Facebook Google+ Twitter

W kierunku imperium Czyngis-chana. Pod patronatem Wiadomości24.pl. Cz. I

Kilka dni przed wyruszeniem w trasę zaczynają się ujawniać pierwsze problemy. Pozostaje mieć nadzieję, że na tym się skończy. Wszyscy mnie pocieszają, mówią, że jak na początku będzie się sypać to potem będzie już tylko lepiej. Mam taką nadzieję, ale nos spuszczony na kwintę.

Generalnie mamy dwa problemy.

Logo naszej wyprawy / Fot. Zbigniew Drewniak i Cyprian PawlaczykPierwszy – firma, która załatwia nam wizy, informuje, że są problemy z wizami turkmeńskimi. Nasze paszporty są za granicą, chyba w Moskwie, a urzędnicy sobie świętują. No a my bez wiz. I jak tu ruszyć w trasę? Ja chodzę zdenerwowany, ale na szczęście, pozostali uczestnicy wyprawy zachowują stoicki spokój. Koncentrują się na pocieszaniu biednego autora, który jest suma summarum odpowiedzialny za wizy. Mamy nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. Musimy jednak zrezygnować z wyruszenia z Warszawy w piątek (planowaliśmy przecież wyruszyć 26 marca). Na razie wiemy, że paszporty będą na początku przyszłego tygodnia. Ustalamy więc termin wyruszenia na środę, 31 marca.

Drugi problem jest chyba znacznie poważniejszy. Po gruntownym przeglądzie samochodu w warsztacie, wiem, że mój tylny dyfer ma powiększone luzy. Ale mechanicy zapewniają, że nic to, że spokojnie objedziemy całą trasę a po powrocie się zrobi. Pojeździłem autkiem dwa tygodnie, ale uderzenia się tylko nasilały. No więc Disco wraca do warsztatu na ostateczny przegląd, dostaje nowe dwie półosie z MaxiDrive’a do tyłu, co ma nieco skasować luzy. I w sumie racja – auto prowadzi się nieco lepiej. Więc jadę nim ze Śląska do stolicy na ostatnią przed wyjazdem trasę, docierać nowe podzespoły. Dwa dni jazdy po stolicy jak z tylnego dyfra zaczynają się pojawiać coraz bardziej intensywne i niepokojące metaliczne dźwięki. Aż w końcu – pas. Auto stawiam w mojej hali (moja firma znowu staje na wysokości zadania), chłopcy rozbierają tylny most.

A tam – katastrofa – koła zębate koronkowe, współpracujące z półosiami mają całkowicie wybite wielowypusty. Nie ma najmniejszego sensu takim samochodem ruszać w trasę. Te podzespoły nie nadają się nawet na zapas, a co dopiero na główny podzespół mocno przecież przeciążonego pojazdu. Jest środa – do wyjazdu teoretycznie dwa dni (troszkę ratuje sytuację brak wiz) a my w lesie. Telefon robi się gorący – po całej Polsce szukam części do mojego dyfra. Niestety – do MaxiDrive’a nie ma nic. Kompletnie nic. A przy zakupie mówiono mi, że to praktycznie niezniszczalny podzespół, z wieczystą gwarancją. A tu taka wpadka. Obdzwoniłem wszystkie serwisy i sprzedawców części do Land Roverów w Polsce. I tylko po to, by dowiedzieć się, że bezsensownie jest szukać dalej. Więc przestałem. Skoncentrowałem się na poszukiwaniu warsztatu, który jest w stanie wykonać stożkowe koła zębate. Znalazłem jeden, na warszawskim Ursusie, ale po załatwieniu materiału dowiedziałem się tylko, że jednak poddają się – podobno wysiadła maszyna. I masz los. Jest już późne popołudnie, a ja mam stracony cały dzień. W akcje poszukiwania włączają się wszyscy moi kumple, nawet szef. I znajduję warszawski warsztat, prawie w samym centrum naszej stolicy. Po krótkiej rozmowie z właścicielem umawiamy się na jutrzejszy poranek na spotkanie i rozmowę.

Czwartkowy poranek zaczynam od wizyty w zakładzie pana Janusza. Pierwszy kontakt nie wypada dla mnie zbyt pomyślnie. Właściciel nie specjalnie chce się angażować w taki projekt. Ale kilka słów wyjaśnień, opowieść o podróży i pojawia się jakaś iskierka nadziei. Właściciel zakładu dzwoni po swojego projektanta, każe zostawić siebie samego z moim dyferencjałem i informuje, że oczekuje popołudniem telefonu. Więc ruszam do firmy z duszą na ramieniu. Czy się podejmie działania, czy może je odpuści? W miedzy czasie mój serwis Land Rovera organizuje mi drugi dyfer na rezerwę. Taki bez blokady. Oczywiście – lepszy rydz niż nic, ale i ten pochodzi z innego samochodu niż Discovery, więc konieczne są obróbki, które umożliwią montaż. Po południu spotykam się z nim ponownie – deklaruje chęć pomocy, ale informuje, że cały cykl produkcyjny potrwa z tydzień, może dwa. To mnie całkowicie załamuje. Taka obsuwa – będzie problem zrealizować cały plan.

Zwiedzanie Ukrainy już możemy sobie darować. Teraz tak naprawdę pozostaje mieć nadzieję, że dotrzemy na czas do granicy ukraińsko – rosyjskiej. Ale czy to się uda? Na razie o moich samochodowych problemach wie tylko Beata – chłopakom nic nie mówimy, żeby ich nie denerwować. Ale w momencie, gdy będą już wizy – będzie trzeba im powiedzieć. Czekamy ...


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.