Kradzież z bramy byłego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz napisu "Arbeit macht frei" przypomniała o istnieniu ponurego międzynarodowego rynku obrotu pamiątkami po Trzeciej Rzeszy i Holokauście.
W przeszłości zlecano kradzieże dzieł starych mistrzów, ale w takich przypadkach nietrudno wyobrazić sobie szalonego kolekcjonera, który schodzi do swojego skarbca, by potajemnie podziwiać przedmiot niezwykłej urody. Ale cyniczne hasło hitlerowców skradzione z obozu, w którym wymordowano ponad milion więźniów?Zobacz także:
Sortuj komentarze:
Wojciech Arciszewski 23.12.2009 19:09
Takie jest życie, tacy są ludzie. Kolekcjonują najrozmaitsze rzeczy, co wcale jednak nie oznacza, że identyfikują się z tymi, do których one należały.Np. Kolekcjonerzy orderów i odznaczeń, posiadający w kolekcji Żelazny Krzyż, nie są automatycznie neonazistami. Podobnie kolekcjonerzy militariów. Nie jest to gloryfikacja zbrodni, lecz zbieranie pamiątek historycznych.
Historia to przeszłość. Nie można jej zmienić, ani wymazać. Zdarzyła się naprawdę.
Fascynacja niektórymi osobistymi drobiazgami postaci historycznych ma przełożenie na cenę, zarówno jeżeli chodzi np o Napoleona, Cromwella, Rasputina, Stalina, czy Hitlera.
Ktoś kto chciał kupic to pudełko Goeringa, na pewno traktował to jako lokatę kapitału. Na pewno nalezy kategorycznie sprzeciwiać się tworzeniu publicvznych miejsc pamięci i muzeów wszelkich zbrodniarzy. Problem w tym, że niektórzy ze zbrodniarzy sa całkiem dobrze wspominani przez swój kraj.Ostatni przykład. 70% Rosjan chwalebnie wyraża się o Stalinie.
Tym bym sie bardziej przejmował, niż pomylonym, nawiedzonym kolekcjonerem.