Ofiary nigdy nie muszą się usprawiedliwiać, zawsze mają rację i działają bezinteresownie. Chyba, że są to kobiety, które padły ofiarą przemocy seksualnej ze strony mężczyzn.
Wydarzenia ostatniego tygodnia skłaniają do zastanowienia się nad rolą, jaką pełni w naszym społeczeństwie ofiara. A poszkodowanych było ostatnio dużo: górnicy z Halemby i policjanci z Siedlec, którzy wykorzystywani jako kierowcy przez swoich zwierzchników, wjechali do rowu i zginęli. Pojawiło się też kilka kobiet twierdzących, że padły ofiarami szantażu posłów Samoobrony, którzy żądali od nich usług seksualnych za miejsca pracy.
W absolutnej większości przypadków opinia publiczna w Europie stoi po stronie ofiar do tego stopnia, że nie podaje w wątpliwość słuszność ich postępowania nawet wtedy, kiedy okoliczności nasunęłyby się same, gdyby dana osoba nie miała statusu ofiary. Gdyby górnicy z Halemby zauważyli naruszenie przepisów bezpieczeństwa i odmówiły wjazdu pod ziemię, ich koledzy, zwierzchnicy a może nawet rodziny rozważaliby, czy słusznie postąpili. Gdyby policjanci z Siedlec wrócili żywi i zdrowi z wyjazdu (albo gdyby odmówili szefowi zawiezienia urzędnika MSWiA), musieliby się usprawiedliwić. Tylko status ofiary zwalnia z takiej konieczności. Ponieważ policjanci zginęli, nikt nie odważy się zapytać, czy nie powinni byli odmówić swemu zwierzchnikowi, albo nawet donieść na niego za złamanie przepisów.
Ofiara zawsze ma rację
Ale w przypadku ofiar, opinia publiczna rezygnuje z krytyki. Ofiara zawsze ma rację. Ofiar się nie krytykuje, obojętnie, czy chodzi o ofiary Powstania Warszawskiego, ofiary wypadku lotniczego czy dziecko, które dostało się pod samochód. A tam, gdzie jest ofiara, musi być sprawca i jego trzeba znaleźć i ukarać. Jest to konsekwencja zarówno kultu racjonalności w naszym społeczeństwie, który zakłada, że nie ma przypadku i każde wydarzenie musi mieć swoją przyczynę, jest to też następstwo indywidualizacji, które każe nam znaleźć pojedynczego winowajcę, nawet jeśli dana decyzja była decyzją zbiorową. Dawniej, kiedy nasze społeczeństwo było jeszcze bardziej religijne i mniej racjonalistyczne, winę rzucano na Bogów, na los, na przeznaczenie. Ale dziś jest coraz mniej niekwestionowanych autorytetów, przed którymi trzeba się najpierw ukłonić, zanim można ich krytykować. Ich rolę przejmują teraz ofiary. Im należą się ukłony, zapewnienia, współczucia i solidarności, wobec nich zakłada się, że działają wyłącznie ze szlachetnych pobudek i nie mają własnych interesów. Ofiar nie wolno krytykować, im się należy szacunek podobny do tego, który kiedyś okazywano bohaterom i władcom. W dyskursie publicznym ofiara jest zawsze niewinna, właśnie dlatego, że jest ofiarą. Z powodu tego swoistego kultu ofiar, który w Europie stał się absolutnie ponadnarodowy, samookreślenie się jako ofiara jest bardzo korzystne. Dawniej ludzie wychodzący z jakiegoś kataklizmu byli dumni, że udało im się z tego wyjść, dziś tacy ludzie podkreślają swoją bezradność, biedę i brak siły, bo to zapewnia lepszy dostęp do odszkodowań, rekompensat, do uznania publicznego i rozgłosu niż „kreowanie się na bohatera.” Stąd mamy dziś częściej do czynienia z wyścigiem ofiar niż z wyścigiem o to, kto jest większym bohaterem. Lepiej jeszcze niż być sprawcą czegoś dobrego jest być ofiarą czegoś złego.
To kobieta musi się usprawiedliwiać, a nie jej oprawca
Od tej reguły jest jeden wyjątek: jeśli kobieta pada ofiarą przemocy seksualnej, wówczas to ona musi się usprawiedliwić a nie jej oprawca. Sprawcy, znając ten mechanizm, natychmiast atakują ofiary. Jeśli ktoś napada na bank i utrzymuje potem przed sądem, że to bogactwo banku sprowokowało go do napadu, to działa to raczej na jego korzyść. Jeśli sprawca gwałtu twierdzi przed sądem, że ofiara „sprowokowała go” swoim wyglądem, zachowaniem lub ubiorem, to ma dobre szanse na obniżenie kary. Wtedy bowiem i sąd i społeczeństwo robią coś, czego unikają jak ognia w przypadku innych ofiar: podają w wątpliwość słuszność postępowania ofiary. Kult ofiary, jak przemożny by nie był dziś, nie obejmuje kobiet, które padły ofiarą przemocy seksualnej. W tym tygodniu można było to obserwować w całej jaskrawości: posłowie Samoobrony natychmiast przeszli do ataku na Anetę K., przypisując jej lekkie obyczaje, chęć odgrywania się za przegrane wybory – jakby szantaż seksualny („praca za seks”) byłby mniej odrażający wobec kobiety rozwiązłej niż wobec kobiety powściągliwej. Gdyby poseł Łyżwiński został obwiniany o to, że potrącił Anetę K. samochodem na pasach dla pieszych, nigdy by się nie odważył atakować swoją ofiarę a media nie zajmowałyby się pytaniem, czy potrącona kobieta sama ponosi część winy za wypadek (choć takie pytanie może być całkiem uzasadnione). W przypadku ofiary przemocy seksualnej wszystko nagle stoi na głowie, kult ofiar przestaje funkcjonować, sprawca staje się oskarżycielem a ofiara musi się usprawiedliwić. Dopóki tak jest, dopóty trudno uznać, że kobiety cieszą się takimi samymi prawami obywatelskimi co mężczyźni.