Facebook Google+ Twitter

W kraju, którym rządzą dżiny. "Dom Kalifa" Tahira Shaha

Ta książka miała tyle samo szans być piękną przygodą, co kolejną płaską historyjką o pseudozrozumieniu obcej kultury. Rekomendacja Doris Lessing stanowiła sporą zachętę do zmierzenia się z tym dziełem, a później - zaczęła się przygoda.

 / Fot. okładka książkiEuropejczycy fascynują się obcymi kulturami. W dobrym tonie jest właściwie wybrać sobie jakiś orientalny kraj, dobrze, jeśli są to na przykład Indie albo właśnie Maroko, i fascynować się jego kulturą, odbywać doń regularne podróże i zapraszać po nich znajomych na degustację najdziwniejszych kulinariów na świecie. Moda ta wszechobecna jest wśród mieszkańców Europy Zachodniej, nie do końca jednak jestem przekonana co do czystości tych intencji, poza oczywistym towarzyskim szpanerstwem.

Dlatego obawiałam się trochę spotkania z Tahirem Shahem i jego "Rokiem w Casablance". Chyba jednak wiem, co uratowało go przed porażką: afgańskie korzenie i indyjska żona, londyńska przeszłość i brytyjska babka, i wiele odbytych przezeń podróży. Takie wielokulturowe doświadczenie to dobry początek wyjściowy dla rozważań o kulturach właśnie - pozbawione kompleksów i, jakby nie było, braków, czyli jednolitego pochodzenia.

Dość dobrze sytuowany angielski pisarz, potomek ważnego afgańskiego rodu, decyduje się zrezygnować z angielskiej wygody i wielkomiejskości, przenosząc się do kraju młodzieńczych wspomnień, Maroka i opisując rok spędzony w Casablance. Daje nam możliwość doświadczenia niezwykłej przygody, transcendentnego zetknięcia się z wieloma perspektywami i sposobami widzenia świata.

Powieść, określona przez noblistkę wyżej wymienioną jako "Cudownie zabawna", faktycznie cech humorystycznej książki nabiera dopiero z czasem, a właściwie być może zabawna jest dużo wcześniej, ale wyłapanie tych wszystkich smaczków wymaga przyjęcia już pewnego dystansu i zrozumienia kontekstu, w którym jest osadzona. Mam wrażenie, że przeprowadzkę Tahira z żoną i dziećmi do Domu Kalifa przeżyłam mniej więcej tak samo, jak oni: najpierw nie do końca rozumiejąc wszystko, co dookoła nich się działo, aż wreszcie dałam się porwać niezwykłości kultury i przekonać, że dżiny rządzą tamtejszym światem, a wiele rzeczy, wydających się nam oczywistymi, nie musi takimi być.

Tak więc z każdym dniem i z każdym rozdziałem książki Marokańczycy i ich kultura wydają się coraz piękniejsi i ciekawsi, coraz mocniej wkrada się do głowy takie dualistyczne podejście do rzeczywistości - a może faktycznie wygląda ona trochę inaczej, niż przez lata próbowano nas przekonywać? Cały ten dysonans zostaje zawarty w jednym ze zdań książki: "Obaj byliśmy ograniczeni przez nasze wychowanie: ja - przez zachodnie ideały postępu i nauki, on - przez tradycje kultury, w której dorastał. Jego wiara w istnienie dżinnów była lustrzanym odbiciem mojego przekonania, że ich nie ma".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.