bayern nie tylko zdominował, a następnie unicestwił swych rywali pod względem umiejętności czysto piłkarskich, ale także w sferach fizycznej, mentalnej i wolicjonalnej. Dodatkowo nieumiejętność podjęcia odważnych decyzji oraz całkowita bierność w obliczu powiększających się z minuty na minutę rozmiarów katastrofy, dobitnie pokazały, że Tito Vilanova nie dorósł jeszcze do samodzielnego prowadzenia wielkiego zespołu. Pierwszym poważnym błędem było wystawienie Leo Messiego od pierwszego gwizdka starcia w stolicy Bawarii. Oczywiście nie wiemy dokładnie jaki był stan zdrowia znakomitego Argentyńczyka, ale przebieg meczu unaocznił wszystkim, że kontuzja odniesiona w pojedynku z Paryżanami, najwyraźniej nie była do końca wyleczona. Gwiazdor Barcelony, pomimo najszczerszych chęci nie tylko nie mógł pokazać pełni swoich możliwości, ale nawet nie był w stanie odpowiednio poruszać się po murawie. Efekt?

Barcelona musiała stanąć do walki z wymagającym przeciwnikiem, praktycznie grając w dziesiątkę. Tego wieczoru na skutek znakomitej gry Bawarczyków, ale przede wszystkim stanu zdrowia Messi był jedynie koszulką, niemrawo poruszającą się po murawie. W odróżnieniu od rewanżowego starcia z PSG, tym razem sama magia nazwiska, nie ośmieliła rywali. Jednocześnie nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że ta sama magia, przeszkodziła szkoleniowcowi Blaugrany w zdjęciu jego niedysponowanej gwiazdy z boiska. Zresztą Vilanova zachowywał się tak, jakby zupełnie zapomniał, że ma do dyspozycji trzy zmiany. Przez niemal cały mecz stał przy linii bocznej niczym słup soli, biernie patrząc jak jego drużyna dosłownie rozsypuje się pod naporem przeciwnika. Pierwszą i zarazem jedyną rotację w składzie przeprowadził dopiero w 82’ minucie.

Pomijając oczywiste niedociągnięcia ze strony sztabu szkoleniowego, Barcelona ustępowała Monachijczykom niemal w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Na tle wyśmienicie przygotowanych przecinków, w całej krasie objawiała się zdumiewająca wręcz słabość fizyczna poszczególnych graczy Dumy Katalonii. Bawarczycy nie tylko byli znacznie silniejsi, ale także poruszali się po boisku z większą szybkością i zdecydowaniem. Niemal wszystkie ofensywne poczynania gości były skazane na niepowodzenie, nie tyle z powodu rażącej transparentności stylu nowych mistrzów Hiszpanii, co z nader prozaicznego niedoboru siły przebicia. W bezpośrednich starciach zawodnicy Barcelony po prostu odbijali się niczym od ściany i najczęściej bezradnie lądowali na murawie. Tym razem, w odróżnieniu od wielu spotkań w Primera Division, sędziowie nie sięgali po gwizdek przy najmniejszym, możliwym dotknięciu.

Jakby tego było mało cały piłkarski świat mógł podziwiać dziurawą jak ser szwajcarski defensywę Blaugrany oraz jej nieporadnego bramkarza. To co na ogół udawało się przykryć dominacją nad przeciwnikiem i długim utrzymywaniem się przy piłce, w półfinale z Bayernem, stało się boleśnie widoczne. Kiedy Duma Katalonii zostanie nieco mocniej przyciśnięta, po prostu nie potrafi grać w obronie. Z drugiej strony nie można się temu dziwić, jeżeli weźmiemy po uwagę, że w tak wielkim klubie, pod nieobecność kogoś z pary Puyol-Pique, na stoperze przeważnie występują przekwalifikowani defensywni pomocnicy. Dodatkowo za ich plecami stoi Victor Valdes, któremu przez całą karierę zdarzały się mniejsze lub większe wpadki. Efekt końcowy takiego połączenia w starciu z nieustępliwym, niemieckim walcem, to 4:0 dla gospodarzy. Patrząc na klasę obu walczących drużyn, był to wynik zatrważający, choć biorąc pod uwagę przebieg rywalizacji, stanowił najmniejszy wymiar kary.

