Facebook Google+ Twitter

"W imię..." Małgośki Szumowskiej - samotność wśród ludzi

Do najnowszego filmu Małgośki Szumowskiej "W imię..." przylgnęła etykietka sensacyjnej opowieści o księdzu geju, a sama reżyserka posądzana jest o antyklerykalizm. Zupełnie niesłusznie.

Andrzej Chyra jako ksiądz Adam w filmie W imię... / Fot. materiały prasoweTymczasem obsypany nagrodami na festiwalach w Dortmundzie, Zittau, Mediolanie, Berlinie i Gdyni film "W imię..." , który wszedł na ekrany kin 20 września 2013 roku, mówi o samotności, potrzebie bliskości, zrozumienia i wykluczenia (patrz wątek stosunku miejscowej młodzieży i niektórych dorosłych do upośledzonego Marcina). W warstwie fabularnej Małgośka Szumowska wraz ze współautorem scenariusza, Michałem Englertem, istotnie opowiada historię księdza Adama (w tej roli doskonały, jak zwykle, Andrzej Chyra, doceniony za nią w Zittau, Palić i ostatnio w Gdyni), który z Warszawy trafia na zabitą dechami wioskę, gdzie prowadzi ognisko dla chłopców z rodzin patologicznych. Robi dla nich dużo dobrego, choć czasami spotyka się z przejawami odrzucenia z ich strony, że nie całkiem jest ich, bo ma markowe ciuchy, drogiego laptopa.

Mateusz Kościukiewicz i Andrzej Chyra w jednej ze scen filmu Małgośki Szumowskiej. / Fot. materiały prasoweCały czas jezuita zmaga się ze swoimi skłonnościami homoseksualnymi, które są główną przyczyną jego "zawodowych" problemów i wewnętrznego rozdarcia. Najbardziej przejmujące w filmie Szumowskiej są sceny, kiedy Adam zostaje sam w czterech ścianach plebanii, obija się o wysłużone, podniszczone sprzęty, ma kłopoty z zaśnięciem i własną seksualnością. Dojmująca jest tęsknota za bratnią duszą, posiadaniem stałego miejsca zamieszkania i służby ludziom. Tymczasem ksiądz nie znajduje zrozumienia swoich problemów nawet u osoby sobie najbliższej, czyli rodzonej siostry. Natomiast jego zauroczenie (wzajemne) miejscowym outsiderem - podpalaczem, "Dynią" (świetna, niemal niema rola Mateusza Kościukiewicza) jest ciężkim grzechem. I fakt uczynienia głównym bohaterem osoby duchownej nie ma tu, wydaje się, większego znaczenia. Podobne dylematy mogą stać się udziałem każdego człowieka, a szczególnie dotkliwie są one odczuwane przez osoby działające wśród i dla innych ludzi. Z tego względu filmowa opowieść Małgośki Szumowskiej ma charakter niezwykle uniwersalny.

Mateusz Kościukiewicz i Andrzej Chyra w jednej ze scen filmu Małgośki Szumowskiej. / Fot. materiały prasoweWartością samą w sobie są w tym filmie zdjęcia autorstwa Michała Englerta - bardzo artystycznie wysublimowane, świetnie oddające klimat i pejzaż polskiej prowincji (genialnie sfotografowana procesja), a także wewnętrzne przeżycia bohaterów granych, oprócz już wymienionych, także przez Łukasza Simlata, Tomasza Schuchardta i Maję Ostaszewską. Warto też zwrócić uwagę na epizod Marii Maj (matka "Dyni"). Tym znakomitym aktorom towarzyszy duża grupa naturszczyków - sąsiadów reżyserki z Mazur. Przydają oni filmowi wiarygodności i prawdy społeczno - obyczajowej. Są przy tym niezwykle przekonujący, choć często odpychający w swej brutalności i bezpardonowości. Natomiast, być może paradoksalnie, sympatię widza zyskuje jezuita Adam, a to głównie dzięki koncertowej grze Andrzeja Chyry. Czymś co może denerwować w filmie Małgośki Szumowskiej jest jego zbyt oczywista symbolika: ksiądz ma na imię Adam, jak pierwszy mężczyzna i jest kuszony przez główną, niemal jedyną żeńską postacią, która nosi też biblijne imię Ewa; scena, w której ksiądz uczy pływać Szczepana (męczennika?) przypomina jako żywo chrzest w Jordanie lub pietę. Wielce znamienna scena końcowa jest również przewidywalną oczywistością. Te jednak w sumie drobne mankamenty nie przeszkadzają uznać film "W imię..." za jeden z ciekawszych i kulturowo istotnych filmów polskiego kina ostatnich lat.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (37):

Sortuj komentarze:

Świat jest wielki i różnorodny a w nim osoby niepełnosprawne w tym homoseksualiści, którym należy pomagać a nie utwierdzać ich w przekonaniu, że postępują słusznie. Film pokazuje człowieka, który uważa się za kogoś kto ma prawo oszukiwać wspólnotę religijną. Po co został księdzem skoro miał dość miejsca w Układzie Słonecznym by znaleźć miejsce dla siebie wśród ludzi, których nie musiał by oszukiwać.

