Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3131 miejsce

W obronie agencji ratingowych

S&P, Moody’s i Fitch chętnie oskarżane są o całe zło tego świata. Czy jednak aby na pewno w przeszłości ich krytycy trafniej od nich oceniali fakty ekonomiczne?

 / Fot. Wiadomości24Jakiś czas temu biurokraci po obu stronach Atlantyku uczynili sobie, mającego maskować ich własne błędy, kozła ofiarnego z trzech największych agencji, zajmujących się oceną wiarygodności różnych podmiotów gospodarczych i instrumentów finansowych. W sukurs przyszli im dziennikarze, którzy nawet broniąc agencji ratingowych, najczęściej wpadają w sofistyczne pułapki argumentacji populistów na te agencje pomstujących. Niniejszy artykuł ma za zadanie omówić wszystkie nieporozumienia wprowadzone do debaty na temat agencji ratingowych. Na początek spójrzmy, ile się ich nagromadziło.
Trzy największe agencje, S&P, Moody’s i Fitch oskarżane są o to, że kontrolują 95% rynku. Czasem argument ten przedstawiany jest od razu w rozsądniejszej formie: prawo nakazuje niektórym podmiotom inwestowanie jedynie w te instrumenty finansowe, które posiadają wycenę którejś z powyższych trzech agencji. Kolejnym oskarżeniem jest fakt, że za oceny agencji ratingowych płacą oceniani, co miałoby prowadzić do korupcji i fałszowania ocen. Innym jest fakt, że wszystkie one działają w USA, więc po pierwsze mogą być z tego powodu jakoś „kulturowo skrzywione”, po drugie natomiast swoimi ocenami wpływają na gospodarkę Ameryki, a więc również na swoją własną kondycję. Jeszcze innym zarzutem jest fakt, że agencje ratingowe mylą się w swoich ocenach. Ostatnim zarzutem jest insynuacja, jakoby zmiany ratingów nie tylko śledziły zmiany sytuacji ekonomicznej ocenianych podmiotów czy instrumentów finansowych ale też na ich sytuację finansową wpływały.

Wszystkie te zarzuty sprawiają, że agencjom ratingowym grozi się zakazem działalności czy stworzeniem alternatywnej europejskiej agencji ratingowej.
Oligopol?

Faktem jest, że trzy agencje ratingowe zdobyły sobie 95% rynku ocen wiarygodności. Nie uczyniły tego jednak z bronią w ręku, nakazując komukolwiek zamawiać u siebie ratingi, zmuszając kogokolwiek do kierowania się tak wystawionymi ocenami, czy wreszcie zabraniając jakimkolwiek innym agencjom działać. Wyrobiły sobie renomę w wyniku wolnej konkurencji i w każdej chwili mogą tę renomę utracić. Oprócz nich istnieje na świecie i w samej Ameryce wiele innych agencji ratingowych. Gdyby oceny którejś z nich sprawdzały się lepiej niż oceny S&P, Moody’s czy Fitch, inwestorzy natychmiast by to spostrzegli i zaczęli kierować się ocenami owej agencji. Wtedy zamawianie ocen w S&P, Moody’s czy Fitch straciłoby sens, skoro nikt nie kierował by się ich ocenami bądź kierowałoby się nimi mniej inwestorów, a oceny zaczęto by zamawiać w owej skuteczniejszej agencji, która zaczęłaby w ten sposób zwiększać swoje udziały w rynku.

Na tak sformułowany argument odpowiada się często, że kierowanie się ocenami agencji ratingowych nie jest całkowicie dobrowolne. W większości inwestorzy sami decydują, oceną której agencji się kierować i czy w ogóle oceną którejś się kierować, czy może raczej kierować się czymś innym w tym własnym nosem; jednak dzieje się tak jedynie w wypadku inwestorów prywatnych. Część podmiotów zależnych od państwa ma obowiązek inwestować tylko w te instrumenty finansowe, które zostały wysoko ocenione przez którąś z trzech wiodących agencji.

Znów jednak, żadna z tych agencji nie zmusiła z bronią w ręku ustawodawców do uchwalenia takiego obowiązku. Ustawodawcy sami uznali, że skoro te trzy agencje mają wśród prywatnych inwestorów najlepszą renomę, więc również w wydawaniu publicznych pieniędzy powinno się kierować ich ocenami. Nikt oczywiście nie zmusza ustawodawców do utrzymywania tych ustaw w mocy. Można jutro je znieść i pozwolić biurokratom na wydawanie publicznych pieniędzy bez patrzenia się na ratingi instrumentów finansowych, w które inwestują. Tyle że żaden pokrzykujący polityk niczego tak nierozsądnego nie zrobi, gdyż każdy z nich zdaje sobie sprawę, że faktycznie oceny agencji ratingowych są pomocne biurokratom w podejmowaniu decyzji a urzędasy pozostawione same sobie w wydawaniu nie swoich pieniędzy zainwestowały by je znacznie gorzej, niż kierując się ocenami agencji. Jeżeli już jakiś podmiot gospodarczy ma być kierowany przez nieudolnego biurokratę, to niech chociaż ten biurokrata nie afiszuje się ze swoją nieudolnością tylko w swoich działaniach naśladuje kapitalistów, u których renomę mają S&P, Moody’s i Fitch.
Korupcja

Informację sprzedaje się raz. Gdyby było inaczej, Microsoft nie musiałby walczyć z piractwem. Agencja ratingowa, która za wykonanie oceny danego instrumentu finansowego kazałaby płacić jego potencjalnemu nabywcy, sprzedałaby ocenę tego instrumentu tylko raz. Potem ocena ta byłaby już dla wszystkich jawna. To dlatego za wystawianie ocen płacą agencjom ratingowym oceniani. Nie ma w tym jednak niczego korupcjogennego.