Przed rewanżem na Camp Nou tylko najwięksi fantaści, a zarazem najzagorzalsi kibice Barcelony, mogli poważnie myśleć o przeprowadzeniu skutecznej remontady. Duża część telewizyjnych ekspertów usiłowała złagodzić wydźwięk upokarzającej klęski, nabywając ją wypadkiem przy pracy. Powszechnie podkreślano, że jeżeli nawet Barcelona, nie zdoła awansować do finału, polegnie walcząc z podniesionym czołem. Niestety w drugim meczu Blaugrana zaprezentowała się równie bezbarwnie, choć tym razem udało jej się przynajmniej oddać kilka celnych strzał na bramkę Neuera. W ostatecznym rozrachunku, nie pozwoliło to jednak podopiecznym Vilanovy zachować twarzy, a grający na całkowitym luzie goście, zaaplikowali im kolejne trzy gole.

W tym samym czasie kiedy Barcelona rozpadała się niczym domek z kart pod wpływem podmuchu wiatru, inny hiszpański gigant, przeżywał podobne katusze. Real Madryt pojechał na Stadion Westfalii z jasno określonym celem: utorować sobie drogę po dziesiąty Puchar Europy w swej przebogatej historii. Podopieczni Jurgena Kloppa mieli wszakże inne plany i podobnie jak w fazie grupowej, okazali się zbyt twardym orzechem do zgryzienia. Pierwsza połowa meczu w Dortmundzie nie zapowiadała jeszcze burzy, która miała rozpętać się zaraz po przerwie, a wynik 1:1 był korzystny dla Realu.

Po zmianie stron ustępujący mistrzowie Niemiec zagrali prawdziwy koncert, z Lewandowskim jako głównym wykonawcą. Królewscy miotali się niczym ranne zwierzę, usiłując zatrzymać rozpędzonych gospodarzy i po 90 minutach mogli odczuwać ulgę, przegrywając tylko 4:1. W odróżnieniu od Tito Vilanovy Jose Mourinho niemal natychmiast reagował na niekorzystny rozwój wypadków, dokonując zmian i poszukując szansy na odwrócenie losów meczu.

W odróżnieniu od swych wielkich, katalońskich rywali, w rewanżu na Santiago Bernabeu Real podjął walkę o awans. Konieczność strzelania aż trzech bramek, nawet na chwilę nie zniechęciła podopiecznych Jose Mourinho. Z początku ich wysiłki nie przynosiły pożądanego rezultatu. Goście natomiast wyprowadzali groźnie kontry, jednocześnie marnując kolejne sytuacje do zdobycia decydującej bramki. Celowali w tym zwłaszcza Reus i Lewandowski, który tym razem nie miał swego najlepszego dnia.

W drugiej połowie obraz gry nie uległ, zmianie z tą różnicą, że przewaga Królewskich była coraz wyraźniejsza, a sytuacje pod bramką Weidenfellera coraz groźniejsze. Prawdziwe trzęsienie ziemi zaczęło się dopiero po 80’ minucie meczu. Dwa, szybkie gole Realu sprawiły, że sprawa awansu znowu była otwarta. Stojąc w obliczu nagłej konieczności, Dortmundczycy porzucili całą swoją finezję, ofensywny polot i kurczowo trzymali się topniejącej przewagi. Gospodarze stworzyli sobie jeszcze kilka okazji, ale pomimo desperackich wysiłków, nie zdołali odwrócić losów rywalizacji. Real ostatecznie poległ walcząc i inaczej niż Barcelona, ratując swoją sportową twarz, ale przy jednoczesnej utracie szans na kolejny Puchar Europy, stanowiło to niewielkie pocieszenie.

Podsumowując można powiedzieć, że wbrew opinii przeważającej części ekspertów oraz kibiców, potęga hiszpańskich gigantów została złamana. Półfinały tegorocznej Ligi Mistrzów zakończyły się zdecydowanym sukcesem dwóch, najlepszych, niemieckich drużyn. Z drugiej strony kreowanie Bayernu Monachium na przyszłego hegemona europejskich zmagań tylko dlatego, że w bezpośrednim starciu sponiewierał Barcelonę, uważam za całkowicie absurdalne. Ostatecznie jak na razie Bawarczycy „zaledwie” powtórzyli swój wynik z zeszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Poza tym nawet jeśli uda im się sięgnąć potrójną koronę, po sezonie czeka ich zmiana menadżera. Pep Guardiola nadal nie jawi mi się jako wielki trener. Oczywiście sięgał po ogromne sukcesy z Dumą Katalonii, ale były to zwycięstwa odnoszone w klubie, który znał od przysłowiowej podszewki i był z nim silnie związany emocjonalne. Daleki jestem od umniejszania dotychczasowych osiągnięć Hiszpana, ale w odróżnieniu od wielu ekspertów, daleki jestem również od stawiania Guardioli w gronie największych tuzów trenerskiego świata. Do tak zacnego towarzystwa, jak Ferguson, Mourinho, Ancelotti, czy nawet Benitez będzie mógł pretendować dopiero wtedy kiedy osiągnie pierwsze poważne sukcesy poza Katalonią i nie cofnie się w obliczu pierwszych poważnych komplikacji i niepowodzeń.