Wiele osób niepełnosprawnych podobnie jak ten ksiądz działo w taki sposób by społeczeństwo uczynić takim jak oni a na to nie możemy się zgodzić jeśli pragniemy swego szczęścia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Prawie się zgadzam.

Z wyjątkiem "prawdy" filozoficznej i teologicznej.

Potwierdzoną prawdą jest tutaj tylko głoszenie "prawdy". Czyli historia filozofii i teologii. Sama prawda pozostaje otwarta.
Niby oczywiste, a jednak posługujesz się dwuznacznie terminem "prawda teologiczna i filozoficzna".

A o oczywistej różnicy, w żadnym momencie i aspekcie nie można zapominać.
Chyba, że świadomie chce się zapominać.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bywa, że jakiś zakres nauki jest współdzielony z ideologią i kulturą. Podejrzliwa jestem w dwóch przypadkach: kiedy jest on dzielony stuprocentowo i kiedy w ogóle jest niedzielony. To ostatnie miało miejsce w czasach instytucjonalnej przewagi Kościoła lub religii. To pierwsze jest powszechne dzisiaj. Nauka ma to do siebie, że nie lubi jaskrawych rozstrzygnięć. Jest otwarta na przewrót. Ustalenia naukowców są, zatem, relatywne – wszystko się może zdarzyć. A to oznacza, że muszą być mocowane w systemie społecznym z uwzględnieniem prawdy filozoficznej i teologicznej (system moralny). Działa to w odwrotną stronę: wyrastająca z ideologii polityka społeczna musi odnosić się do osiągnięć naukowych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wiesz co ? Podoba mi się to, co piszesz.

Spór jest ideologiczny. I uczciwiej by było, żeby taki pozostał.
Bez fałszywego, ideologicznego wplątywania w to nauki z obu stron, czyniącego z niej pseudonaukę.

Nie przeszkadza mi to nie zgadzać się z Tobą fundamentalnie, nie pozostając bynajmniej "neutralnym".
Zamiast "troski o mniejszość", wolę posługiwać się pojęciem 'troski o człowieka", inne wyróżniki traktując wtórnie.
W moim przekonaniu troska o "większość", to właśnie pójście po linii najmniejszego oporu. Może być w tym cel, na przykład społeczny, ale raczej mało ambitny, złe świadectwo wystawiający "człowieczeństwu". Według moich kryteriów oczywiście.

A spór w związku z tym, ideologiczny, wolę toczyć na bardziej fundamentalnym poziomie. I na nim pozostać, bo jeśli tu się różnimy, to nie ma potrzeby przenosić go wyżej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Faktycznie istnieje silnie nienaukowa rezerwa do pewnej części empiryki i kultury, które nie współgrają ze skrajnym indywidualizmem. Obawa o niewłaściwe wykorzystanie odkryć i obserwacji poczynionych przez jedną i drugą. Jest to obawa tak silna i tak silnie ideologiczna (czy może istnieć bardziej dyrektywne i wyrafinowane źródło ideologii niż troska o mniejszości), że sztuka inna niż ta odwołująca się do inspiracji liberalnej została wyeliminowana i w ten sposób wolność sztuki stałą się fikcją a wraz z nią sztuka zaczęła zanikać, czego dowodem jest recenzowany film.

Staję po stronie autentycznej dramaturgii, jaka pulsuje w homoseksualnym pożądaniu. Nie mogłabym identyfikować się z tanią nowelą.

Nie wartościuję napięcia tkwiącego w związkach homoseksualnych. Nie wiem, co ci ludzie powinni zrobić. Wiem, co jam zrobiłabym na ich miejscu.

Chodzi jednak o coś innego. Depenalizacja związków homoseksualnych nastąpiła w Polsce lat 30. Wielka Brytania, Szwajcaria, Holandia dogoniły nas pod tym względem wiele lat później. To wiele mówi. Tak jak Rzeczpospolita – na poziomie jednostkowym respektuję wolność jednostki. W obszarze rozwiązań społecznych (zbiorowych; przywilejów) nie widzę powodu, żeby wyróżniać homoseksualistów.

Coś zaś do sporu "nature or nurture". Każda etiologia wpływa na postępowanie jednostkowe i społeczne – czy to środowiskowa czy biologiczna. Problem w tym, czy mamy odwagę kontrolować a wcześniej nazwać związek indywidualnych wyborów i polityki społecznej z przyczynami i objawami homoseksualizmu, czy też wolimy udawać neutralność.

Komentarz został ukrytyrozwiń

/I owa prawdziwa sztuka (...) daje inspirację psychologii i jest nierzadko sygnowana przez psychologiczną empirykę./

Przy czym "empiryka" jest klasyfikowana w sposób upraszczający, a przez to nieprawdziwy. Mylił się Freud, mylił się Jung, ( w uogólnieniach) itd...

