Facebook Google+ Twitter

W Peru Mikołaj przychodzi do dzieci w klapkach

Peruwiańczycy nie organizują świątecznych akcji pomocy dla ubogich w sposób znany w Polsce. W sklepach nie ma zbiórek produktów żywnościowych, organizacje charytatywne nie wyciągają rąk po pieniądze i nawet nie ma dokąd wysłać symbolicznego SMS-a, by zapewnić sobie poczucie przysłużenia się potrzebującym.

Przed jednym z domów w Amankays / Fot. Bertha ChavezW Peru robi się to inaczej – ludzie po prostu skrzykują się i bez nadętej otoczki zrzucają się na upominki, organizują wszystko logistycznie i osobiście dostarczają prezenty dla biednych. Dlatego mają pewność, że cała pomoc trafi we właściwie ręce.

Przyłączyłem się do jednej z takiej akcji. Najpierw wybraliśmy miejsce – Szkołę Podstawową imieniem Manuela Casolino Griebe w Amankays, na przełęczy Los Cerros, na południe od Limy. Potem była zbiórka pieniędzy wśród rodziny, przyjaciół i znajomych. Wystarczyło na 300 upominków – zabawek, ubrań i słodyczy z obowiązkowym panetonem – kawałkiem babki z rodzynkami i suszonymi owocami. W czasie Bożego Narodzenia w Peru każdy musi tego spróbować.

Byliśmy bardzo zadowoleni, że zbiórka i pakowanie prezentów poszło tak gładko. Ale czegoś nam brakowało. Czego mogą oczekiwać dzieci, które z biedy nigdy nie opuściły swego puebla i do których nie dociera nikt obcy? O czym mogą myśleć takie dzieci? Oczy moich peruwiańskich przyjaciół skierowały się na mnie. W ten sposób zostałem Papa Nuel, czyli Świętym Mikołajem.



Do Amankays dotarliśmy w czwórkę, ale nie saniami, tylko taksówką. Renifery chyba nie dałyby rady wspiąć się tak wysoko. Konie mechaniczne w poczciwym fordzie okazały się niezawodne.

Pod strojem Mikołaja miałem tylko majtki i poduszkę imitującą gruby brzuch, ale i tak ociekałem potem z gorąca. Niewygody opłaciły się jednak za sprawą dzieci. Nie mogły uwierzyć, że przyjechał do nich biały Mikołaj z dalekiego kraju, gdzie świętom towarzyszy śnieg, a nie tumany kurzu z nieutwardzonej drogi. Musiałem tylko gęsto tłumaczyć się, dlaczego jestem w klapkach, a nie futrzanych butach. Dzieciaki pytały też, dlaczego nie mam jednego dużego worka na prezenty? Fakt, upchaliśmy je w walizce, kilku reklamówkach i starej torbie po mące. Na szczęście nikt nie skojarzył, że Polonia to nie to samo, co Laponia. Upominki rozeszły się w oka mgnieniu. Nawet, gdyby było ich dziesięć razy więcej, małe ręce nie przestałyby po nie sięgać.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 20.12.2008 17:12

Świetna relacja. Napisana swobodnym językiem (+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

coraz to bardziej podoba mi się ten kraj hehe:) prosimy o więcej +

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ proszę o więcej takich ciekawych relacji.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ chciałabym też mieć możliwość przyżyć coś takiego :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ ważne jest logistyczne podejście :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ Czekam na następne doniesienia i refleksje.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ fajnie piszesz.

Komentarz został ukrytyrozwiń

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.