Facebook Google+ Twitter

W „Mieście gniewu” wszyscy potrzebujemy dotyku

Crash – ang. trzask, krach, uderzenie, zderzenie, wypadek, katastrofa, klęska, grzmot, huk, łomot; uderzać rozbijać, roztrzaskiwać, zderzać się, trzaskać. W polskiej wersji tytuł filmu "Crash" przekształcono w "Miasto gniewu", ale nie przeszkadza to w tym, że film koniecznie trzeba zobaczyć.

Tapeta filmu "Miasto gniewu". / Fot. Materiały prasowe Monolithfilm.Macie jakieś swoje zaległości filmowe albo książkowe? Chwalony przez wszystkich obraz oscarowego reżysera albo proza ulubionego autora? Ja mam takich zaległości stosy – zarówno tomów książkowych jak i płyt DVD – sięgające sufitu w przeciętnym M3. Jedną z takich zaległych pozycji był w moim przypadku film „Miasto gniewu”. Wybierałam się na niego do kina po samej premierze (22 lipca 2005). Potem po wakacjach. Potem na poniedziałkowy seans za pięć złotych do kina Luna w Warszawie. Potem na wznowienia projekcji po nieoczekiwanym Oskarze dla „Miasta Gniewu” w kategorii film roku. Podczas ceremonii rozdania Oskarów 2005 usłyszałam wypowiedziane z wielkim zdziwieniem zdanie: „Co? Ten film?”, kłócące się z wszelkimi dotychczasowymi opiniami na temat rzeczonego. Oczywiście wzmogło to chęć obejrzenia obrazu – ale po pewnym czasie okazało się, że filmu nie ma już w kinach. W międzyczasie pojawił się na DVD – jednak do wypożyczalni wciąż było nie po drodze. Jednak zaniedbanie nie mogło trwać wiecznie. W zeszłym tygodniu, odwiedzając ze znajomymi mojego kolegę, utkwiłam przed jego kolekcją filmów. Z półki krzyczało do mnie wielkimi literami „Miasto gniewu”. Zapytałam właściciela – już z adekwatną płytą w ręku – „Dobre?”. W odpowiedzi usłyszałam – „nie wiem, nie widziałem”. Natychmiast zarządziłam projekcję, niezrażona faktem, że jestem jedyną zainteresowaną. Mało sprzyjające warunki dla filmu, od którego oczekuje się dużo. Ale na szczęście „Miasto gniewu” spełniło moje oczekiwania.

O filmie wiedziałam tyle, że jest to zbiór historii kilkorga ludzi, których losy splatają się w ciągu dwóch dni. Poznajemy prokuratora i jego żonę, rodzinę mieszkających w Stanach
Pakistańczyków, ślusarza i jego córeczkę, czarnoskórego producenta telewizyjnego i jego małżonkę, mieszaną i kolorową parę policjantów, dwóch czarnoskórych złodziei samochodów, młodego adepta sztuki policyjnej i jego doświadczonego partnera. Bohaterów dopełniają drugo- i trzecioplanowe postacie – mama, gosposia, asystentka, ojciec, pracownica opieki społecznej. Wszystkich łączy jedno miejsce – Los Angeles – tytułowe miasto gniewu. Miasto, o którym trafnie w pierwszej ze scen wypowiada się jeden z bohaterów – policjant Graham (Don Cheadle): „Wszyscy potrzebujemy dotyku. (...) W innych miastach ludzie chodzą po ulicach. Ocierają się o innych. Wpadają na siebie. W Los Angeles nikt nikogo nie dotyka. Zawsze oddziela nas metal i szkło. Tak bardzo brakuje nam tego dotyku, że zderzamy się ze sobą, żeby cokolwiek poczuć”. I właśnie o te zderzenia – fizyczne i sytuacyjne – chodzi autorom filmu. Nie bez powodu oryginalny tytuł filmu brzmi „Crash”.