Wracając do samej Barcelony czy dojmująca klęska z Bayernem Monachium oznacza kres tego wielkiego klubu? Bynajmniej. Podobnie jak każda czołowa, europejska drużyna, Duma Katalonii także ma i będzie miała swoje lepsze i gorsze momenty. Dla mnie jednak „monachijska demolka” oznacza definitywny koniec sukcesów tiki-taki w obecnym, barcelońskim wydaniu. Tak jak napisałem wcześniej kiedy za bardzo przywiązujesz się do czegoś co przez długi czas przynosiło bardzo rezultaty, stajesz w miejscu lub zaczynasz się wręcz cofać. O bolesnych konsekwencjach tej prostej prawdy przekonali się wielcy wodzowie na licznych polach bitew, politycy i mężowie stanu oraz wielu znakomitych sportowców. Prawdziwą sztuką jest umiejętność dostrzeżenia kiedy dana strategia osiąga swój punkt kulminacyjny i poprzez ciągłe doskonalenie własnych koncepcji, możliwie jak najdalsze odsunięcie tego momentu.

Niemożliwe? Bynajmniej. Odchodzący po sezonie na zasłużoną, trenerską emeryturę Sir Alex Ferguson, dowiódł, że jest to jak najbardziej prawdopodobne. Przez 27 lat pracy z Manchesterem United, miał jasną wizję jaki zespół chce zbudować. Jednocześnie przez tak długi czas świat sportu i futbolu ulegał, ciągłym, daleko idącym przeobrażeniom. Wielki, szkocki menadżer, inaczej niż ma to w zwyczaju wielu gorszych, trenerów, nie zafiksował się na jednym pomyśle, który kiedyś przyniósł mu powodzenie, ale nieustanie szedł z duchem czasu lub wręcz wyprzedzał go o pół kroku. Poczynając od pierwszego Pucharu Anglii w 1990 roku, poprowadził Manchester United do pasma nieprawdopodobnych sukcesów, wychowując niezliczone grono znakomitych piłkarzy. Jeżeli nawet bez zagłębiania się w szczegóły rzucimy okiem na imponującą listę trofeów Fergusona, to przy całym szacunku dla zagorzałych kibiców Barcelony oraz jej poprzedniego trenera. tych kilka tytułów z „ery Guardioli, pozostanie jedynie dziecięcą igraszką. Zresztą zanim Alex Ferguson trafił do Manchesteru, dowiódł, że jest w stanie sięgać po puchary nawet w przeciętnym Aberdeen.

Niestety tiki-taka Guardioli przekroczyła swój punkt kulminacyjny już jakiś czas temu i od tego momentu jej efektywność ciągle maleje. Nie chodzi tu nawet o moje subiektywne odczucia, choć nigdy nie ukrywałem, że uważam ten styl gry za nieelastyczny i przeraźliwie nudny. 7:0 z Bayernem w dwóch meczach oraz bazowanie przez cały obecny sezon jedynie na geniuszu Messiego, stanowią niezbity dowód, że pewna idea się wyczerpała. Nie oznacza to oczywiście, że Barcelony nie stać na kolejne sukcesy oraz walkę o odzyskanie prymatu w Europie. Aby to osiągnąć koniczne jest jednak natychmiastowe unowocześnienie tiki-taki oraz swoiste „przewietrzenie” szatni Dumy Katalonii.

Aby przeprowadzić nieodzowne zmiany trzeba najpierw zdiagnozować problem lub wręcz przyznać się do jego istnienia. Jednocześnie słuchając medialnych wypowiedzi fantastów w rodzaju choćby Leszka Orłowskiego, odnoszę nieodparte wrażenie, że część piewców, potęgi „niezwyciężonej” Barcelony, nadal woli trwać w świcie własnych urojeń i imaginacji, niż dostrzec, szybko zmieniającą się rzeczywistość. W tej sytuacji pozostaje tylko mieć nadzieję, że działacze klubu z Camp Nou, okażą nieco więcej wyobraźni.


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Pozwole sie nie zgodzić odnośnie dwumeczu z Interem z 2010. Barcelonie "zabrali" prawidłowo zdobytą bramke w 92 minucie. A o pierwszym meczu można długo pisać, poczynając o fatalnym "transporcie" zawodników do Mediolanu (szalal wtedy wulkan w Islandii) .

A sama Barcelona musi wzmocnić defensywę, wrócić do tego zajadłego pressingu , ktory przeszkadzał przeciwnikowm rozpoczynac jakiekolwiek akcje i odciążyć Messiego, który jednak jest człowiekiem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.