Piotr, jako jeden z pierwszych odważył się opowiedzieć o codziennym życiu w tej jednej z najsłynniejszych, ale i najbardziej tajemniczych armii świata. – Rok 1989 był trudny w Polsce. Upadła komuna, ludzie byli spragnieni wolności. Miałem wtedy dziewiętnaście lat. Pomyślałem, że czas poszukać szczęścia na Zachodzie – wspomina Piotr Konca.
Wysokie zarobki kusiły. Ale nie tylko o nie chodziło. Zawsze fascynowało go wojsko. Decyzja zapadła szybko. Spróbuje swoich sił w legii cudzoziemskiej.
Po pokonaniu biurokratycznych przeszkód dostał dziesięciodniową wizę turystyczną, kupił bilet na samolot i z paroma setkami dolarów w kieszeni wyleciał do Paryża. O tym, jaki jest prawdziwy cel tej podróży, wiedziała tylko dziewczyna. Rodzinie tłumaczył, że będzie pracował na platformach wiertniczych.
Nowy życiorysDo punktu werbunkowego w Fort de Nogent nie pojechał od razu. Zdążył zwiedzić stolicę Francji. Dopiero gdy wydał ostatnie zaskórniaki, wsiadł do pociągu i dotarł do celu.
– Wartownika stojącego za bramą z grubej kraty zagadnąłem po angielsku. Wpuścił mnie do środka. Natychmiast odebrano mi paszport, prawo jazdy, bilet lotniczy, plecak i cywilne ubranie. W zamian dostałem używane dresy – wspomina.
Odtąd przestał być Piotrem Koncą. Został Adamem K. Pełnego nazwiska zdradzić nie może. – W legii nikt nie ma swojej prawdziwej tożsamości. Każdy już przy wejściu dostaje nowe imię, nazwisko i nowy życiorys – tłumaczy. – To między innymi po to, by legionistów nie odnalazły ich stęsknione rodziny. Po przekroczeniu bram legii przez cztery miesiące nie ma się możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie wolno nigdzie dzwonić ani wysyłać listów – opowiada.
Pierwszy testAubagne. Tę miejscowość położoną pod Marsylią zapamięta na długo. To tutaj legia cudzoziemska przeprowadza pierwsze testy przyszłych żołnierzy. – Trafiają tam ci, którzy nie odpadli już w przedbiegach. Czyli ci, którzy nie cierpią na wyraźną nadwagę, nie mają chorych zębów ani poważnych infekcji – wyjaśnia.
Podczas pobytu w Aubagne Konca niemal co chwilę myślał o powrocie do Polski. Szok przeżył już pierwszego dnia. – Pobudka o 4.15. Wszyscy wybiegają na plac przed budynkami. Tam bezczynnie czekają prawie dwie godziny. Dopiero o szóstej na stoły trafia śniadanie – opowiada. – Jeśli w ogóle można nazwać to śniadaniem. Niewielki rogalik, malutkie pudełeczko dżemu, miska mleka. Nie sposób się najeść – relacjonuje.
W Aubagne spędził trzy tygodnie. Ten czas minął na badaniach lekarskich, testach fizycznych i psychologicznych oraz przesłuchaniach. Na koniec podoficer zapytał: – Masz bilet do Polski?
– Tak! Jak mnie nie przyjmiecie, to wrócę jak cywilizowany człowiek! – odparł.
– Chyba nie będzie Ci już potrzebny. Podrzyj go – usłyszał w odpowiedzi. Zrobił to. Wiedział, że od tego momentu jest już legionistą. Ale to był dopiero początek służby. Przyszedł czas na czteromiesięczne szkolenie. – Dopiero tu można zrozumieć, dlaczego Legia już na wstępie nie sprawdza sprawności fizycznej swoich przyszłych żołnierzy. Po tych czterech miesiącach miałem kondycję, której mógłby pozazdrościć mi niejeden sportowiec – opowiada.
Ostatni strzałSzybko pozwolono mu szkolić innych legionistów. Został spadochroniarzem i snajperem. Aż wreszcie przyszedł czas na sprawdzenie się poza koszarami. Francuzi wysłali go na misję w Republice Południowej Afryki.
Żar lał się z nieba, a legioniści z pełnym ekwipunkiem musieli wędrować dziesiątki kilometrów.
Konca: – Pewnego dnia padły skądś strzały. Byłem schowany. Byłem pewien, że nie mogę zostać trafiony. Wstałem i przewróciłem się, wydawało mi się, że poślizgnąłem się na czymś, więc wstałem jeszcze raz, ale znów się wyłożyłem. Poczułem dziwne ciepło w nodze. W prawym bucie miałem małą dziurkę. To był rykoszet.
Mimo natychmiastowej pomocy w szpitalu polowym, do dziś nie odzyskał pełnego czucia w nodze. Stało się jasne, że musi zapomnieć o karierze w Legii.
Wrócił do Polski– Czy warto wstąpić do Legii? Pyta mnie o to wielu młodych mężczyzn. Nikomu nie odpowiadam wprost. Każdy musi o tym zdecydować sam. Legia utożsamiana jest przez wielu z bandą najemników i rzeźników pozostawiających po sobie zgliszcza we wszystkich częściach świata. To kłamstwo – mówi Konca. – Ale legia wymaga też silnego charakteru. Chociaż minęło już wiele lat od momentu, kiedy opuściłem wojsko, to
legionista wciąż gdzieś we mnie tkwi i tak pozostanie do końca życia.
Michał Gigołła