Facebook Google+ Twitter

"W drodze". Nie liczy się cel, lecz sama droga

Eduard Bernstein twierdził, że ruch jest wszystkim, cel niczym. To, co może sprawdza się w życiu, nie zawsze sprawdza się w filmie. "W drodze" Waltera Sallesa to kino bez akcji, bez fabuły. Premiera za tydzień, recenzja już dziś.

 / Fot. Materiały prasoweNie ma co się dziwić, z próżnego i Salomon nie naleje. Nie ukrywajmy, książka „W drodze” Jacka Kerouaca nie ma potencjału filmowego. Fakt, że to jedna z najbardziej kultowych książek XX wieku, ale spośród nich kto wie, czy nie najnudniejsza.

Czytałem ją lata temu. Nie powiem, żeby rzecz mnie zachwyciła – podróżowanie od East Coast do West Coast i nazad to dla mnie nic samo w sobie ciekawego. Chronologicznie wcześniej bez celu podróżował bohater „Buszującego w zbożu”, a w „Gronach gniewu” podróż za chlebem dużo bardziej angażowała emocjonalnie. Były to powieści, owszem, dużo bardziej skostniałe obyczajowo, ale mające jakiś głębszy sens.

U Kerouaca tego sensu nie dostrzegałem, książka była tylko tym, czego można się było po niej spodziewać, niczym więcej – drogą; barwną, ale bezcelową. Jej zasadniczym i niepowtarzalnym plusem było to, że nie udawała, że jest czymś więcej, chociaż po prawdzie dawała namiastkę nadziei, że tak może być. Może i miało to urok sam w sobie, gdyby nie to, że znalazło się grono naśladowców (Bukowski, Stachura, Stasiuk) do tego stopnia szerokie, że ogromna ilość amerykańskich powieści od tamtej pory pozbawiona była fabuły. Ot: „jechałem, pracowałem, rzuciłem robotę, spałem z kobietą/mężczyzną opuściłem ją/jego, jechałem dalej”. Żadnej przemiany. Żadnego zwrotu akcji. Sto stron, fajnie, czterysta stron, nuda. Proza to praktycznie w kółko taka sama, szybko się z niej wyrasta, albo pozostaje do końca takim, jak jej bohaterowie.

Nie powiem, żeby swego czasu nie przemawiało to do mojej wyobraźni – wędrowanie bez celu, z wiatrem za przyjaciela itd. Jednak bardziej od drogi, którą pokonywał Sal i Dean interesowało mnie to, czego w niej nie ma. Dlaczego nikt ich nie bierze do wojska (zbliżała się wojna w Korei i ogólnie sytuacja na świecie nie była jeszcze bardzo stabilna), kim był ten nieszczęsny ojciec Deana, dlaczego nie było mowy o czasach. Ciekawe detale obyczajowe, czy społeczne gdzieś przepadały. Tylko narrator i jego: "ja, ja, ja", czasem jakaś anegdota. O pokoleniu beatników identyfikujących się z Kerouakiem mówiło się, że to dzieci wojny, bezprizorne, nie mogące sobie znaleźć miejsca w świecie. W przypadku „W drodze” to akurat nie do końca prawda. Sal i Dean byli młodzi, wiedli życie beztroskie. Wojsko się o nich nie upominało, przynajmniej sprawa była przemilczana. W dodatku nie organizowali się, ich bunt był synonimem czystej wolności.

Adaptacja „W drodze” była kwestią czasu. Wyobrażam sobie co by było, gdyby powstała w latach napisania książki – hollywoodzkie chórki, pruderia kodeksu Haysa cokolwiek by potencjał wykastrowała (limitowany czas pocałunku, zakaz nie tylko seksu, ale nakaz chociażby tego, żeby dwie osoby płci siedzące na kanapie miały co najmniej jedna nogę postawioną na ziemi). Na szczęście powstała teraz. To znaczy prawie na szczęście, bo o kilkadziesiąt lat za późno.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.