Czy klient może powiedzieć agencji: kupię waszą ocenę mnie, jeżeli będzie lepsza niż na to zasługuję? Nie może. Po pierwsze dlatego, że oceny wystawiane przez agencje są ocenami porównawczymi. Inwestorzy swoje pieniądze zawsze muszą w coś lokować. Inwestorom zależy więc na wiedzy, które instrumenty inwestycyjne są lepsze od innych, które sprzedać, by kupić inne, a nie jak obiektywnie dobre one są, gdyż ogólną sytuację na rynku potrafią ocenić sami. I to właśnie porównawczej wiedzy dostarczają oceny, nie tylko ratingi ale też np. oceny w szkole, które porównują ocenianych. Gdy wszyscy dostają z klasówki 5-ki, to tak, jakby wszyscy dostali 1-ki. Jeżeli więc jakiś bank próbowałby korumpować agencję ratingową, to musiałby ją skłonić nie do wystawienia mu wysokiej oceny, lecz do wystawienia mu oceny wyższej niż innym bankom. Ale jak wtedy korumpowałyby ową agencję te inne banki?
Wyobraźmy sobie prywatne instytucje zajmujące się wystawianiem certyfikatów znajomości języka angielskiego. Czy aby takie instytucje dobrze działały, konieczne jest, żeby za wystawianie certyfikatów kandydatom na pracowników płacili tym instytucjom potencjalni szefowie tych kandydatów? Nie tylko nie jest to konieczne, ale też wręcz prowadziłoby do absurdów. Za ocenę tego samego człowieka każdy potencjalny szef płaciłby osobno. Aby firmy certyfikujące działały rzetelnie wystarczy, aby za sprawdzenie swojej wiedzy płacili im certyfikowani. Czemu nie doprowadzi to do oszustwa? Czemu nie stanie się normą, że certyfikowani będą takie firmy w celu uzyskania zawyżonej oceny przekupywać? Ponieważ tak zawyżane oceny stałyby się nic nie warte w oczach pracodawców. A ponieważ stałyby się nic nie warte w oczach pracodawców, więc też nikt nie zlecałby ich wykonywania lub zlecał za dużo niższą stawkę. Ostatecznie nie opłacałoby się korzystać z usług takiej firmy nawet tym, którzy chcieliby wybulić jej nie tylko kasę za ocenę ale też łapówkę za zawyżenie tej oceny. Podobnie jest z agencjami ratingowymi. Gdyby dawały się przekupywać – a ich krytycy twierdzą nie tylko, że dają się one przekupywać, ale wręcz, że jest to tak widoczne, że każdy pryszczaty antyglobalista potrafi im to wytknąć –
nikt by się ich ocenami nie chciał kierować. Gdyby nikt z inwestorów nie kierował się ich ocenami, spadłby popyt na ich zamawianie – nawet wśród oszustów, którzy chcieliby wręczać łapówki za oceny zawyżone.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Gratulacje.
Tak powinno wyglądać opracowanie problemu. Niezależnie od tego czy ktoś zgadza się z uzasadnieniami, czy nie.


/Nie bez powodu to amerykańskie agencje ratingowe dominują na rynku, tak jak nie bez powodu do tej pory dominuje na nim dolar./

Ryzykowne porównanie. I to bardzo.
Powodem, dla którego dominuje zdewaluowany kilkudziesięciokrotnie przez stulecie dolar, nie jest uczciwa wymiana towarów i usług. Przeciwnie.
Jest to podtrzymywany bagnetami status imperium, który pozwala utrzymywać rozliczenia handlu ropą w dolarach. Co zmusza kraje świata do utrzymywania coraz wyższych rezerw dolarowych. A USA umożliwia stosunkowo bezkarne ( karne, ale znacznie bardziej karne dla innych państw) drukowanie dolara.
USA zbankrutowało już na początku lat 70 tych, gdy odmówiło Francji wymiany złota na jej dolarowe rezerwy walutowe, zgodnie z ustaleniami w Bretton Woods.
Fikcja wymiany dolara na złoto upadła ostatecznie. Pozostała ropa. Do dziś, mimo prób złamania monopolu rozliczeń w jej handlu. Wygodny dla USA sposób na inflacyjne opodatkowanie świata. I wart kosztów własnej armii. Normalna gospodarka, uczciwa wymiana dóbr, nie uczyniłaby z USA imperium.

Husajn próbował wprowadzić rozliczenia za ropę w euro, wiemy jak skończył ostatecznie. Teraz próbują Irańczycy i kto wie, jaki będzie efekt.


/Ameryka to pod wieloma względami po prostu najmniejsze zło./

Być może ostatecznie tak jest. Szczególnie jak się patrzy na europejskie marnotrawstwo. Ale to mimo wszystko gdybanie.
I nie zwalnia nas od prób poszukiwania korzystniejszych dla nas rozwiązań.

A co do agencji ratingowych.
Czynią swoją, potrzebną robotę na co dzień.
Ale za ich niezależność w naprawdę kluczowych momentach, nie dałbym złamanego grosza.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.