Pozycja materiału w rankingach:
Już za dwa tygodnie każdy wypadek w słowackich górach będzie nas słono kosztował.

Górna granica nie została określona, ale np. za trwającą cały dzień
akcję poszukiwawczą - jedną z najczęstszych interwencji ratowników
górskich, zwłaszcza w Tatrach i wyższych partiach Beskidów - zapłacimy
już prawie 25 tys. koron (ok. 2,7 tys. zł).
Do tej pory zwolnieni z opłat byli obywatele Słowacji, często próbowali wykręcić się od płacenia także Polacy, którzy ulegli wypadkowi po słowackiej stronie. - Były też problemy ze ściągalnością należności od Polaków. Ale coraz rzadziej, bo przy tak daleko posuniętej integracji europejskiej, łatwo dotrzeć do osoby mieszkającej za granicą - mówi Jerzy Siodłak, naczelnik beskidzkiego GOPR-u.
Dodaje, że wielu Polaków wybierających się za granicę w ogóle nie wie o tym, że w zdecydowanej większości krajów pomoc w górach jest takim samym rodzajem usługi, jak np. pomoc drogowa. A więc w pełni płatna. - I dzwonią potem do nas z pretensjami, że przecież powinno być jak w Polsce. Tymczasem to w Polsce obowiązują specyficzne zasady, a nie tam - wyjaśnia Siodłak.
Przed dwoma laty słowacka Horska Sluzba zamieniła się w Horską Zahranną Sluzbę, jednocześnie stając się w pełni zawodową instytucją. Jak wyjaśnia Siodłak, w odróżnieniu od polskiego GOPR, słowaccy ratownicy pieniądze na swoje utrzymanie biorą właśnie od ludzi, którym pomagają, a nie z budżetu państwa. Długo przed nimi takie rozwiązanie finansowania ratownictwa górskiego przyjęli Czesi.
- U nas też marzyłby się taki system. Wtedy nie byłoby problemów z pozyskaniem pieniędzy na działalność - wyjaśnia Siodłak. Polskie ratownictwo górskie, mimo wysoko ocenianego za granicą profesjonalizmu, oparte jest na ochotnikach. A to oznacza, że większość z nich na dyżur, czy udział w akcji przyjeżdża dopiero w czasie wolnym, po zakończeniu pracy zawodowej. - Oczywiście, szkoda marnować zapału ludzi, którzy jako wolontariusze chcą nieść pomoc. Ale proporcje ratowników zawodowych do ochotników powinny się zmienić, tak, jak jest to w innych krajach Europy - dodaje Siodłak.
Płacenie za ratunek w krajach zachodnich bardzo rzadko sprowadza się do tego, że ofiara wyciąga pieniądze z kieszeni i płaci w kasie słowackiej goprówki. Od tego są ubezpieczenia. W Polsce także firmy ubezpieczeniowe proponują polisy dla turystów wybierających się w góry za granicą. Maciej Kowalkowski, bielski agent ubezpieczeniowy wylicza, że ochrona przed kosztami akcji ratowniczej (do 20 tys. euro) w górach Czech i Słowacji kosztować będzie ok. 4 zł dziennie.
Ale trzeba pamiętać, że wycieczka w wysokie Tatry, gdzie wspina się przy użyciu łańcuchów, czy klamer, uważana jest przez ubezpieczycieli za sport ekstremalny. I stawka rośnie do ok. 11 zł dziennie.
Zobacz także:
Kolejne trzęsienie ziemi we Włoszech
(odsłon: +669)