Film mnie poraził – dosłownością i dosadnością, z jaką wytyka wady mieszkańców Miasta Aniołów. Rasizm, który dotknął białych, czarnoskórych, Latynosów i przyjezdnych z Bliskiego Wschodu, przyjmuje tu rozmiary godne wielkości Stanów Zjednoczonych. U podstawy każdej z historii – jej przebiegu i źródła – leżą uprzedzenia rasowe i stereotypy – smutne, straszne i bezsensowne. Opowieści, podkolorowane złością i gniewem, doprawione strachem i przekonaniem o własnej wyższości, przykryte szyderstwem i kpiną, w których bohaterowie poszukują ucieczki od codziennych problemów, odzwierciedlają smutną rzeczywistość w słonecznym zdawałoby się raju.

Spośród historii opowiedzianych w filmie najbardziej poruszyła mnie ta latynoskiego ślusarza. Chłopak, uznany przez jedną z bohaterek za byłego więźnia i niemal gangstera, pracuje całodobowo, by móc zapewnić swojej rodzinie życie w lepszej dzielnicy. A ta rodzina to żona i córka – dziecko, chowające się pod łóżko przed kulami. Bowiem w poprzednio zajmowanym przez rodzinę mieszkaniu, do pokoju dziewczynki wpadła zabłąkana podczas gangsterskich porachunków kula. Ojciec wymyśla fenomenalna historię by uspokoić córkę – postanawia podarować jej specjalną, dla nikogo niewidoczną pelerynę, która ma uchronić dziewczynkę przed wszelkimi wystrzałami z broni. Scena, w której ów niewidzialny strój ochronny okazuje się przydatny, jest jedną z najbardziej wstrząsających i wzruszających w filmie. Druga scena, która tak mocno zwraca uwagę, to scena wypadku samochodowego (znowu „crash”). Właścicielkę auta, które właśnie dachowało, ma uwolnić z wraku policjant – ten sam, który dzień wcześniej ją upokorzył. Ten sam, który swoim zachowaniem zraził do siebie swojego młodego partnera. Ten sam, który owe zachowanie komentuje dosadnie: „wierz mi, nie wiesz, na co Cię stać”. To zdanie to przepowiednia – młody oficer LAPD jeszcze przed napisami końcowymi przekona się, jak dotkliwą prawdę wyraża.

Pomysł na film, wyrażający się w kompilacji kilku przeplatających się historii, powoduje namnożenie równorzędnych bohaterów, co oznacza udział wielu aktorów. W wypadku „Miasta gniewu” w obsadzie znajdziemy sporo znanych nazwisk. Jest tu wspomniany już Don Cheadle – jeden z moich ulubionych aktorów, jakże cudownie szafujący akcentem w „Ocean’s Eleven” czy „Hotelu Rwanda” – w roli kalifornijskiego detektywa. Jest bardzo niekomediowa Sandra Bullock, wcielająca się w żonę prokuratora. Jest obsadzany często w głupawych rolach Brendan Fraser („Mumia”, „Zakręcony”), tym razem jako prokurator. Na dokładkę Matt Dillon – bardzo, bardzo niesympatyczny policjant – i Ryan Phillipe – jego początkujący partner. Reżyserem i współscenarzystą obrazu jest Paul Haggis, autor scenariusza do takich filmów, jak „Za wszelką cenę”, „Przyjaciele” czy „Casino Royale”. Na ścieżce dźwiękowej obok „City of Angel” i „Maybe Tomorrow” znajdziemy „Jingle Bells” i „We wish you a Merry Christmas”. Bo jest to film, którego akcja rozgrywa się przed świętami, na co wskazują przyozdobione wieńcami drzwi i ubrane choinki. Tylko nastrój nie jest świąteczny, a sformułowanie „Boże Narodzenie” nie pada w ani jednym dialogu.

Film, jak sama nazwa wskazuje, przepełniony jest gniewem, nienawiścią i strachem. Od czasu do czasu pojawia się jeszcze bezradność, silnie wspomnianym strachem podszyta. To jednak nie wszystko – to, czego się może nie spodziewamy, a co jeszcze znajdziemy w filmie to nadzieja. Na to, że zło da się oszukać. Na to, że można odmienić los. Na to, że są wśród nas ludzie, którzy są zawsze gotowi nam pomóc. Jest jeszcze gwarancja – istnienia wartości tak silnych i ważnych – jak miłość i rodzina - że zło i gniew nie tylko Los Angeles, ale i całego świata, nie są w stanie ich złamać i podeptać.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Świetny co nie? Moim zdaniem bardzo sobie zasłużył na Oscara. I ambitnie rozplanowany...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.