Powoli rzekomo nadchodzi wiosna. Na ulicach pojawiają się potulni mężczyźni, wyprowadzający z dumą na ulice swoje misie w białych kozaczkach, a na wystawach ukazują się pisanki. No i te łagodne upomnienia magazynów: „Schudnij na wiosnę".
Wysiadka w centrum i przerzucenie się na metro. Jeden z najtrudniejszych manewrów w Warszawie. Przed zejściem do wejścia (zgrabne) ze spokojem można wyjąć wielką reklamówkę/torebkę/torbę/plecak/coś z ogromną przyczepą/zwolnić kieszenie ewentualnie. Będzie makulatura! Już na pierwszym schodku słyszę „proszę bardzo” i widzę wpatrzone we mnie oczy pełne niespotykanej mieszanki: niechęci, nadziei i prośby „niech to się wreszcie skończy”.
„Dziękuję” odpowiadam i biorę pierwszą ulotkę starając się, aby podziękowanie zabrzmiało jak okład na zbolałą duszę. Każdy w końcu miał kiedyś znienawidzoną pracę. „To ja dziękuję” odpowiada dziewczątko, wlewając w to słowo znacznie więcej uprzejmości i ciepła, niż wymaga sytuacja. Wędrując dalej snuję raczej niewesołe rozważania. Zwłaszcza, że obecny styl chodzenia to slalom, dzięki któremu można ominąć przebiśniegi. W sensie psie kupy, tak niespodziewanie wyskakujące spod śniegu.
Niby o pogodzie gada się tylko wtedy, kiedy nie ma o czym mówić. Teraz to jednak hot topic każdego warszawiaka. O istnieniu wiosny (mgliste wspomnienie) przypominają tylko reklamy rozpostarte na wieżowcach. Informują o nowej ramówce najpopularniejszej stacji. Ale moją uwagę nagle koncentruje… telefon! Najwierniejszy przyjaciel człowieka: „Witaj! Zależy mi na rozmowie! Czy mogę liczyć, że się do mnie odezwiesz? Daj mi szansę!” Nr 7928.
No proszę. Nagle wszyscy chcą rozmawiać: męskie prostytutki, politycy, nawet operatorzy telefonii komórkowych. Wpadli na doskonały pomysł robienia pieniędzy na samotności, bo „warto rozmawiać”. Cóż to, nie ma już prawdziwych przyjaciół? Tych od biedy…? Zaprzestano produkcji z powodu kryzysu? A businessmani teraz nie robią pieniędzy na tym, co ludziom potrzebne, tylko na braku „czegoś”. Sprzedają złudne poczucie.
Nagle z jednych rozmyślań płynnie przechodzę w drugie, bo mój spacer zakręca przy Politechnice Warszawskiej. I tak niechętnie dochodzę do konkluzji: oni to tam mają dobrze, równania zgadzają się, lub nie i wszystko w świecie zdaje się być harmonijne i oczywiste, a jak ja mam wyciągnąć sens świata ze słów? Chociażby o tej pogodzie coś, błagam.