"W imię ojca i syna", przedstawienie Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, rozpoczyna się przy odsłoniętej kurtynie. Scenografia przygotowana przez Izę Toroniewicz została ograniczona do niezbędnego minimum. Scena przedstawia kaplicę cmentarną (dom pogrzebowy?) z katafalkiem ustawionym w miejscu centralnym i stojącym nieopodal krzesełka.
Na nim siedzi syn wpatrzony w zwłoki ojca, a na podłodze w pozycji embrionalnej leży jego żona, czyli synowa nieboszczyka (gra ją
Aneta Wirzinkiewicz). Przybyli na pogrzeb. Zanim jednak do niego dojdzie, widzowie będą świadkami swoistej rozmowy obu panów, ojca i syna, rozgrywającej się w wyobraźni młodszego z nich (autor,
Szymon Bogacz, nazywa go znacząco: Ja, czy zatem możemy domniemywać autobiograficznego charakteru sztuki?), a może, jak powiedzieliby zwolennicy teorii o istnieniu życia pozagrobowego - na tamtym świecie.
Z pełnych brutalnej momentami szczerości dialogów wyłania się obraz nie najlepszych (oględnie mówiąc) relacji między synem i ojcem. Widz dowiaduje się, że syn zazdrościł ojcu jego pozycji w życiu i rodzinie, starał się dorównać rodzicielowi, często odczuwał lęk przed nim i jego agresją. Ojciec nie kryje tego, że używał przemocy fizycznej wobec dziecka, generalnie lubił nad nim dominować, zabierał mu nawet jego ulubioną zabawkę, kolejkę, ale też kąpał syna, opiekował się nim między kolejnymi wyprawami na ryby. Chłód emocjonalny lub, mówiąc wprost, brak miłości doprowadził przed kilku laty do całkowitego zerwania stosunków z ojcem przez syna, który obrał drogę twórczości artystycznej, odrzucając ofertę pracy złożoną mu przez tatę. Stojąc przy katafalku, młody mężczyzna przyznaje się do swojej oziębłości uczuciowej względem zmarłego. Jego poczucie winy potęguje oskarżanie go o śmierć ojca przez matkę (nie do końca wykorzystana przez
Beatę Pszeniczną szansa na stworzenie ciekawej kreacji) i siostrę (w tej roli
Zuzanna Wierzbińska).
Ale nie tylko o przykrych sprawach rozmawia syn z ojcem. Jak na rasowych mężczyzn przystało w ich dialogach nie brakuje pogaduszek o kobietach, seksie i męskości (czytaj: penisie). Momentami ma się wrażenie, że jest ich nawet za dużo, zwłaszcza, gdy na widowni zasiadają gimnazjaliści. Ze sceny padają też brzydkie słowa, co może oburzać co bardziej hipokrytyczne nauczycielki. Tak jakby nie rozumiały one, że miedzy innymi przez to sztuka Szymona Bogacza jest bliższa zwykłemu życiu, a dialogi nie złoszczą, jak te papierowe kwestie wygłaszane przez bohaterów rozlicznych seriali i telenowel.
Czytaj dalej --->