Nie wyodrębniono genu homoseksualizmu, tak jak nie wyodrębniono genu starzenia się, ( którym można skutecznie manipulować) choć podejrzewano pojedyncze geny o to.
Rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona, jeśli determinowana genetycznie, to przez złożony zestaw genów. Rzeczywistością sterują też zmienne ukryte, z których istnienia zdajemy sobie sprawę lub nie, a relacje zmiennych są wyższych rzędów, są nieliniowe.
Poza tym gen zwykle musi zostać aktywowany, co pozwala mówić o prawdopodobieństwie zaledwie ( albo aż, zależy z której strony patrząc)

Ja też patrzę z uzasadnioną podejrzliwością na aktualne "wytyczne", które wajchę seksualnej tożsamości ustawiają niezmiennie w trzech pozycjach i niezmiennie w czasie.
Ale z drugiej strony z dokładnie taką samą, uzasadnioną podejrzliwością patrzę na tych, którzy twierdzą, że to od początku do końca mem, i to regulowalny w całym zakresie, bez względu na warunki początkowe.

Nad tym wszystkim, o czym piszesz, można postawić pytanie zasadnicze: i co z tego ma wynikać ?

Mam takie podejrzenie, że od każdego geja chciałabyś usłyszeć zamiast: "taki jestem i już", coś w rodzaju: "takim mi pozwolono zostać" i/lub : " takim chcę być".
Po to, aby już bez przeszkód wytoczyć ideologiczne armaty.

Ja jednak, wobec całej zasygnalizowanej podejrzliwości wobec "aktualnych wytycznych", stoję na stanowisku, że materia jest niezwykle delikatna, dotyczy autonomii jednostki i jako taka powinna być traktowana adekwatnie, bez niezbędnego "włażenia z buciorami". I tu zaczynają się schody nad tym, co "niezbędne".
Poza tym, rozpatrując ewentualny wpływ kulturowy, nie można tracić z oczu zasadniczej kwestii: tego, co jest przyczyną, a co skutkiem. Na przykład na ile zachowania części homoseksualistów zdeterminowane są negatywną postawą społeczeństwa wobec nich.


Popatrz, z tego co napisałaś wynika wprost, że pożądanie w związkach homoseksualnych nie może się realizować. Bo przecież geje pożądają "męskich" partnerów, a ci to przecież heterycy.
I już, ot tak, cały zniuansowany i rzeczywisty świat legł w gruzach... dając pole uproszczeniu.

A jeśli nawet tak jest w jakimś istotnym odsetku, to ponawiam pytanie: co z tego ma wynikać ..? Poza ewentualnie tym, że męskim homoseksualistom ciężej "się dopasować" ?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Arturze, jest sztuka i jest sztukateria. Tytuły literackie filmowe, które wymieniłam należą do tej pierwszej, a więc ponad i poza stereotypowej. Tak mi się wydaje. I owa prawdziwa sztuka jak powieści Dostojewskiego oddaje dramaturgię ludzkiego losu i jest bardzo psychologiczna, daje inspirację psychologii i jest nierzadko sygnowana przez psychologiczną empirykę.

Dokładnie jest tak w tym konkretnym przypadku: homoseksualnego pożądania. Badania wykazały, że Mężczyźni homoseksualni pożądają męskich mężczyzn, a takimi są – co też wykazały badania – mężczyźni heteroseksualni. Preferencje homoseksualiści podzielają z kobietami, z grubsza, bo homoseksualiści nie wykazują strategii długoterminowej (wg. Bussa). Wiemy dlaczego.

Komentarz został ukrytyrozwiń

@ Maria Czerw
Już zupełnie się pogubiłem, proszę konkretnie określić przedział wiekowy panów o których Pani pisze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

@ Maria Czerw

/Nie piszę o pedofilii, ale o sensie homoseksualnego pożądania i jego psychicznych kosztach./

Podając pojedyncze przykłady w twórczości i życiu artystycznym.
Którym, wbrew pozorom, bliżej może być do kolejnego stereotypu, niż do rzeczywistości.

To, mówiąc obrazowo tak, jakby ktoś robił "badania naukowe" obserwując homoseksualistów w pubach "dla nich". Ograniczając się tym samym do małego, skrajnie niereprezentatywnego ułamka populacji, niemniej jednak uogólniając i formułując wnioski dla niej całej.

Poza tym, nawet jeśliby w jakiejś grupie stwierdzono "nadreprezentację" pewnych zachowań, to jeszcze nie powód, aby dyskredytować całą grupę i co więcej, odmawiać prawa do tych zachowań.

Koszta psychiczne w relacjach międzyludzkich, mniejsze i większe, istnieją zawsze, jeśli rozmijają się z oczekiwaniami. To nie powód, aby występować przeciwko prawu do istnienia tych relacji. Choćby wyprowadzając je poza "normę".

Komentarz został ukrytyrozwiń

O.K.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.